Uczę się rozluźniać rękę podczas różnych czynności

Czyli jak operuję ręką muszę się uczyć jej rozluźniania:)

Oczywiście to  trochę oszukiwane rozluźnianie, bo, pomimo prób, nie udaje mi się porządnie rozluźnić tej ręki, może pod wzrokiem Pani Madzi by było lepiej, w samotności nie idzie.

No i sobie oszukuję, żeby zmniejszyć napięcie przynajmniej.

Na przykład: kiedy robię na drutach, uważam bardzo na to, żeby nie zaciskać ręki zbyt mocno. Spowalnia to i tak wolną pracę, ale dzięki temu ręka NIE BOLI.

To samo, kiedy uczę się szydełkować (idzie jak po grudzie, jeszcze nic się nie dzieje ciekawego w tej kwestii, więc się niczym nie chwalę. Czytaj dalej

Moja przyjaciółka wzięła ślub, a ja spędzałam czas na przetrwaniu, czyli: jak przetrwać ślub i wrócić w jednym kawałku?

źródło

Przed wyjazdem obserwowałam u siebie pożądanie w regularny atak paniki.  Rzadko mi się zdarza, że wiem dokładnie z czym mogę złe samopoczucie jest związane, tym razem wiedziałam dokładnie.  Pakowanie się na ślub wydawało mi się być bardzo skomplikowane, a nadchodzącą uroczystość wzmagała jeszcze niepokój.

Zmęczenie i strach.

I to wyjazd bez mamusi, która w razie problemu się zaopiekuje biedna córeczką.  Przerażające.

Zostawiłam końcówkę pakowania na ranek, nie dla mnie działania z sensem jak mam atak

Spakowana napisałam do swoich udarowych przyjaciol i do kilkorga  znajomych z prośbą o rady jak przetrwać.

Czytaj dalej

Jeju, dziwnie jest

Powiem tak. Wczoraj, jak ktoś poprosił mnie, żebym napisała o czymś na blogu, powiedziałam, że nie mogę, bo kolejka ważnych tematów czeka na opracowanie/ujawnienie.

Teraz na pewniaku usiadłam do komputera i… Pustka. Nic. Moje ważne tematy zniknęły tak, jakby ich nie było.

Aż mnie zatkało. Jestem pewna, że tu były. Coś czuję że tętno mi podskoczyło, bo słyszę moje serce. Chyba.

Tak, wiem, że sobie planowałam, rozmyślałam, ale nie zapisałam. To jeszcze potęguje moje wrażenie zagubienia w rzeczywistości. Ja wiem, nie wolno panikować, każdemu (nawet mojej mamie!) zdarza się czegoś zapomnieć. Lub o czymś zapomnieć. Ja wiem. Tylko że przy moim ogólnym rozbiciu i poczuciu odstawania od rzeczywistości, mam dziwne wrażenie, że ktoś wyjął mi z głowy solidny kawał mózgu.

I wcale nie mam poczucia, że coś się po prostu schowało w szufladce i muszę to odkopać. Mam poczucie że coś straciłam, i to przez udar mózgu.

Hm. To pewnie nic. Znam ten stan, wiele razy to przechodziłam. Przede wszystkim to spokój może nas uratować. Spokój i odpoczynek i nieprzejmowanie się. Uciekło, to wróci. Przewróciło się, niech leży. Postanawiam się tym nie przejmować i obejrzeć sobie coś na netflixie.

Z nowości:

straciłam wszystkie zdjęcia, które miałam. dysk padł.

jutro idę do dietetyka,

już za kilka dni zaprezentuję wam stronę o spastyczności,

kończę czytać pierwszą z mózgowych książek, które zakupiłam ostatnio

trochę jestem głodna.

Na dobry sen wrzucam Wam Marcina Dorocińkiego. Z fejsa, to chyba legalnie;) Bo fajny jest:)

 

„stres emocjonalny może z łatwością przybrać formę fizyczną” – no chyba może!

Notatka na marginesie

W przypadku szczególnej słabości organicznej stres emocjonalny może z łatwością przybrać formę fizyczną; tłumaczy to, dlaczego pod wpływem stresu astmatycy dostają ataków astmy, u osób z parkinsonizmem nasilają się objawy chorobowe, a osoba z tak słabym wzrokiem jak Virgil przestaje (na pewien czas) widzieć. Dlatego tak trudno ocenić, co jest słabością fizjologiczną, a co „zachowaniem umotywowanym”

Antropolog na Marsie, Oliver Sacks

oliver sacksI znowu muszę powiedzieć, że Sacks we mnie trafia. Prawda jest taka, że w słabe emocjonalnie dni, gorzej operuję ręką, gorzej mówię, jestem cofnięta. Widzę siebie w przytoczonym cytacie, naprawdę. Ta książka to znowu wykrzykiwanie ‚o, to ja!’:) Bywa trochę nudnawa, ale pewnie to ja, nie książka. No.

Naprawdę zauważam, a jak się stresuję, wracam do możliwości sprzed wielu miesięcy. Regres jest natychmiastowy. Wiecie, jak na mojej obronie magisterki.

Ścięło mnie z nóg tak bardzo, że dostałam „magistra z poczucia humoru”. Jak później przemyślałam kwestię, znałam odpowiedź na każde pytanie, nie tylko „Dlaczego Głębokie gardło?” ale to po fakcie. A tu jest jeszcze dziwaczniej i trochę obiektywniej mogę sama siebie ocenić. Naprawdę czuję to drętwienie w ręce. Trochę na szczęście wciąż wolno mi uciekać w sen i zamiast przepracowywać chwilowe regresy mogę je przesypiać.

Ta sytuacja ma też dobre strony. Nigdy nie będę musiała udawać przed komisją ZUS;p

Neurologia jest fascynująca.

PS

o Sacksie wpominałam już tutaj i tutaj;) Dołączył do grona moich ulubionych autorów po pierwszej jego książce, którą przeczytałam. Bardzo przypomina mi w erudycji mojego psychiatrę, być może dlatego tak bardzo lubię mojego doktora:) polecam! mimo że przy Antropologu odrobinę się męczę. ale jak mówię, czytam wśród ludzi, nie mogę popłynąć, dużo się wokół dzieje, więc mi  się dłuży. To nie wina Sacksa.

to już rok blogowania – skąd ja biorę biorę tyle siły?

gazeta wyborczanie raz myślałam, że już wyczerpałam temat udaru.

nie raz myślałam, że już nie ma o czym pisać. szykowałam się, do kończenia swojej lewaczkującej (bo nie lewackiej:P) przygody. ale potem dostawałam wiadomość od kogoś, kto to czyta. i za każdą wiadomość, każdy komentarz , dziękuję. nawet mojej jedynej hejterce, dzięki niej poczułam się Prawdziwą Blogerką:P

Wczoraj napisała do mnie pani Iza, też udarowiec. I gdzieś tam zapytała o coś, nad czym sama się zastanawiam.

skąd ja biorę siłę?

to jest superważne, bo każdy z nas, nie tylko udarowców, musi skądś brać siłę do przezwyciężania kryzysów. Skąd ja biorę siłę? Nie wiem sama, taka jest prawda:)

Często tej siły nie mam, co w połączeniu z moim pesymizmem daje paskudny miks. Jednak trochę mi tego mózgu zostało i wiem, że od użalania się nad sobą i poddawania się nikt nie wyzdrowiał.

Moją metodą jest odpuszczanie sobie. Jak się gorzej czuję, wyrko na mnie czeka :) następnego dnia, albo za dwa dni, złe samopoczucie przejdzie, energia wróci. Nie ma co się spinać. Odpuszczam sobie, nie wymagam od siebie więcej, niż to konieczne, nie oczekuję od siebie za dużo i za dużo od siebie nie wymagam.

Ładnego stoickiego rysu nabrałam, wcześniej go nie znałam raczej. Jakoś to będzie.

Los tak zadecydował. Nagle nie muszę się spieszyć i moim głównym obowiązkiem jest dbanie o siebie najlepiej jak umiem. Jak mi się znowu noga powinie w życiu, przynajmniej mam wymówkę, w końcu jestem udarowcem.

Tata mówi, że udar stał się moją wymówką, której używam za często. Mama mówi, żebym się wzięła do roboty. Cóż, myślałam o tym, oczywiście, że myślę o tym prawie cały czas. I odpuszczam sobie. Nie wydaje mi się, żebym nadużywała tego wszystkiego i żebym się przesadnie leniła. Czasem jest mi przykro, zwłaszcza jak się dobrze czuję. Ale potem się czuję gorzej, mniej pewnie stąpam, gorzej się orientuję, mdłości są jeszcze mocniejsze niż zwykle… I przypominam sobie, że powinnam sobie odpuścić.

Tu chyba naprawdę leży klucz do mojej siły. Odpuścić sobie. Nie ma się czego wstydzić, i jest  czego być dumnym.

Ooo, to kolejna rzecz. Jestem naprawdę dumna z siebie. chyba pierwszy raz w życiu. Jestem dumna z każdej notatki na lewaczce i z każdego przebiegniętego metra. Z każdej strony, którą przeczytałam, jest z czego być dumnym, naprawdę ( :

No i mam swoje pigułki szczęścia. Nie sprawiają, że jestem szczęśliwa, ale jestem w miarę stabilna i kroczek po kroczku drepcę w dobrym kierunku.

To wszystko nie znaczy, że nie mam kryzysów. Mam ich masę. I mogę się nimi dzielić, ale nie lubię narzekać za bardzo, nic dobrego z tego nie wynika. Mogłabym z detalami opisać swoje doły, ale analizowanie ich a bardzo prowadzi u mnie do zafiksowania się na swoim nieszczęściu, co potęguje poczucie nieszczęścia i niesprawiedliwości. A na co mi to?(;

PS

przepraszam za chaos w tym tekście. Pisałam go cały dzień, jest prawie tak chaotyczny jak moja głowa dzisiaj.

PS 2

Pozdrawiam panią Izę:) i moich wszystkich przyjaciół, dzięki którym wiem, że nie warto odpuszczać:)

urodepresja – dziś mija rok od udaru

heartna swoje potrzeby, dawno temu, ukułam słowo ‚urodepresja’. odkąd pamiętam, o północy 3 stycznia mi się zaczynał bardzo zły humor i kończył w momencie, w którym, w którym data się zmieniała.

Dziś jest 21 grudnia i od wczoraj o niczym innym nie myślę, że dokładnie rok temu przyjaciółka znalazła mnie na podłodze w kiblu, ryczącą jak zwierzaka. Jest mi smutno, tak bardzo, że mogę to porównać do bycia porzuconym przez chłopaka. To nie jest nic szczególnego, zawsze tak mam w urodziny.

Mam wrażenie, że to urodziny, bo dostałam nowe, inne życie. W brytyjskiej grupie, do której należę, ktoś nazwał to ‚rebirth’, ponownymi narodzinami.

Prawda jest taka, że rok temu dostałam nowe życie. Wiem, że kiedy o tym mówię głośno, ludziom ciężko się z tym pogodzić, bo na zewnątrz wyglądam tak samo (a nawet, jak daaaaaaaawno niewidziana koleżanka powiedziała, lepiej: ‚chyba teraz się wysypiasz, co?’). Ale ja to czuję, niby jestem ta sama, z drugiej strony zupełnie inna. Są takie rzeczy, o których nie śniło się filozofom, tylko ludzie z ubytkami mózgu mogą je zrozumieć;)

ale dość już tego filozofowania, moja Lewaczka nie jest po to, żeby się użalać nad sobą, tylko po to, żeby pomóc sobie i innym iść naprzód. Dlatego chcę trochę uzupełnić listę sprzed pół roku.

left hand1. Nie mam pracy, która mnie bardzo stresowała.
2. Nauczyłam się robić na drutach
3. Rzuciłam fajki.
4. Karta ‚wiesz, jestem po udarze’ wciąż działa, choć ostatnio użyłam jej tylko raz, kiedy zupełnie nie poznałam kolegi.
5. bywa, że się wysypiam.
6. zlikwidowano mi dziurę w sercu.
7. dużo czasu spędzam na powietrzu. mniej niż pół roku temu, ale mamy jesień/zimę, więc się nie martwię.
8. skupiam się na sobie, jak nigdy
9. naprawiam po kolei wszystko, co we mnie popsute, od zębów, po paznokcie.
10. mam dużo energii i zapału do nauki nowych rzeczy.
11. zazwyczaj mam ładnie pomalowane paznokcie w lewej ręce (w prawej nie bardzo;p)
12. Jestem dużo spokojniejsza niż przed udarem. Po prostu.
13. Jestem odważniejsza, co mi tam. Rok temu prawie umarłam, co mi tam.
14. Zaczynam mówić językami, naprawdę.
15. poznałam ludzi w takiej sytuacji jak ja i mam z kim pogadać o tym, co się dzieje ze mną.

Mam nadzieję, że każde moje każde kolejne urodziny będą coraz łatwiejsze, bo póki co urodepresja trzyma. Przejdzie o północy. A ja mam nadzieję, że z czasem uda mi się zapominać o ich obchodzeniu kolejnych urodzin.

K jak kajaki!

kayakOstatnie 2 tygodnie były strasznie szalone, a ostatnim szaleństwem były kajaczki, na które szłam z obawami, ale nie trzeba było się bać.

Koleżanka pożyczyła mi swojego chłopaka (najsilniejszy w grupie) i jakoś się płynęło, niezbyt długą trasą, szybciej i wolniej, jak mi ręka trochę drętwiała, dawałam jej luz i ręka wtedy waliła ściemę, tu uspokoję kolegę – nie martw się, nie więcej niż minutkę na raz, więc nie nawiosłowałeś się za mnie za bardzo.

Wsiadanie i wysiadanie do łódki było wyzwaniem, ale co mi tam,

Ręka popracowała, poprostowała się i pozginała, nie dużo za dużo, tylko trochę za dużo. Dziś jest bardziej leniwa niż zwykle, ale obiad zjadłam nożem i widelcem, bez przekładania widelca stale do prawej ręki.

Ostatnio kajakowałam kilka lat temu, było bardzo przyjemnie, tereny międzyodrza żeglowne, kąpielisko Dziewoklicz czyste i dość spokojne, woda ciepła jak w Morzu Śródziemnym. Przyjemnie. Rehabilitacji nie porzuciłam z okazji na gości, równowagę ćwiczyłam, szybki marsz był, ręka była ćwiczona, może trochę mniej niż zazwyczaj, ale była.

Kajaczki polecam, i zdrowym i chorszym (tym, co mogą). Najważniejsze, że w nocy nie obudziła mnie sztywność łapy, jak się  to zdarzało w tym tygodniu razy kilka. Jeśli to zasługa kajaków, to będę chodzić na nie 2x w tygodniu, a jak się skończy sezon, to na ergometr (choć w to wątpię;)).

Powiem wam, że odkąd spędziłam te miesiące w szpitalach, dużo bardziej mnie ciągnie na dwór, ku spacerom, kajakom, leżaczkom, wystawianiu buzi (grubo posmarowanej filtrem) ku słońcu. Wcześniej rzadko doceniałam moje wędrówki po mieście.

Dziękuję moim przyjaciołom za miły weekend! – jeszcze do was wrócę;)

Nuda… Nic sie nie dzieje.

 W beautiful chairKonstancinie leżałam na jednej sali z panią Tereską. Pani Tereska była chyba z daleka, rodzina nie odwiedzała jej zbyt często. Pani Tereska, kiedy nie miała zajęć, patrzyła w telewizor, albo – częściej – patrzyła w ścianę.  Po kilku dniach odważyłam się zapytać ją, czy przypadkiem się jej nie nudzi.

– Bardzo – odpowiedziała. Problem w tym, że nie czułam się na siłach z nią ‚rozmawiać’,ja mówiłam gorzej niż teraz, a ona ledwie zaczynała na nowo składać słowa.

– Chce może pani przejrzeć gazety? – Zapytałam, a pani Tereska po raz -pierwszy jak ją znałam się uśmiechnęła. Nieśmiało przeczuciła ‚Politykę’ i wpadłam na genialny pomysł: a może woli pani gazetę o gwiazdach?  – o gwiazdach!  – pani Tereska uśmiechnęła się pi raz drugi i być może wypowiedziała jedno z pierwszych słów ‚po’. Kupiłam jej Gwiazdy czy jakieś inne Party i po raz pierwszy zobaczyłam panią Tereskę nie znudzona. Przejrzała gazetę i jak wielki skarb ułożyła na swojej półeczce.

Po kilku dniach poszedł do mnie syn pani Tereski i podziękował, że kupiłam mamie gazetę, ale niepotrzebnie, bo mama nie czyta.

MAMA NIE CZYTA.

Byłam w szoku. Nawet nie dlatego, że pani Tereska nie czytała, ale przez tę radość z obrazków. Dotarło do mnie ze nuda osoby po udarze może być większa niż mogę to sobie wyobrazić.

Kilka razy czytałam newsy na głos, żeby pani Tereska mogła posłuchać. I wtedy zrozumiałam to, jaką sensacje robiłam, kiedy czytałam na głos na korytarzu. Połowa osób, które mnie podsluchiwały, po prostu szukała jakiejkolwiek rozrywki,dokładnie tak jak ja. 

Zgaduje, że przy wielu innych chorobach, czas spędzony w szpitalu byłby pretekstem do nadrobienia zaległości w lekturach, w filmach, a przy udarze w wielu przypadkach czytanie jeśli jest możliwe, stanowi ćwiczenie tak ciężkie, jak sparing z Pudzianem. Filmy ogląda się na raty, albo trzeba do nich wracać, bo uwaga gubi się gdzieś po drodze.  Poza tym życie jest codziennie takie samo.  Nie zaskoczy cie korek w drodze do pracy, upierdliwy klient, nie pójdziesz po robocie do pubu ze znajomymi, twoje życie jest przewidywalne do bólu i nudne.

Mi też się nudzi, mimo że cały czas jestem zajęta – a to ćwiczę, a to się uczę, a to sprzątam, a to pisze bloga. Jedyną ucieczką od rutyny są znajomi, którzy lubią grillować i grać w gry – i tak samo było w szpitalu, goście byli skutecznymi ogdaniaczami nudy (choć to pewnie działało w jedną stronę – zwłaszcza kiedy zasypiałam w czasie wizyty;p)

Udarowcom się nudzi. A przynajmniej części z nich.  A jeśli myślisz że przesadzam, pomyśl sobie, że nagle przestajesz robić to, co robisz na co dzień, kilka miesięcy spędzasz w szpitalu, a potem zamiast do swojego zwykłego życia w biegu, wracasz do domu. Przy którym słowie się zanudziłeś?

na skrzydłach spastyczności

spastyczność po udarzeBardzo wielu udarowcom rośnie skrzydło, które nie jest niczym dobrym. Normalna, zdrowa ręka jest luźna i ładnie się układa wzdłóż ciała, a nie jest szponem przyciśniętym powyżej brzucha.

Przestrzegała mnie przed tym pierwsza pani doktor i rehabilitantka z udarówki, ale nie miałam z tym żadnych problemów. Dopiero po miesiącu tata zauważył, że z dłoni robi mi się  szpon, Rada była taka, żeby próbować rękę rozluźniać. Z biegiem czasu jednak ręka była coraz mniej luźna, na ostatniej rehabilitacji pani Madzia często waliła mnie po głowie skandując LU-ŹNO-RĘ-KA, ale problem nie był jeszcze dla mnie niepokojący. Teraz widzę duże pogorszenie i jeśli nie chcę nie mieć ‚skrzydełka’, muszę cały czas o tym myśleć, co jest po pierwsze – męczące, a po drugie – niewykonalne.

Dopada mnie powoli problem wielu udarowców – SPASTYCZNOŚĆJest to stan wzmożonego napięcia mięśni, powodujący ich sztywność i ograniczenie ruchów. Z tego, co widzę, jestem szczęściarą, że ten problem nie jest u mnie w pełni rozwinięty – bo nie mogłabym zagrać w bule, mogłoby bardzo boleć itd… To właśnie przez spastyczność, wielu fizjoterapeutów odradza moje „ściskanie piłeczki”, bo samo ściśnięcie jest nie mniej ważne od wyprostowania łapska. W Konstancinie na terapii zajęciowej bardzo pilnowano, żeby np. podczas ćwiczenia na siłce dla dłoni odkładać rękę na stół dla odpoczynku.

siłownia dla dłoni, rehabilitacja

 

Widziałam powolną walkę o otwieranie dłoni i ludzi, którzy bez problemu chwytali klocki, ale zmagali się z ich odłożeniem – mieli zatem, a przynajmniej tak mi się wydawało, problem zupełnie odwrotny od mojego. A teraz jest inaczej. Jeszcze niewiele wiem o spastyczności, oprócz kilku podstawowych rzeczy, ale na pewno wiem dwie: po pierwsze, kurczliwość (stara nazwa), spastyka mięśni (niepoprawna, ale używana nazwa), spastyczność jest wielkim zagrożeniem dla udarowca, po drugie – jest nie tylko niebezpieczna, ale też po prostu upierdliwa. Nawet w moich, łagodnych, zaczątkach zdiagnozowanych przez mnie samą.

mój szpon - niewiele widać, ale tak to mniej więcej wygląda teraz, jak się nie pilnuję

mój szpon poglądowo zapozowany do zdjęcia – niewiele widać, ale tak to mniej więcej wygląda teraz, jak się nie pilnuję

 

Dziś na przykład poszłam na nordic-walking i złapałam się na tym, że w pewnym momencie przestałam używać lewej ręki, trochę ją przykurczyłam i tak sobie szłam. Słuchałam wtedy audycji radiowej, więc byłam skupiona na czymś innym, ale trochę mnie to zaniepokoiło. Chyba w przyszłym tygodniu skontaktuję się prywatnie z fizjoterapeutą, bo mam wrażenie, że szybko posuwam się w złym kierunku.

Spastyczność dotyczy nie tylko rąk – choć u osób po udarze to jest bardzo widoczne. Może również zaatakować inne grupy mięśni i narządy wewnętrzne. Jest nie tylko problemem osób po udarze. Zmagają się z nią chorzy na różnorakie choroby, np. SM i porażenie mózgowe.

Bardzo ważna jest rehabilitacja ruchowa, lekarze mogą na to zaordynować lekarstwa (chociaż spodziewam się, że to w ciężkich przypadkach). Ale trzeba pamiętać, że choremu nie wolno otwierać ręki na siłę. Jak to się robi – niestety nie mam wiedzy. Ale polecam ściągnięcie poradnika opracowanego przez Fundację Udaru Mózgu – tu można go pobrać, na innych podstronach, można poczytać skrót o objawach, rehabilitacji, to przydatna wiedza i dla chorych, i dla ich bliskich.

Mnie nie boli, ale nie mam jeszcze (i mam nadzieję że nigdy nie będę miała) problemów z otwieraniem dłoni. Niestety, odkąd zauważyłam że mam problem, nie widziałam neurologa, więc muszę poczekać z rozmową o tym z fachowcem. Póki co staram się trzymać porad z poradnika FUM-u i to tyle mogę:) Bo na skrzydłach lata się dopiero jak są rozłożone;)

PS mam wrażenie że nie popisałam bzdur, ale nie mam pewności, dlatego jakby ktoś coś zauważył, proszę o sygnał, poprawię

PS 2 Wywiad z chorym na stwardnienie rozsiane – on pokazuje, jak wygląda żywot osoby, którą trafiło to cholerstwo.

PS 3 połknęłam pestkę od czereśni – a tak się pożalę;)

Bule lewą ręką! Mistrzostwa o komin portalu lewaczka.pl

bule, petanquePrzyjaciel gra w petanque’s, czyli bule. Jest Quasiprofesjonalistą ( ; przyjechał ze swojego miłego miasta i zorganizowaliśmy Pierwsze drużynowe mistrzostwa petanque lewą ręką o komin lewaczki, zwany również Boulès w Le Szczecinie.

Niestety przez serię ogłoszonych walkowerów, nie można było przeprowadzić rundy eliminacyjnej i od razu drużyny przeszły do finałów. Dwuosobowe drużyny nazwijmy je: Przegrani i Wygrani rozegrały dwa emocjonujące mecze, z których krótką relację przedstawia korespondentka portalu lewaczka.pl!

Walka była zacięta! Pierwszy mecz wygrali Wygrani, którzy długo prowadzili kilkoma punktami, jednak Przegrani szybko odrobili straty, wyprzedzając nawet liderów. Do końca nie było wiadomo, kto ostatecznie zakończy grę jako zwycięzca, ale udało się Wygranym, choć zadecydowały o tym ostatnie rzuty.

Po pierwszym meczu, ze względu na drętwiejącą rękę piszącej te słowa (osoby z niedowładem lewostronnym;) ) została zarządzona przerwa na picie, po czym wznowiono rozgrywki.

W czasie drugiej części nie zarządzano wielu przerw na tłumaczenie zasad, jedynie te, które odpowiadały na zapotrzebowanie publiczności, ze skupieniem obserwującej rozgrywki*.

Gra była zacięta, przez długi czas prowadziła drużyna Przegranych, wieloma punktami! Potem jednak Wygrani zaczęli odrabiać straty, a losy gry ważyły się do końca, w ostatnich rzutach wiadomo było, że ten, kto zdobędzie jeden punkcik wygra tę rundę. Wygląda na to, że Przegranych zjadł jednak stres i przegrali jednym punkcikiem. Wygrali wygrani, przegrali Przegrani – czy tego byście się spodziewali drodzy czytelnicy? (( ;

Zabawa była przednia, wszyscy potem przenieśli się na grilla, bawili się z psami, popijali alkohol (nawet autorka bloga umoczyła usta!). Niestety nagrody za zajęcie pierwszego miejsca nie zostały wręczone, bo nie zdążyłam zrobić kominów. W pamięci zapisany kolejny, nie wyrobię się przez 3 lata z robotą… ;)
Poniżej mała fotorelacja, zasłoniłam znajomym buziaki, bo nie wiem czy zgadzają się na pokazanie swoich przesympatycznych buziek (a jest w ich gronie prawnik!)

bule

bule, petanque

bule, petanque

5

4

3

2

 

Na marginesie:

Gra petanque, zwana potocznie bulami, z boku wygląda na nudziarstwo, lecz jest rewelacyjna. Chciałabym codziennie grać często! Dlatego proces zakupu swojego zestawu ruszył z kopyta, jeśli znajdą się inni podjarani, będę w nie grać.

Gra polega na tym, żeby rzucić swoje kule-bule jak najbliżej małej kulki-świnki. Liczy się punkty i zaczyna się od nowa. I tak aż do czasu, kiedy osoba lub drużyna zdobędzie 13 punktów. Szczegółowiej o zasadach można poczytać na przykład tutaj.

Moja ręka sprawiła się w miarę dobrze. Już ładnie chwytam i mam trochę siły, a plus w grze jest taki, że bulami się rzuca, także nie trzeba ich długo trzymać. I tak się napracowałam – pod koniec pierwszego meczu, który rozegrałam, ręka mi drętwiała i wcale nie wiedziałam, czy nie odpuszczę drugiej rozgrywki. Jednak gra za bardzo mi się podobała, żeby nie wziąć się w garść, następnego dnia jednak odpuściłam ćwiczenia na rękę (a i inne też, byłam strasznie zmęczona po dwóch dniach na powietrzu:).

Gra jest jednak sportem precyzyjnym, wyrabiałam rzeczy, których jeszcze w kwietniu nie byłabym w stanie zrobić, ale w małym stopniu miałam kontrolę nad siłą, z którą rzucam, a jak udawało mi się raz na jakiś czas rzucić coś dobrze, to dużo było w tym farta. Prawda jest taka, że to jedyny sport ostatnio, który potraktowałam jak rozrywkę, a nie ćwiczenie i to było naprawdę super. Druga połowa mojej drużyny była trenerem nas wszystkich i bardzo mnie kilka razy rozbawiło jak mówił mi gdzie powinnam rzucić delikatnie, a mi kulka leciała 2 metry dalej i nie z tej strony ( ;

* Ludzie naprawdę się nami interesowali, pytali, robili zdjęcia nawet z tajniaka;) Ciekawe gdzie szczecińscy bularze grają, może są lepsze miejsca niż Jasne Błonia?;)