O czytaniu książki Anny Naskręt „Uwięziony krzyk”

Przyznaję. Jeszcze nie doczytałam swietnie przyjętej książki Anny Naskręt, ale już naskrobię kilka słów. Dlaczego?

  1. Bo mnie zabiją w wydawnictwie Muza, prosili, żeby zrecenzować w ciagu 2-3 tygodni, ale ja najpierw nie miałam czasu, potem spałam (nowy staż);
  2. czuję, że ogarnięcie wszystkich myśli w jednym tekście to będzie za dużo;
  3. Akurat, w oczekiwaniu na brata, mam chwilę.

Zatem:

Ciężko mi się czyta tę książkę.

Czytaj dalej

IGłA NIE RATUJE ŻYCIA – niebezpieczna pseudonauka

Dziś napisała do mnie przyjaciółka pytając, czy Krystyna Janda szerzy fake newsy udostępniajac artykuł o tym, że skutecznym lekarstwem na udar jest nakłuwanie palców i uszu, blablabla.

Otóż: tak, szerzy. Z tego co przeczytałam, nie tylko ona… Ale najpierw o tym, co najważniejsze:

METODA LECZENIA UDARU (METODA CHIŃSKIEGO PROFESORA JAKIEGOŚTAM) NIE JEST SKUTECZNA. JEST WRĘCZ SZKODLIWA. 

po pierwsze: nie ma nawet pół dowodu naukowego na to, że nakłucia są skutecznym sposobem obniżania ciśnienia śródczaszkowego (jak przekonuje cytowany szeroko artykuł), nie ma też dowodów, że choćby przypadkiem to zadziałało na kogokolwiek. Każdy z nas przy odrobinie kreatywność mógłby wymyślić coś podobnego. Ale ja nie będę tego robić, bo jeszcze komuś zostanie w głowie tyklo to i będę miała na sumieniu czyjeś zdrowie…

Po drugie: szkodliwość tej metody nie polega na tym, że upuścisz sobie kilka kropel krwi brudną igłą ale na tym, że ktoś mówi ci: jak się ustabilizuje, to dzwoń o pomoc. Tutaj znowu podkreślam:

w przypadku podejrzenia o udar, należy NATYCHMIAST zadzwonić po karetkę. im wcześnie chory zacznie być leczony, tym większe szanse ma na wyjście z udaru żywym i bez dużej, przewlekłej niepełnosprawności.

Igła i możliwe infekcje są drugorzędne wobec tego, że każda minuta bez leczenia to miliardy utraconych bezpowrotnie neuronów. I zasadniczo jest tak, że im mniej ich umrze, tym większe szanse na normalność ma pacjent.

Po raz milionowy na tym blogu umieszczam ten filmik i po raz milionowy proszę o obejrzenie go.

i o przeczytanie tego tekstu, który wymienia inne objawy… Objawy udaru mózgu.

Po trzecie: na co miałoby to działać? Udar? Udar niedokrwienny czy krwotoczny? Jednak, hm, tekst jest tak nieprecyzyjny, że trudno nawet zadecydować. Niby pękają jakieś naczynia krwionośne, ale nietypowo, a w sumie słowem ‚udar’ jest załatwione wszystko.

A zwykła ja, czy zwykły ty, nie wiedzielibyśmy przecież, czy udar to czy wylew krwi do mózgu? Bez diagnostyki obrazowej (lub sekcji zwłok) trudno orzec. Więc NAWET jeśli w historii był jakiś procent prawdy, to i tak nie ma się pewności, czy leczy się odpowiednią chorobę.

Po czwarte: na fejsie istnieje grupa, która nazywa się mniej więcej ‚udar, igła która uratuje ci życie’. Poruszałam w niej kwestię tego, że przynajmniej opis grupy (w którym jest opisana procedura chińskiej magii), żeby nie zwodzić ludzi, ale nikt się do tego nie ustosunkował. Siedzę w tej grupie i patrzę właściwie tylko po to, żeby kiedyś, w razie potrzeby, wytlumaczyc komuś, że tą metodą nikomu życia nie uratuje.

Po piąte: poradę o igle można potraktować w zasadzie jak miejską legendę.

miejskie legendy  się nie sprawdzają, ale szerzą w niezwykle prosty sposób. Każdy z nas zna kogoś, kto widział kogoś, kto…

Są też zwykle (i to je w pewnym sensie odróżnia od teorii spiskowych) proste do zapamiętania i przekazania. I atrakcyjne. Często atrakcyjne i ich przekazanie, tak mi się przynajmniej wydaje, przynosi niemal namacalną nagrodę. Tak jak podziw otoczenia, kiedy opowie się wyssaną z palca historię o wężu boa przymierzającym się do zjedzenia właściciela (spoiler alert – to się nie wydarzyło. A w ogóle to największe udokumentowane zwierzę połknięte przez węża miało ‚zaledwie 59 kg’) czy poczucie, że uratowało się komuś życie.

Ale to… Bajki. Legendy. Współczesne mity. Bardziej świadectwa lęków niż faktów. I do takich się zalicza historia o naszej nieszczęsnej igle.

Po szóste: tekst ten pisałam pod wpływem ogromnych emocji. Spowodowanych nie tylko tym, że fałszywe informacje powielają bez sprawdzenia gwiazdy i politycy, ale głównie tym, że artykuł został usodstępniony ponad 100 tysięcy razy na facebooku i wyobrażam sobie teraz, ile zła może z tego wyniknąć, choćby z prozaicznego powodu, że może kilka osób pomyśli „spokojnie, mamy czas”, podczas gdy tego czasu nie ma.

Bo nie ma.

I dlatego pokornie proszę o udostępnianie tego chaotycznego wpisu, albo jakiegokolwiek innego wpisu, który rozprawiałby się z tym mitem.

np. tego http://next.gazeta.pl/internet/1,113840,15313357,_Podczas_wylewu_igla_moze_uratowac_ci_zycie____to.html

Dziękuję:)

 

Praca zdalna vs. praca w biurze – co lepsze po udarze?

Mój wyuczony zawód (dziennikarka, dokumentalistka, kulturoznawczyni) na wpisane w swój charakter różnorodne możliwości wykonywania go. Dziennikarz, którym chciałam być, może (ech…) jeździć po świecie i pisać reportaże, może też zostać copywriterem i pisać z domu teksty pozycjonujące.

Już od chwili udaru wydawało mi się, że jeśli uda mi się podjąć jakąś pracę będzie ona wykonywana zdalnie.

rzeczywiście, pierwsze fuchy jakie otrzymałam były wykonywane zdalnie. Pierwsze praktyki, pierwsza praca (pisanie tekstów dla firmy pozycjonującej strony www) i było spoko. Ale szukaliśmy, mama mówiła „musisz wyjść do ludzi”, bla bla i trafiłam na mój staż, pokochałam go i płakałam odchodząc. Teraz jestem na kolejnym stażu i jakoś leci:)

Wiem, że moje doświadczenie nie jest uniwersalne, charakter moich umiejętności jest taki, a nie inny, ale wydaje mi się, że porównanie tych dwóch form pracy jest cenne. Jeśli nie dla czytelników, to na pewno dla mnie. Jest kilka ważnych aspektów…

MOŻLIWOŚĆ ODPOCZYNKU

Zdecydowanie wygrywa dom. Pracując z domu planowałam sobie dzień, ale też reagowałam szybciej na potrzeby mojego organizmu. Może za bardzo? Nie myślę tak. Dopóki nie miałam zadań ponad moje możliwości przerobowe wyrabiałam się na luzie w terminach, chodziłam dość zadowolona.

Poza domem jest inaczej. Chociaż ja i tak jestem szczęściarą, bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej na staż moi szefowie nad szefami powiedzieli, że w razie potrzeby będę mogła uciąć sobie drzemkę na kanapie. Nie wierzyłam. I co? Okazało się, że kanapa w biurze była superwygodna;) w nowej pracy też niby mam możliwość skorzystania z kanapy, ale się nie złożyło i jakoś mam wrażenie, że raczej się zajadę, niż poproszę o przerwę na spanko.

Mimo że sen w pracy jest całkiem spoko możliwością to jednak sen we własnym łóżku regeneruje lepiej. Ten pojedynek wygrywa zatem dom. Zdecydowanie.

Możliwość skoncentrowania się

Być może gdybym pracowała w cichym, spokojnym biurze byłoby inaczej, jednak nie było mi dane (nigdy w życiu, czy takie biura istnieją w ogóle?:o). Biura potrafią być równie głośne co.linie produkcyjne (serio). Głośne pytania, muzyka w tle, przewijający się klienci i insteresanci, szefowie. Kto myślał kiedyś, że Youtube przeszkadza w pracy, nigdy nie przeszedł się po żadnym biurowcu.

Warunki trudne dla zdrowych, nie wspominając tych, którzy walczą całą swoją energią o chwilę skupienia.

zatem i w tym przypadku wygrywa praca zdalna. 

Poznawanie ludzi

To jest chyba najważniejsza rzecz, dla której warto trochę przecierpieć.

Choroba często zabiera przyjaciół, znajomych, ogranicza wyjścia do kina, uniemożliwia te do pubów. Po jakimś czasie okazuje się, że brakuje ci ludzi. Nie tylko tych bliskich. Brauje nowych twarzy, mijanych na ulicy, brakuje kolegów z biura obok. Po prostu.

Ja jestem BARDZO WRAŻLIWA na brak ludzi, często czuję się samotna. Wyrwanie z kręgu przyjaciół  wrzucenie na chatę do rodziców sprawilo, że podwójnie było mi przykro, zainstalowałam Tindera i próbowałam się ratować na wszelkie sposoby. To stąd, a nie z dobrego serduszka, wzięła się Jadłodzielnia, to dzięki temu strzelam. Zaczęłam tam widywać ludzi. Raz na jakiś czas wprawdzie, ale w porównaniu do osiedla domów jednorodzinnych, gdzie widywałam przeważnie trzech sąsiadów, dziadków i psa była to OGROMNA zmiana.

Po podjęciu pracy zdalnej było jeszcze gorzej. Natomiast wyjście do chłopaków z General Informatics wiązało się ze spotkaniem całej gromady ludzi, tych normalnych (mniej) i szaleńców (więcej) i śmiechu w każdej przerwie od pracy. Dobrze trafiłam. Nie dało się lepiej.

 z tego wynika, że punkcik leci do pracy poza domem. 

No, chyba że nienawidzi się ludzi. Ale to nie ja. Przynajmniej już nie;)

Ustrukturyzowanie

Mówiłam, że od chwili udaru mózgu NIENAWIDZĘ CHAOSU? Często sprzątam, robię przeglądy szuflad, patrzę, co mogę sprzedać, co oddać, czego się pozbyć, a cały czas i tak tonę w chaosie. siedzę z nosem w kalendarzu…

W związku z tym wypracowałam sobie rytm pracy zdalnej, w który upchnęłam treningi, ale już nie dałam rady Jadłodzielni. Z tym że, nie oszukujmy się – jeśli pracujesz w domu, bo twoje samopoczucie zmienia się jak kurs złotego do franka szwajcarskiego (czyli co chwilę;p), trudno jest utrzymać dyscyplinę. A jeśli się ją utrzymuje, to i tak czas pracy nie jest oddzielony od czasu „domowego” dni się zlewają.

Od kiedy wyszłam do pracy na zewnątrz bardzo usystematyzowaly mi się dni. Rano robota, potem albo trening i drzemka, albo drzemka i trening, wieczorem zostaje trochę czasu na pracę dodatkową lub/i przyjemnści. O ile nie przesypiam 3-4 godzin po powrocie do domu tak jest całkiem spoko. W gorsze dni kombinuję. Na szczęście moi szefowie/przełożeni itp. do tej pory wykazują się zrozumieniem. A struktura, oddzielenie pracy od domu i czasu odpoczynku uspokaja.

Teraz to nawet wiem, kiedy są weekendy;p Ten pojedynek wygrywa praca poza domem. 

Pokonywanie barier

Cóż. Jeśli pracuje się z domu, odpada problem pokonywania schodów do biura i wysokich krawężników uprzykrzających życie osobom na wózku.

Powiem krótko: dopóki Polska jest tak dostosowana do funkcjonowania niepełnosprawnych jak jest, punkcik raczej poleci zawsze w kierunku pracy zdalnej. Bo nawet jeśli pracodawca dostosuje stanowisko pracy do potrzeb niepełnosprawnego, nie sprawi, że wjazd do tramwaju stanie się łatwiejszy. Punkt dla pracy zdalnej. 

Bodźce i przebodźcownie

O ile nie posiada się najgłośniejszego psa i niepoprawnej rodzin prawda jest taka, że to ty panujesz nad domem. Natomiast biuro panuje nad tobą. W kawiarni nie szepniesz ‚eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej, mozemy zgasic swiatlo, bo mnie boli leb od niego’, a w biurze nie ukradniesz kabla od radia tak, zeby wszyscy siedzieli w błogiej ciszy. Znowu wygrywa dom.

Poprawa kondycji życiowej, poszerzanie granic

Z powrotem do aktywności jest jak z rehabilitacją. Najpierw trzeba wybrać, czy się chce walczyć.

Mówiłam często, że przy rehabilitacji „nie miałam wyboru”. Nie chodzi nawet o tatę, który męczył mnie podchodząc miliard razy dziennie do mnie i zmuszając do rehabilitacji, ale o to, że szybko zobaczyłam, że decyzja o podjęciu rehabilitacji jest podjęciem walki o to, żeby było lepiej. Po drugiej stronie było łóżko. Niesprawność. Obciążanie bliskich.

Przy podjęciu pracy/stażu było podobnie. Chciałam, bo po jednej stronie było wykluczenie, wyrzuty sumienia, zrezygnowanie z  marzeń, ubóstwo (rodzice przecież nie będą mnie utrzymywać do końca życia), po drugiej: aktywność, duma, poznawanie ludzi, podróż po Meksyku, rozwój… Jakoś nie widziałam drogi środkowej.

Prawda jest jednak taka, że to zdrowienie, fizyczne, psychiczne i społeczne, jest procesem. W moim przypadku wyjście z domu było następstwem kilkuletniej rehabilitacji, coraz częstszych aktywności poza domem, przejęciem nieudanego doświadczenia pracy zdalnej, pomocy osób z zewnątrz.

Nie jest tak, że w każdy z etapów wchodziłam z pewnością, na pewno było we mnie więcej strachu niż przekonania, ale „to już”. Dalej jest. Kiedy lecę na nieskutecznym ketonalu i mam wybrać emotikonkę na zakończenie posta na fsnpejdżu, który „zawodowo” prowadzę, mam wrażenie, że „nieznośna lekkość bytu” na za wysoką cenę. Ale kiedy ktoś mnie pochwali (a się zdarza!), albo dostanę wypłatę, albo na pierwszej randeczce nie będę musiała kręcić „aaaa, no w sumie jestem rencistką i nic nie b robię”, tylko powiem: jestem copywriterką i jest łatwiej.

Używam słowa „praca”, ale prawda jest taka, że jestem na płatnym (!) stażu, wokół mnie jest mnóstwo życzliwych osób, mam warunki cieplarniane. To kolejny krok.

Ale wracając do porównania muszę powiedzieć, że wyjście do pracy jest dla mnie dużo bardziej bolesne fizycznie, ale przynosi lepsze efekty w innych sferach życia. Podjęcie pracy zdalnej było dla mnie etapem, ale ten obecny nie jest dla mnie kroczkiem, ale ogromnym skokiem. I że względu na jego wielkość punkt w tym przypadku otrzymuje praca poza domem.

Wynik, koszt i kilka myśli

W pojedynku praca zdalna vs. poza domem wygrywa PRACA ZDALNA stosunkiem punktów

4:3

Wychodziłoby  na to, żeby siedzieć  to jak k najdłużej w  domu. Ale jak to życiu: liczbami, rzeczywistość wydaje mi się inna.

Nie każdemu z nas uda się podjąć pracę poza domem, ba! Nie każdemu uda się ją podjąć. Jednak mam wrażenie, że dążenie do względnej (lub po prostu) normalności jest cenne, a wyjście z domu dla niepełnosprawnego jest o wiele bardziej cenne niż pozostanie w obrębie swojego mieszkania.

Moze tak mówię, bo jestem wiercipięta? Może. Ale…

Podjęcie stażu poza domem było jedną z największych zmian, jakie przeszłam w ciągu ostatnich kilku lat i jednocześnie  jedną z najcięższych fizycznie. I też jedną z takich, które wymagały zaakceptowania siebie samej w nowej roli. A to nie zawsze jest łatwe;) przynajmniej dla mnie nie jest;)

Powiem też coś, za co kilka znajomych osób by mnie zrugało. Dobrze jest podejmować decyzję o wyjściu z domu ze świadomością, że być może po jakimś czasie najsensowniejszym wyborem będzie krok w tył. Czasem tak jest: trzy kroki do przodu, jeden do tyłu, trzy do przodu… Wszyscy to znamy, nie tylko z rehabilitacji;)

Ja nie chcę robić niczego, co wrzuci mnie w dużo większy ból codzienny, co wpłynęłoby na pogorszenie mojego stanu zdrowia. Po prostu. Całodzienne mdłości nie są ani przyjemne, ani rozwijające, a w moim przypadku nawet nie są konieczne. Dlatego nie staram się o pełen etat (już 3/4 jest dla mnie zbyt dużym obciążeniem, ale daje radę!), jestem stażystką bez wielkiej odpowiedzialności, staram się o to, żeby szefowie wiedzieli, że mam dni, które są super, ale też takie, kiedy nie daję rady i rzeczywistość mnie przerasta. Na spokojnie.

Od stresu i przepracowania jeszcze nikt chyba nie wyzdrowiał z żadnej choroby (;  (btw. Kiedy ja się taka mądra zrobiłam?;pppp)

Idealną opcją dla mnie jest praca poza domem z możliwością pracy zdalnej czasem. CZASEM. ale to ja;) i póki co tak sobie funkcjonuję korzystając z niewielkiej taryfy ulgowej, kiedy naprawdę jej potrzebuje. Jakoś leci:)

PS

Cóż, nie uważam, żeby bezsenność była najdogodniejszym schorzeniem u osoby, która męczy się z chroniczną męczliwością neurologiczną. Jakbyście mieli wątpliwości, dlaczego dodaję ten wpis w środę o 4 nad ranem.

Wyciągnięcie telefonu w takich sytuacjach jest dla mnie poddaniem się, ale kto powiedział, że jestem silna?;)

Dobra. Przepraszając za ogólny chaos tekstu i w ogóle Idę podjąć kolejna dziś próbę medytacji oddechowej i zaśnięcia. Dobranoc!;)))

Can't sleep gonna die

Czego nauczyłam się po udarze (XIII)?: doswiadczenia z pracy

Lewaczka strona internetowaMam wrażenie, że u mnie nie może być spokojnie. Z drugiej strony wiem, że pewnie większość z nas przeważnie tak sobie myśli.

No to tak. Straciłam pracę. Tak musiało być, po prostu okoliczności. Dlatego nie piszę „chłopaki mnie wywalili” albo „dałam ciała”, bo nikt nie zawinił. Po prostu czas w najlepszym miejscu się skończył. I nawet nie chcieli mnie przytulać na do widzenia! Jeden, bo nie znikam (mamy współpracować, tylko nie codzienne), drugi – bo chory. Ale ja nie choruje! Nie na grypy;) Czytaj dalej

Galeria twarzy (21): pani Basia

Dziś cudowna historia. Podesłana przez Sylwię, stałą bywalczynię Lewaczki, która nazwała mnie kiedyś „swoją młodszą udarową siostrą”. No ja po tylu rozmowach też widzę w niej udarową siostrę;)

ale do rzeczy:

różowe paznokcieZnasz powiedzenie ”wiódł ślepy kulawego”? Wczoraj wyszłam z domu i spotkałam na rogu naszą osiedlową jeżycką Osobowość, Panią Basię, niewidomą kobietę, naszego barwnego ptaka, postać już sławną w Poznaniu. Pani Basia jest zapewne jakoś w moim wieku (nie umiem tego ocenić), nie jest niewidomą od urodzenia, jest atrakcyjną kobietą podkreślającą swoje atuty, ma platynowe blond długie włosy, wyrazisty makijaż, zawsze zrobione paznokcie, nosi szpilki i krótkie, kolorowe sukienki. Nie chodzi z laską. Ma tylko opaskę na ręku. Porusza się po mieście korzystając z pomocy innych ludzi. Dodatkowo ma chorego syna i oczywiście jest samotną matką. Uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Nie załamuje się, walczy non stop o siebie i dziecko. Wczoraj mi opowiadała o nowej możliwości leczenia komórkami macierzystymi a na moje pytanie skąd weźmie te straszne pieniądze powiedziała, że myśli o zgłoszeniu się do Big Brother! I tak sobie szłyśmy razem kawałek, ona niewidoma, ja kulejąca i było mi cholernie głupio. Za to moje ostatnio marudzenie, użalanie się, rezygnację z ćwiczeń „no bo przecież nic się nie zmienia”. Czytaj dalej

Przemyślenia poniedziałkowe

Dziwny dzień, pełen małych zaskoczeń. Oto kilka najważniejszych, w tym jedno neurologiczne.

  • Zaskoczyły mnie zębole. Poszłam do dentysty, bo ząb mnie boli. Od lat. I od lat go leczę. Wraca do mnie ten ból jak bumerang. Ostatnio zrobiłam mu nawet zdjęcie o śmiesznej nazwie „pantomogram”. Żebyście zapamiętali: rebus:D pantomogram dowód osobisty

No i co słyszę u pani stomatolożki? Mam zdrowe zęby. MAM. ZDROWE ZĘBY. i tu następuje ciekawostka stomatologiczna. W mojej paszczęce korzenie zębów są ułożone bardzo blisko nerwu szczękowego. I to może być powód bolesnych zębów od lat. Albo problemy z zatokami. Bo są za nisko, aż tak, że nie widać na zdjęciach, czy nie ma tam stanu zapalnego. Pfff. Ząb bolał wczoraj, trzy tygodnie temu, a także prawie 5 lat temu w chwili udaru. Podobno myliłam potem ból mózgu z bólem zęba. Chyba są podobne.  Boli mnie ten ząb odkąd pamiętam.

Czyli ból jest, nie ma przyczyny. Pfffff.

  • Zaskoczył mnie dzisiejszy trening. Dostałam dziś prezent z klubu. Okulary strzeleckie! Tzn. muszę dorobić do nich to, przez co się patrzy. Bo przecież ktoś, kto pakował mi okularki w opakowanie z napisem „olympic champion” nie wiedział, jaką mam wadę. Smutne jest to, że dostałam je w chwili, w której zastanawiam się, czy nie odpuścić sobie strzelania. Mad world, rzekłabym. Ale same okulary wygladają przekozacko:)

okulary strzeleckie

  • Moja twarz brzmi znajomiej, niż powinna. Okazało się, że pypcie są wycięte, a i tak je widać. Wszystko się pogoiło, miało być niewidoczne, a jest widoczne. Pewnie wyglądam jakoś lepiej, ale czy o to chodziło wszystkim, którzy mówili „wytnij te obrzydliwe brodawki”? Nie wiem. Może i tak. Niechaj ci, co tak mówili, sami se ocenią kiedyś.
  • Antydepresanty są w sumie tylko przypominajką, nie zaskoczeniem. Czemu? Ach, jak mi było dobrze! Przeprowadzka, praca, niezależność i na dodatek nowe antydepresanty. Chodziłam wokół i mówiłam ludziom, że „taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaak, kocham swój prozak!” i rozumiem jego karierę wszędzie, gdzie ludzie go pokochali. A potem się pokomplikowało. Okazuje się, w sumie pierwszy raz w życiu u mnie, że antyepresanty nie są tarczą chroniącą przed smutkiem. Pomagają go znieść, ale hm, świat jest światem i będzie nas kopał w pupcie tak często, jak będzie mu się chciało. Antydepresanty nie chronią przed złamanym serduszkiem, chorym psem, utratą pracy, brzydką pogodą, udarem mózgu. Pigułki szczęścia nie są pigułkami szczęścia. Ale pomagają je odczuć, jeśli jest gdzieś na choryzoncie. I nie płakać przez niepowodzenia pół życia, tylko pół miesiąca.
  • I tutaj nie będzie zaskoczenia: wszystko to marność i pogoń za wiatrem (Koh 2,11).

Co znamy z czasów „przed”?(:

Jedną z rzeczy, które mówi się osobom opanowującym  komunikację z afatykiem?

nie mów do chorego, jak do dziecka.

To samo mówi się tym, co przejmują opiekę nad osobami po udarze. Nie traktuj chorego jak dziecka, bo nie jest dzieckiem (chyba że jest dzieckiem, wiecie).

Wielu z nas dzieli życie na czas „przed”i „po” (swoją drogą, tak nazywał się okropnie smutny reportaż radiowy którego byłam bohaterką. Link gdzieś na końcu;)). Ma to dla mnie ogromnie wiele sensu. Choćby z tego powodu, że doświadczenia „przed” są po prostu zupełnie inne niż te, „po”.

No właśnie. Są inne, ale nie znikają (chyba że w głębokiej amnezji). Są mniej widoczne spoza problemów chorującej rzeczywistości, ale wciąż są. Przecież wcześniej Czytaj dalej

Tu jesteśmy

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła… z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

Ponieważ temat tego, co chcę napisać jest zbyt ważny, by przesłaniać go technicznymi komunikatami, szukajcie ich na końcu tekstu.

Zatem.

Przeprowadziłam się. Za tym zmieniło się moje otoczenie, nie tylko najbliższe, ale blisko-dalekie. Co to znaczy? Przez ostatnie lata, gdy wychodziłam ze śmieciami, widziałam pole, dzika, sąsiadów idących na spacer, albo swoją babcię. Teraz, gdy wychodzę ze śmieciami, widzę osoby w każdym wieku, które robią mnóstwo rzeczy. Dorosłych, dzieci, emerytów, z psami i bez psów. Gdzieś obok jadą samochody, nieco dalej niż obok tramwaje, a budowa wieżowca ulicę dalej nie wkurza tylko dzięki warszawskim doświadczeniom (remont przez dwa lata nad głową, spadający na głowę co kilka godzin gruz hartuje charakter).

Widzę mnóstwo osób starszych. Być może dlatego, że zwracam na nich uwagę, może dlatego, że społeczeństwo się nam starzeje, może dlatego, że starsi ludzie często są zasiedzieli w swoich mieszkaniach z lat 60, a młodsi wyprowadzają się na nowe osiedla… Na pewno zastanawiam się czasem, czy dzisiejsi emeryci pamiętają moją mamę, jak sobie hasała między blokami i opalała się za garażami z babcią. To też.

W każdym razie widzę ich. I dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że ogromna część starszych ludzi chodzi powolutku, kroczek za kroczkiem. I ma podwiniętą, przykurczoną rękę w tak charakterystyczny, spastyczny sposób. Widzę ich, ale raczej nas, niemal codziennie. Widzę, że smutna statystyka, wg której udar spotyka jedną osobę na sześć, nie może być przesadą.

Dopiero teraz uderzyła mnie ta widoczność na ulicach. Jeszcze niedawno dziwiłam się tacie, który z zamyśleniem wspominał „o, pan z podkurczoną ręką, pewnie po udarze”. Dziwię się, że ja zauważam to dopiero teraz.

I po raz kolejny myślę sobie, że to nie ich wina. To nie nasza wina. Wprawdzie nieznajomość prawa szkodzi, ale skąd wiedzieć mój dziadek miał wiedzieć, jak poznać udar? Albo skąd ta starsza pani z ulicy obok miała wiedzieć, że te papierosy i tłuste żarcie mogą skończyć się podkurczoną ręką do końca życia?

Teraz mamy większe możliwości niż kiedykolwiek, żeby powiedzieć naszym bliskim, żeby o zadbali o dietę.Nie dlatego, że jest taka moda, tylko dlatego, że to im się opłaca. I żeby za kilka lat jakiś trzydziestoletni udarowiec nie patrzył na nich ze zdziwieniem, że aż tylu nas jest.

Również dlatego przypominam teraz filmik, który prezentuje najbardziej typowe objawy udaru. Szybka pomoc daje szansę na powrót do zdrowia. Nawet pełny.

 

I przypominam, że lepiej, łatwiej, taniej i przyjemniej jest zapobiegać, niż leczyć:))

A teraz przechodzę do ogłoszeń:

Premiera nowej odsłony Lewaczki z różnych względów mi się przesuwa. Nie płaczę z tego powodu, bo mam świetne antydepresanty; ppp a tak serio, to jest mnóstwo roboty, nie tylko programistycznej. Powoli wszystko porządkuję, piszę nowe treści, wszystko trwa dłużej, niż sobie wymarzyłam.  Trochę jak z remontem, każdym z który widziałam.

A za Lewaczkowaniem tęsknię,  więc wracam do pisania tutaj. Po prostu będę później wszystko przenosić ręcznie na moją stronę. To akurat będzie niewiele roboty;) a lista tematów czeka! Decyzja podjęta, teraz tylko zrealizować. I szczerze mówiąc, patrząc na to, z jakim impetem wróciła mi bezsenność, mam duże szanse na regularność!

Tralala. :)

Mam błyskawiczne ogłoszenie

Pracy na twoją stronę mają się ku końcowi. Serio serio. Już teraz wszystkie wpisy z lewaczki zostały zaimportowane do nowego systemu. Zatem czasowo przeniosłam swoją działalność nal ewaczkowego Facebooka. W ten sposób nie dokładam sobie pracy. Chłopakom też nie.

Wierzę w końcu, że nowa odsłona lewaczki jest tuż, tuż.

Dlatego sobie i wam życzę trochę cierpliwości:) a chłopakom szybkiej pracy.

Tymczasem zapraszam tutaj:)

https://www.facebook.com/lewaczkapl/

Tęsknię!

Czego nauczyłam się po udarze (VII): makijaż!

No, panie i panowie, Kasia dorasta.

W wieku 30 lat, dzięki temu, że się uniepełnosprawniłam, trafiłam na mini kurs  makijażu.

Nigdy wcześniej nie opanowałam tej sztuki. Nie wyniosłam z domu, nie nauczyły mnie koleżanki, mogłam tylko nieporadnie próbować samodzielnie. Dzięki temu często słyszałam, że „lepiej mi bez kreski na oczach”. Jak wrażenie, że znaczyło to zwykle „weź to zmyj, nie umiesz”. Czytaj dalej