Narzędzie tortur

Codziennie w Konstancinie przed pójściem na terapię zajęciową modlilam się, żeby nie mieć tego ćwiczenia:

Urządzenie zakrętki

To urządzenie zostało własnoręcznie zrobione przez tamtejszych zdolnych terapeutów. Pewnie się domyślacie, że zadanie polegało na przekręcaniu zakrętek z góry na dół i z dołu na górę, oczywiście chorą ręką – lewą.

Dla mnie to było narzędzie tortur i myślę, że do tej pory by było. Ręka bolała, dretwiała, męczyła się bardzo. Na szczęście trzeba odpoczywać!  z łapą położoną na płasko na stole.

Na szczęście mało kto jest poddawany torturom, wystarczą zwykłe nakrętki.  Samo złapanie zakrętki jest sukcesem, założenie kolejnym, dokręcanie kolejnym, odkręcenie ostatnim.  Na początku można się bawić kilka razy w tę i we wtę, potem wystarczy pamiętać przy odkręcaniu, żeby używać chorej ręki.

Szczerze mówiąc, teraz pamiętanie o odkręcaniu lewą ręką jest trudniejsze niż samo odkręcenie.

a mój udar jest mojszy!

readingLubimy się licytować. Kiedy dajemy trzy dychy na Allegro, ciężko nam nie dorzucić piątala, żeby przypadkiem nie przegrać.

Ale licytacja na choroby jest czymś naprawdę szczególnym. Można ją spotkać wszędzie. W kolejce na badania, przy stole, na piwie ze znajomymi, ale szczyt finezji osiąga na sali szpitalnej.

Siedzą trzy panie, chore na – dajmy na to – RZS*. Poznają się dopiero. Opowiadają sobie, pani kochana, ja to wstaję przez dwie godziny rano, taka jestem połamana. Pani, to jeszcze nic, mi mąż musi zastrzyk zrobić, bo jak nie, to nie podniosę głowy i nie pójdę do lekarza. RZS to nic przy cukrzycy, ja mam od lat, a ta cukrzycowa dieta w szpitalach to koszmar! No koszmar, tu odzywa się zwyciężczyni tej rundy,  ja też mam cukrzycę, ale też dużo innych chorób i opowiada o nich do wieczora. Pozostałe panie nieśmiało wtrącają, swoje doświadczenia, ale ja wiem, mój mąż miał to samo nigdy nie pomoże w walce o pierwsze miejsce z tymi, na których można pisać podręczniki medycyny.

Kto ma gorszą depresję? Kto miał bardziej rozległy udar? Kto miał bardziej skomplikowane złamanie? I o co my tu walczymy?

Może o miejsce w hierarchii – tylko jakiej? Przy stole na imieninach już dawno jest ustalona. Na sali szpitalnej i tak pierwsze miejsce będzie miał albo najstarszy, albo ten kto najwięcej gada.  Może o uwagę, której nam na co dzień brakuje, a policytowanie się na choroby skupia na nas wzrok uważniejszy niż lekarza prowadzącego. Może o coś innego.

Wstyd się przyznać, ale i mi zdarzało się brać w tym udział. Byłam wciągana w to, mimo że nie chciałam za bardzo lub licytowałam w obronie – bo wiem jak bardzo boli mojego tatę, kiedy ktoś mówi, że miałam mały udar. Jak ja raz tak powiedziałam, myślałam, że jak w telenoweli, dostanę z liścia w buzię (i tu też wpadam w ton ‚ale miałam duży udar!’ – wybaczcie;)

Nienawidzę tego, kiedy takie rzeczy działy się w moim pokoju zakładałam na uszy słuchawki i mnie nie było, nawet kiedy wiedziałam, że do mnie mówią. Za każdym razem łapię agresora i chcę krzyczeć, że prawda jest taka, że dla każdego chorego jego własna choroba jest najważniejsza, obojętnie jak bardzo chora nie była osoba naprzeciwko. I żadna choroba nie jest powodem do dumy (no chyba że złamanie ręki podczas ratowania ludzi w czasie pożaru).

zawsze można skończyć rozmowę prostym ‚wygrałeś, jesteś bardziej nieszczęśliwy i szybciej umrzesz’, bo do tego to się sprowadza. Ale trzeba się liczyć z tym, że kiedy zasłabniemy wieczorem nikt nie pobiegnie po pielęgniarkę, by nas ratować.

*klik! – plus dopowiem, że sytuacja jest fikcyjna, ale wzorowana na wielu prawdziwych.

 

SINN – Kasia na udarówce leży w grzechu

left handJak tylko mogłam zażartować, powiedziałam, że nawet chora leżę w grzechu. Dlaczego? Bo miałam łóżko z widokiem na drzwi z napisem SINN (ang. sin – grzech) – sala intensywnego nadzoru neurologicznego czyli tzw. udarówki (czy tam trafiają nieudarowcy, nie wiem. Jeśli chorują na coś nagłego i zagrażającego życiu, pewnie tak).

Z udarówki mam dużo przewbłysków, mniej wspomnień i dużo relacji – że coś robiłam, albo ktoś coś robił, o swoich pierwszych dniach pisałam tutaj. Ale udarówka to jest niesamowity, inny świat, który opanowany jest przez ludzi starszych i w którym każdy walczy najpierw o życie, później o kolejne komórki mózgu, żeby jak najmniej ich stracić.

SINN to miejsce, w którym leżymy we własnych grzechach – grzechach zaniedbania, nieograniczenia w paleniu, jedzeniu, grzechu złej budowy serca, a przede wszystkim w grzechu starości, którego nikt nigdy nie pokonał i nie pokona inaczej niż umierając.

SINN to miejsce przerażające nawet nie dla samego chorego, który widzi na sali niewiele. Jest przerażająca dla odwiedzających, którzy przychodzą z nadzieją i widzą tych, którzy przegrali swoją walkę z udarem.

SINN jest jak OIOM, gdzie pacjent jest zawsze na oku pielęgniarek i lekarzy, którzy reagują na każde niepokojące wskazanie aparatury, do której pacjent jest podpięty. Kable irytują, łatwo je zerwać,

SINN to miejsce, w którym nie rozmawia się z sąsiadami, bo albo nie umiesz, albo nie masz siły, albo nie jesteś w stanie, albo ich nie widzisz. Ja naliczyłam tam kilka osób, męża uroczej kobiety, która co wieczór życzyła mi ‚kolorowych snów królewno’, siostrę z którą potem leżałam i panią ‚boliboliboli’ najsmutniejszą postać którą spotkałam w szpitalu i ostatniego dnia na SINN-ie jeszcze jednego pana. Podobno było nas wielu więcej.

SINN to sala w której chorego nie wolno męczyć, w którym głośny śmiech jest trochę nie na miejscu, a z drugiej strony bardzo na miejscu.

SINN to miejsce, w którym zaczyna się twoja rehabilitacja i od tego, jak jest ona przeprowadzona, bardzo wiele zależy w przyszłości.

Byłam pewna, że wszystkie SINN-y, wszystkie udarówki, są przynajmniej tak dobre jak mój – bo muszą być dobre, żeby ratować życie. Ale czytam o nich, również w komentarzach w sieci, gdzie wielu wylewa złość i frustrację i okazuje się, że udarówka udarówce nie jest równa, a największymi grzechami są zaniedbania w opiece nad tymi, którzy nie potrafią sami się sobą zająć.

„moją” udarówkę w szpitalu Czerniakowskim mogę bez wahania polecić. Choć kilka lat temu mieli chyba pewien skandal, teraz chyba to co złe – minęło.

Ustawili mnie do pionu – subiektywnie o pionizacji

stroke, sit, pionizacjaNiewiele osób pamięta swój pierwszy siad. Pierwsze stanięcie na nogach. Pierwsze samodzielne kroki. Ja pamiętam doskonale. Oczywiście te po udarze.

W moim przypadku pionizacja przeszła niemal bezboleśnie. To znaczy że na początku jej nawet nie zauważałam. Nagle nieśpiącą część dnia zaczęłam spędzać na półleżąco, potem, podczas obchodu, sprawdzono czy trzymam równowagę i usiadłam. Z nogami w powietrzu! Nie mogłam się tym dłużej pocieszyć, bo od razu kazano mi się położyć, poza tym to całe siedzenie chyba mnie zmęczyło. Od tamtej pory jednak miałam jeść posiłki na siedząco! Każdego, kto mnie widział w tej pozycji witałam wesołym „patrz jak mi się majdają”! I majdałam nogami.

I tak powolutku szłam w górę – bardzo ostrożnie postawiono mnie na dwóch nogach, na kilka sekund. Ponieważ ja wtedy nie za bardzo rozumiałam co się ze mną dzieje, nie rozumiałam tego całego halo wokół stania. Potem  było kilka kroków, potem krótkie dystanse z wysokim balkonikiem, co oznaczało pozbycie się pampersów!

W końcu przyszedł czas na samodzielne kroki i powolutku chodziłam coraz więcej. Bardzo się bałam, ale trzymałam równowagę nieźle, tzn. niewiele gorzej niż teraz, kiedy już normalnie chodzę i biegam (czasem jedynie czuję że tracę równowagę, ale nie upadam).

I przy tym byłam szczęściarą – nie miałam zawrotów głowy i nie spadałam w żadnym kierunku – potrzebne było ‚jedynie’ odpowiednie wzmocnienie nogi, żeby mnie utrzymała.

Wiele osób nie ma tego szczęścia. Pamiętam, że przez dwa dni leżałam na sali z panią, która upierała się, że będzie siedzieć. I niemal za każdym razem, spadała w bok, a raz prawie spadła całkowicie z łóżka. Dostało się jej trochę od salowej:)

Nie wyobrażam sobie, jak można kogoś ‚postawić na nogi’ bez pomocy specjalisty, tak, żeby nie zrobić ani jemu, ani sobie krzywdy. Fizjoterapeuci, również ci, którzy nie mają pomocy różnych przyrządów, np. stołu pionizującego, przyczyniają się naprawdę do wielkich cudów. Jak się patrzy na efekty ich pracy, chce się być fizjoterapeutą. Naprawdę!

Pionizacja to chyba najstraszniejszy element rehabilitacji (jeśli człowiek jest świadomy problemu), ale z drugiej strony, jak się udaje – jeden z najbardziej satysfakcjonujących. Pamiętać swoje pierwsze kroki – bezcenne.

PS

wg jakichś studenciackich notatek tak naprawdę długo nie byłam spionizowana, bo 30 min stania czy chodzenia bez przerwy, przyszło dopiero w Konstancinie. I to nie na początku!

Ach ta pupa niemowlaka

toilet paperWśród wielu szoków, które czekają na pacjenta udarówki, czeka wsadzenie jego własnego, starego zada w pampers. Na początku „na wszelki wypadek”, bo i tak masz cewnik, potem z konieczności. Chwila, w której w końcu okazuje się, że nie ma wielkiego strachu o to, czy narobisz w białą szpitalną pościel i w końcu wydostajesz się z pampersa, wydaje się być powrotem do pełnego zdrowia.

Z tego co pamiętam początkowo nawet mi nie przeszkadzał, ale wtedy bolało, poza tym skupiałam się na tym, żeby nie wyrwać sobie cewnika. Potem, kiedy dochodziła świadomość, że w razie potrzeby, będzie się robić pod siebie, była paraliżująca. Nie ma wyjścia, żeby to przetrzymać, nie wiadomo, kiedy wyjdziesz z tej sali, gdzie jesteś połączony z „centrum ratowania życia” kabelkami, monitorami, i całą tą elektroniką, nie ma opcji, żeby się nie posikać do tego cholernego pampersa, w końcu tłoczą w ciebie całymi dniami litry wody.

A tu niespodzianka! Kiedy w końcu przyszedł i na mnie czas, chciałam i nie mogłam. Męczyłam się pół dnia, próbowałam, niezależnie o tego, czy obok stali goście, czy nie, w końcu – przepraszam za to – udało się, kiedy ktoś siedział jakiś centymetr ode mnie i szybko pobiegł po pielęgniarkę, żeby mnie przewinęła.

To był dla mnie wielki szok. Wylewałam z siebie łzy pół nachodzącej nocy, przeszkadzając na pewno leżącej obok siostrze zakonnej, kiedy musiałam siku po raz drugi, czułam się podle, zwłaszcza że długo zwracałam na siebie uwagę pielęgniarek. Kiedy przyszły, żeby mnie przewinąć, rozryczałam się straszliwie, łykając łezki przepraszałam je, że muszą to robić, że to moja wina, że to wstyd, że przepraszam, że połamią sobie na mnie kręgosłupy, że przepaszam, że wstyd mi za to, że jestem taka słaba, że się wstydzę, że naprawdę nie mogłam wstać i iść do toalety, że przepraszam, przepraszam, przepraszaaaaaaaaaam.

I wtedy młodziutka, śliczna pielęgniarka, pani Kasia, złotowłosy anioł, uspokoiła mnie skutecznie i przysięgam, że jak się udało, widziałam wokół niej złotą aureolę i wierzyłam, że oddala się nie do dyżurki pielęgniarek, a na swój tron królowej miłosiernej.

Nie mówiła jakichś superodkrywczych rzeczy, powiedziała po prostu, że to jej praca, że jest przeszkolona do podnoszenia w dwie osoby nawet do osób większych ode mnie. I że nie ma się czego wstydzić, bo wszyscy jesteśmy tacy sami. Gdzieś w oddali wtórowała przezabawna salowa, która zaczynała liczyć, ile widziały w życiu gołych bab i facetów i ile „pamperów” zmieniła.

Po tym zasnęłam jak niemowlę, a rano, też jak niemowlę, obudziłam się zlana.

Ta noc diametralnie zmieniła moje patrzenie na fizjologię. Przewijanie jest niekomfortowe i dalej było kłopotliwe, ale już nie do przesady i z bardziej racjonalnych powodów, ale uświadomiłam sobie, że fizjologię każdy ma taką samą i każdy ma takie czy inne ciało. W czasie tych kilku miesięcy tyle osób widziało mnie nagą i pomagało w bardzo intymnych czynnościach, że już nie widzę problemu w żadnej nagości i tym, że ludzkie ciała funkcjonują tak, jak funkcjonują. U lekarzy, przy badaniach jest mi dużo łatwiej niż wcześniej.

Oczywiście, wszystko zależy od tego, na jakich opiekunów trafisz na początku. Jak patrzyłam na pielęgniarki w innym szpitalu, które wydzierały się na starszą i bardzo schorowaną panią, za to, że za często i za dużo sika, i wyliczały jej ile wypiła, to nóż w kieszeni mi się otwierał. Widziałam takich sytuacji kilka i wiem już, z czego może wynikać zła opinia o polskiej służbie zdrowia. Gdyby ktoś tak ze mną zrobił. to pewnie potem żałowałabym, że nie wydrapałam oka.

Mimo że moje pielęgniarki były cudowne, coś z traumy jednak mi zostało – dopiero ostatnio przestałam sprowadzać każdą rozmowę na pampersy ( ;

PS

Tzw. „dwójki’ nie było u mnie bardzo długo. Mój brat ostatnio wspominał, jak byłam w toalecie i przez drzwi krzyczałam z radością „Radek! Zrobiłam kupę!”:)