Koronawirus: o pocieszaniu kosztem innych
Jak każdy z nas obserwuję, co się dzieje ze światem w obliczu pandemii. Myślę sobie. I jedno mnie uderza, za każdym razem, jak czytam, jaka jest śmiertelność koronawirusa.
Pisze się np. do tej pory zachorowało tyle osób, ALE nie musimy się bać, śmierć grozi tym, którzy mają osłabiony system immunologiczny lub są starsze. Tylko. Sama, przyznaję, tak mówiłam. Bo to najłatwiejsze i naprawdę dociera do ludzi. Łatwiej powiedzieć trzydziestolatkowi nie bój się, nawet jak coś złapiesz, wyjdziesz bez szwanku, bo umierają tylko osoby starsze i z różnymi innymi chorobami. W pewnym momencie pomyślałam jednak, jakie to jest nie w porządku. Naszym pocieszeniem jest to, że raczej ktoś inny umrze, niż my.
Nie wyobrażam sobie w ogóle co muszą przeżywać osoby słyszące takie teksty, a są w grupach zwiększonego ryzyka. Co sobie myślą? Czy nie jest to niedopuszczalne wartościowanie?
Fakty to jedno, tworzenie narracji - drugie. Można o tym mówić inaczej, można pocieszać inaczej. Przykład? "Masz silny system odpornościowy, bądź uważny i pewnie będzie ok". Niewielka zmiana, a nie kładzie od razu do grobu osób po siedemdziesiątce. Taka refleksja.
Żeby to zmienić, to media muszą zmienić sposób, w jaki mówią o chorobie.
Wiem, że oczekiwać zmiany od mediów, to jak bujać w pomarańczowych obłokach z waty cukrowej. Ale może jeśli sami pomyślimy, jak ubrać pewne rzeczy w słowa, żeby nie dzielić ludzi na dwie grupy? To tylko pogłębi panikę, w której tkwi sporo z nas.
Ja nie wiem, czy mój układ odpornościowy jest słabszy niż przeciętnie.
Spodziewam się, że tak, ta długa lista chorób raczej nie sprawia, że kolejna się nie przypałęta. Przy toczniu nawet atakuję samą siebie. Czyli zgaduję, że jestem w jednej grupie z moją ukochaną babcią. I choć od tygodnia nie wychodzę, bo kicham i prycham i w gardle mnie piecze, nie czuję jakoś, żeby tak było. Niestety - od udaru dość często się przeziębiam. I co zrobię. Po prostu się nad tym zastanawiam, bo pomiędzy kuchnią a biurkiem koronawirusa raczej nie załapię.
Życzę wam (właściwie nam) zdrowia i cierpliwości:)

Dodaj komentarz!
Miło mi, że trafiłam na Twojego bloga Kasiu. Bardzo dobrze się Ciebie czyta. Rozjaśniasz mroki niepewności. Na nas (jak i pewnie na większość, którzy do Ciebie zaglądają) udar spadł jak grom z jasnego nieba. Moja mama dwa tygodnie temu doznała rozległego udaru lewej półkuli mózgu. Jestem ciekawa Twojego i Czytelników zdania na temat (tak ważnego z punktu widzenia rekonwalescencji) wsparcia Chorego przez rodzinę w dobie COVID. Mama jest w szpitalu, nie mówi, nie ma z nią kontaktu (o czym wiemy od lekarza, bo sami nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować). Nikt z rodziny nie może do mamy podejść, nie możemy z nią ćwiczyć, ani w żaden sposób bodźcować. Nie chcę być źle zrozumiana, ale boję się, że czas ucieka, że później będzie za późno... I jestem rozżalona, bo sama należę do osób przestrzegających reguł określonych podczas pandemii. Ale... Jestem w szpitalu niemal codziennie pod pretekstem wymiany ręcznika, koszulki, przyniesienia soczku itp. i widzę jak wygląda przestrzeganie zasad. Personel (albo i nie) biega po ogólno dostępnych korytarzach bez masek, bez rękawiczek, korzysta z tych samych wind co zwykli śmiertelnicy, wciska te same guziki, a później wchodzi beztrosko na oddział neurologiczny i do sal chorych bez dezynfekcji. Oczywiście można założyć, że każdy odwiedzający jest zdrowy i odpowiedzialny, a po szpitalu porusza się w masce i z czystymi rękoma. Rzeczywistość niestety rozczarowuje. Namiot przed szpitalem? Kpina. Wywiadu brak, temperatura ok, dostajesz kartkę z własnym nazwiskiem i numerem telefonu ( które to dane nie są odnotowane gdziekolwiek indziej) i tę karteczkę możesz od razu wyrzucić do śmietnika, bo nikomu więcej nie jest potrzebna. I przyznam się.. podjęłam nieudaną próbę dostania się do mamy. Uzbrojona w jednorazowy skafander, rękawice, maskę, przylbicę i ochraniacze na buty poprosiłam o zezwolenie na widzenie. Nic z tego. Niby ok, ale jak patrzę z boku na frywolność pracowników służby zdrowia i na bezwzględną biurokrację, to coś się we mnie gotuje. Bo wiem, że mogłabym pomóc... A nie mogę... I życzę nam wszystkim: niech to się wreszcie skończy. Bądźcie zdrowi.
Odpowiedz