Obym was nie myliła z kapeluszami!

The_Man_Who_Mistook_His_Wife_for_a_Hat_coverKilka tygodni temu przeczytałam newsa – umarł genialny neurolog, który napisał książki o takich rewelacyjnych tytułach jak Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Przebudzenie, Muzykofilia: Opowieści o muzyce i mózgu, Antropolog na Marsie… 

Po przeczytaniu o nim kilku słów zapłakałam, że nigdy nie zostanie moim lekarzem prowadzącym i wiedziałam, że muszę poznać jego książki. Wybrałam oczywiście Mężczyznę… I nie zawiodłam się. Książka w punktacji lubimyczytac.pl to 10/10, jest doskonała. Może nużyć przy czytaniu ciągiem, ale nie na tyle, żeby ją odłożyć.

Biorąc pod uwagę to, że poprzednią książkę (też bardzo dobrą) czytałam o końca czerwca do końca września, ta poszła mi rewelacyjnie – tylko tydzień, pierwszego dnia przeczytałam ze rozumieniem 100 stron, potem mnie łeb bolał strasznie, ale nie mogłam odpuścić.

Książka jest naukowa, ale specyficznie. Przypisów mało, rozpraszenia brak. Nie najważniejsza jest literatura (ja ufam gościowi, który ot tak pisze o swojej korespondencji z Aleksandrem Łurią) i który już w pierwszych słowach mówi o pacjentach neurologicznych z takim zrozumieniem, którego chciałabym dla nas wszystkich, w tym oczywiście dla mnie.

I to on wytłumaczył mi specyfikę prawej półkuli mózgu. Wcześniej nikt mi nie powiedział nic o tym (choć pytałam) i nie zlekceważył moich ‚dziur’ jako mniej fajnych, mniej interesujących, mniej groźnych. Dalej jestem cudzikiem medycyny, ale mam do siebie wiele zrozumienia – dzięki książce wydanej w 1985 roku (w Polsce później oczywiście).

To są jednak osobiste radości i tanie kupowanie serca udarowca, który czuje się niezrozumiany przez cały świat, bo nie umie opowiedzieć, co mu się kłębi w pustawym łbie.

oliver sacksInne części książki są o niebo (i chyba obiektywnie) lepsze. Publikacja składa się z opisów ‚przypadków’ poznanych w toku kariery neurologa. Każdy jest tak interesujący, że szczęka opada ze zdumienia. Ten tytułowy Mężczyzna, utalentowany śpiewak, rzeczywiście pomylił głowę żony z kapeluszem! A pani z zaniedbywaniem połowicznym gdy chciała dojeść obiad, odpowiednio kręciła się wokół własnej osi, tyle razy, ile trzeba było. Nie mogę wyjść ze zdumienia i przypadkom, i samemu lekarzowi, dla którego pacjent nigdy nie był kłębkiem neuronów, i który starał się dojść do sedna i wpłynąć na jakość życia swoich pacjentów, do tego stopnia że zastanawia się, czy jego autystyczny pacjent nie mógłby być ilustratorem bajek. Albo ręcznie produkować inicjałów w książkach. Do tego stopnia, że zgadzał się, żeby jego pacjent z zespołem Tourette’a (jedno z największych zaskoczeń całej publikacji. Wiedzieliście, że turetycy mają dużo większe problemy, niż niekontrolowane przeklinanie?) brał lekarstwa w tygodniu, a w weekendy dał sobie spokój, żeby nie stracić kreatywności, interesującego talentu perkusyjnego i życia. To wszystko zostało osadzone w rzeczywistości medyczno-filozoficzno-humanistycznej, do tego, że w książce można znaleźć nazwiska, które pamiętam ze swoich studiów kulturoznawczych.

Z punktu widzenia udarowca jest oczywiście też interesująco, udar gdzieś się pojawia, powodując takie konsekwencje, których możliwości istnienia nigdy bym nie podejrzewała. Jednak to tylko pogłębia moje przekonanie, że w ogóle nie zdziwiłoby mnie, gdybym nagle zaczęła mówić po chińsku.

Jednak największym potwierdzeniem wielkości tego człowieka jest fragment, w którym pisze o objawieniach. Przyznaje, że mają źródła neurologiczne, nie negując jednocześnie wpływu istoty wyższej, Boga. Nie mam pojęcia, czy był wierzący, czy nie, ale na pewno miał w sobie tyle zrozumienia, którego nigdy wcześniej (ok, nie pamiętam większości książek, które przeczytałam) u nikogo nie widziałam. I jest mocarzem, który jest w stanie pytać o człowieczeństwo tam, gdzie inni go nie widzą.

Gdy dorosnę, chcę być takim neurologiem. Sacks jest niesamowity. Ale nasze mózgi są jeszcze bardziej.

 

kocham mój Nootropil (leki prokognitywne po udarze)

zagadki logiczneKiedy usłyszałam od lekarza termin ‚lek prokognitywny’ myślałam że zwariuję ze szczęścia – istnieją prochy, które mogą poprawić moją koncentrację i ogólnie myślenie, ja je chcę! Potem pogadałam z różnymi ludźmi, lekarzami i lekarzami in spe, jednym badaczem leków i większość mi odradzała to lekarstwo – tylko neurolog powiedziała że to świetny pomysł i zapisała mi Nootropil, moją nową miłość.

Mówili o nim ‚placebo dla starych bab’, ‚ duże kłopoty z łączeniem z innymi lekami’, ‚dla studentów w czasie sesji’, ‚w Czechach bez recepty’…

Ale ja mam wrażenie, że świetnie na mnie działa, nie widzę żadnych skutków niepożądanych, może oprócz tego, że muszę pamiętać o kolejnej tabletce rano. Jest o tyle lepiej, że czuję się dużo lepiej za kierownicą (choć oczywiście nie szaleję dalej) i nie mam wrażenia,  że zaraz rozjadę dziecko. Rozwiązuję zagadki po dwumiesięcznej przerwie ot tak sobie (wciąż nie są łatwe, ale niektóre rozwiązywalne!), lepiej się koncentruję, czasem udaje mi się wyrazić kwestie, o których wcześniej ciężko mi się nawet myślało. Jest lepiej.

Jeśli to placebo, to kocham moje placebo. 

Kolega badający lekarstwa kazał mi zapytać moją neurolog o inną substancję, której świetne efekty  działania widział na własne oczy, ale ona odpowiedziała, że tego nie stosuje się przy udarach i nie widzi tego u mnie. Dostałam więc Nootropil. I sobie go przyjmuję i jestem zadowolona. Mam oczywiście kilka obaw, ale poziom ich racjonalności jest na poziomie chorego na depresję, który nie chce przyjmować antydepresantów, bo są takie i owakie i od psychiatry. Czyli żaden:)

 

Wielkie postępy u mnie

IMG_20150530_123457Znajomi chwała się na Facebooku swoimi sukcesami: nowymi książkami swojego autorstwa, konferencjami, przebiegniętymi maratonami,  podróżami, awansami.

Jeszcze długo  pewnie nie będę w stanie z nimi rywalizować, ale ja też mam ogromne sukcesy, w powracaniu do zdrowia i normalności.

Najprostsze ściegi druciane robię może nie szybko, ale płynnie. Mama już po mnie nie poprawia.

Dziś całkiem ładnie przyjechałam kawał drogi samochodem.

Nauczyłam się masy nowych rzeczy, których bez udaru pewnie bym nie spróbowała. Są to na przykład pływanie na wakeboardzie i stanie na trickboardzie. Trickboard rozwija mi bardzo równowagę.  Teraz stoję na nim nawet kilka minut i uczę się robienia przysiadów.

Jest szybciej, dalej, lepiej chyba – przebieglam 7 km truchtem bez zatrzymania!  Jestem bardziej wytrzymała:)

Wczoraj przeprowadziłam swoją pierwszą rozmowę po hiszpańsku :))) była kulawą,ale była!

Notki dla was piszę znacznie szybciej, choć wciąż niesprawnie.

I koncentracja się trochę poprawia, nawet ja to zauważam. Niekoniecznie  jest dobrze, ale na pewno robi się lepiej – zawdzięczam to i ćwiczeniom, i na pewno tabletkom, które biorę. Bo tu poprawę zauważyłam ostatnio, akurat tak, jak kuracja mogła zacząć działać.

Udaje mu się zaśpiewać fragmenty piosenek :) wcześniej to było niemożliwe.

Sukcesy nie są tak spektakularne jak nauczenie się chwytania czy chodzenia, których mam mnóstwo (; ale dopiero ostatnio widzę, że udało mi się  zrobić ogromny postęp w któtkim czasie. Mogę czuć dumę, bo włożyłam w to bardzo dużo pracy. I choć dalej mam mnóstwo problemów i zmagam się z rzeczywistością, kroczę ku normalności.

To się pochwaliłam. Dziękuję że jesteście że mną i mi trochę kibucujecie (: to mi daje siłę, kiedy baaardzo mi się nie chce.

 

 

 

Czego nauczyłam się po udarze (III): si, señorita!

Lekarze mówią, żeby koniecznie uczyć się czegoś na pamięć. Obojętnie czego. Babcia zaproponowała Pana Tadeusza… Ale mnie nie ciągnie ku poezji romantycznej. Żeby nauka miała sens, postanowiłam uczyć się nowego języka.

I miesiąc (i kilka dni) temu rozpoczęłam samodzielną naukę hiszpańskiego.

Do moich pomocy dydaktycznych należą:

fiszki

fiszki

kurs internetowy – hiszpański online

supermemo

kurs audio (Pimsleur)

i całe internety (youtuby, chomiki, portale polskie i hiszpańskie… )

Dlaczego język hiszpański? Nauka go już kiedyś chodziła mi po głowie, ze względu na Meksyk i Almodóvara, potem mi przeszło, ale z tego co się już kieeeeeeeedyś dowiedziałam, to język hiszpański jest możliwy do samodzielnego opanowania i dość nietrudny na poziomie codziennej komunikacji. I wymowa jest chyba do ogarnięcia (wyobraźcie sobie uczenie się wymowy arabskiego

hebrajskiego

 

czy koreańskiego?

Moja wyobraźnia się poddaje;) Hiszpański wydał mi się więc sensownym wyborem.

Oto jak wyglądał ostatni miesiąc jeśli chodzi o język.

Zaczęłam od fiszek, tata mówił, że bardziej bezsensownie się nie dało, ale w miarę uczenia z innych źródeł zauważyłam, że fiszki naprawdę mi pomagają. Trochę dodają wiary, że coś zostaje w głowie, ale też pomagają też lepiej wychwytywać zależności ponieważ kolejność słówek, wyrażeń i zdań jest przypadkowa, mam pewien zasób wszystkich części mowy. Fajne są również dlatego, że nie obowiązują tu reguły, nie trzeba kończyć zadań i nie ma się poczucia porażki – co dało mi odrobinę wiary, że jestem w stanie nauczyć się czegokolwiek, a przecież moja koncentracja jest szybuje jak szybowiec i nie jest mi w ogóle pomocna.

Potem dodałam kurs supermemo. – jest dziwnie skonstruowany i ma trochę wad, ale generalnie dzięki niemu jestem systematyczna i powoli się uczę nie tylko słówek, ale i gramatyki i wymowy.

Do wymowy przydaje się kurs audio – w moim przypadku na razie Pimsleur; jestem na razie na 12 lekcji, ale gdzieś tak od 7-8 czuję, że jest dla mnie za dużo na raz, zbyt szybko, więc słucham lekcji po kilka razy, ale to się jednak nudzi więc żmudnie posuwam się do przodu nie umiejąc wszystkiego. To mimo wszystko ma sens, coś tam w łepetynie zostaje i trochę się osłuchuję, bo większość piosenek SKA-P jest trochę za szybkie do nauki – ja tak szybko nie gadam teraz po polsku, co dopiero po hiszpańsku!

A czekają niezliczone inne źródła – Don Kichot (; którego uwielbiam po polsku, dobre hiszpańskie kino… Tylko opanować podstawy i będzie powoli szło do przodu!

Notka może powinna nazywać się: czego uczę się po udarze, ale w końcu coś umiem. Kilka dni temu śmiałam się, że mogłabym być hiszpańskim mężem, bo umiem powiedzieć ¡Quiero comer!, ¡Quiero vever una cervesa! (chcę jeść! Chcę pić piwo!) Jakoś idzie do przodu ten hiszpański – nauka z sukcesami jest podstawą.

Udarowo powiem, że uczenie się na pamięć jest bardzo ważne dla mózgu łatającego dziury. Nie jest łatwo – walczę z koncentracją – chcieć to nie jest móc niestety. Ale dużo czasu spędzam nad tym językiem i widzę w tym sens. Porównując siebie do siebie sprzed stracenia zdrowia, idzie mi bardzo opornie, ale w moim przypadku nie chodzi o szybkie nauczenie się zwrotów przydatnych przy zbieraniu truskawek w Hiszpanii, więc nie mam przez to wielkiej spiny.

Adiós.

ps

Angielski bardzo się pogorszył, więc smuteczek. Nie mam tyle motywacji, żeby samemu siedzieć nad nim, może kiedyś będę miała.

PS

hiszpański online można znaleźć w wielu miejscach – w końcu miliony, jeśli nie miliardy ludzi, mówią w tym dziwnym języku (nie podoba mi się bardzo jego melodia). Mi za słownik służy zwykle translator (translate.google.pl)

za kurs supermemo: supermemo.net.pl udiach

przeglądam sobie strony el pais – http://elpais.com/ jedynej hiszpańskiej gazety, która jakimś cudem została mi w łepetnie po studiach

bbc http://www.bbc.com/mundo

http://www.bbc.co.uk/languages/spanish/

do tej pory prawie zrozumiałam jednego niusa, jarałam się tak bardzo, że nie mogłam spać!:)

 

Kierowca po udarze

samochód

z tego, co pamiętam, to zdjęcie zrobił mi przyjaciel zaraz po ty, jak zaczęłam samodzielnie jeździć samochodem

Dziś była u nas znajoma, zdziwiona, a może oburzona, że jej znajomy po trzech wylewach (udarach?), nie mówi, ale jeździ autem. Dba o siebie całkowicie sam, a jeździ autem.

Nie mogłam podzielić jej oburzenia, bo nie wiem jak jest. Wiem że wśród nas, udarowców, różnie bywa. Niektórzy z nas nie będą mogli nigdy wsiąść za kierownicę, niektórych łapią mdłości zanim auto ujedzie 20 metrów, inni jeszcze będą mogli pojeździć po bezdrożach Omanu, i ja – w to wierzę – należę do tych ostatnich.

Mogłabym wsiąść za kółko choćby teraz – nikt mi prawka nie odebrał, ręce i nóżki mam wystarczająco sprawne. Nie wsiadam jednak. Wiem, że moja koncentracja leży i kwiczy, a podzielność uwagi nie istnieje. Spowodowałabym stłuczkę na pierwszym ruchliwszym skrzyżowaniu, lub zabiłabym kogoś przy pierwszej nietypowej sytuacji na drodze. Nie ma co się spieszyć, bo gdy się człowiek spieszy, to się mechanik cieszy (wiem, suchar, ale prawdziwy) ( ;

Bóg jeden wie, jak mi brakuje jazdy autem. Ja to strasznie lubiłam i dobrze się czułam za kierownicą samochodu (rodziców, swojego się nie dorobiłam;p). Teraz, gdy mieszkamy na obrzeżach miasta, a ja nie mogę po prostu wsiąść i pojechać gdzie chcę, czuję się uziemiona.

Żeby zupełnie nie zapomnieć jak się jeździ, jeżdżę do sklepu i na przystanek autobusowy. Na początku zawsze z kimś, teraz zdarza mi się samej podjechać. Wiem, że okolica jest na tyle spokojna, że nic złego nie powinno się wydarzyć, a dzięki temu, jak będę próbowała prawdziwych wycieczek, nie będę przerażona.

Poznałam udarowców, którzy jeździli bez problemów, ludzie opowiadali mi o takich historie, żeby mnie pocieszyć, słyszałam też o takich, którzy wrócili za kierownicę, ale okupili to miesiącami cierpliwości i ćwiczeń.

Widząc w jakim jestem stanie, jestem pewna, że za kilka miesięcy, może pół roku, będę mogła pojechać na wielką wycieczkę samochodową. I będę kierowcą;) Bo póki co, jako pasażer czuję się nieustająco paskudnie. Kiedy zaczyna się robić coś, co może by niebezpieczne, ważne jest to, żeby racjonalnie się ocenić – nie przeceniać swoich możliwości, ale ich nie zaniżać. W tym może też pomóc ktoś trzeci, ale najważniejsze, żeby trzeźwym okiem spojrzeć na siebie i swoje możliwości. Ja się nie daję przekonać do dalszych wycieczek, ale  w końcu dam – wtedy jednak będę lepiej przygotowana, niż teraz.

NIC NIE ZASTĄPI ZDROWEGO ROZSĄDKU.

Na forach internetowych czytam historie ludzi, którzy uparli się, że wsiądą za kółko, mimo że nie byli na to gotowi i być może nigdy nie będą. Ci są tykającą bombą zegarową, i naprawdę lepiej trzymać ich z dala od kierownicy. I takich chorych, niestety, pewnie jest większość, chociaż rehabilitacja może zdziałać cuda – pozdrawiam pana Zbyszka, który w Konstancinie radził sobie lepiej ode mnie w każdej grze komputerowej!

Jeśli okaże się, że moja koncentracja jest gotowa, ale umiejętności mniejsze niż były, może pójdę na kilka jazd doszkalających – to żaden wstyd. Póki co czuję się jak mój własny dziadek, który nie jeździ już autem dalej, niż do najbliższych sklepów, dokładnie tak jak ja – bo ma takie problemy jak ja! Tylko wiek nie ten (w tym roku będziemy świętować jego 84 urodziny:) Ja mam nadzieję, że o tego czasu nauczę się znowu śpiewać i będę razem Janis śpiewać (lub raczej drzeć ryja na cały głos).

 

Wideo powyżej jest długie i nudne, mama kręciła mnie, żebym mogła pochwalić się bratu:) Jest dowód, że jechałam i nawet zaparkowałam – tyłem!

Spokój mi tu!

tutaj biegłamPrzed udarem byłam dość aktywna, często wypadałam na koncerty, mogę policzyć przypadki, kiedy odmówiłam imprezy, lato bez festiwalu muzycznego było dla mnie udanego lata (nawet kiedy nie miałam ochoty ruszać tyłka), hałas dworca, chaos lotniska i ruch Nowego Jorku w godzinach szczytu nie były mi straszne, wręcz przeciwnie, potrzebowałam ich jak powietrza. Byłam dzieckiem z miasta, wiecznie zajętym, wychowanym w hałasie centrum i myślałam, że jeśli będę się wybierać na wakacje na wsi to po to, żeby wziąć udział w jakiejś imprezie.

Aż tu nagle bach. Na początku, kiedy leżałam w szpitalu, nie widziałam że coś się dramatycznie zmieniło, ale kiedy wyszłam na wolność do całego chaosu świata, okazało się, że hałas, zgiełk i głośność są bardzo irytujące i męczące. Wyjście do sklepu osiedlowego jest dla mnie ok, lecz centrum handlowe wywołuje chęć ucieczki. Komunikacja miejska to chyba największy koszmar dla mnie: nie dość że mam mdłości, to jedni gadają, drudzy kłócą się przez telefon, inni mimo słuchawek dzielą się ze wszystkimi tym, czego akurat słuchają.

Mój dom rodzinny jest z kolei domem, gdzie na okrągło słychać radio albo telewizor, a ponieważ nie robimy się coraz młodsi, głośność jest co chwilę podkręcna. Oczywiście nie przeszkadza to w rozmowach. Dlatego jak jestem sama, telewizor jest bezwzględnie wyłączany, chyba że coś oglądam/ćwiczę przy jutubcu. Dlatego cały czas drę buzię na rodziców, kiedy wychodzą z mojego pokoju i nie zamykają drzwi.

Przestałam też słuchać muzyki, a jeśli już, to już nie puszczam jej na pełen regulator, żeby było słychać salon przy sprzątaniu łazienki, lecz po cichu, na słuchawkach. I szybko się męczę.

Wyjście na imprezę jest możliwe, ale szczerze mówiąc wolę spotkania w kilka osób i spokojne, gdzie nie muszę za dużo ogarniać (na raz). Dużo ludzi mówiących na raz to mój koszmar senny ; p ale mam na to sposoby:) jednym z nich jest zamknięcie się w kiblu na chwilę.

cropped-czytanie.jpgOd udaru byłam tylko 3 razy na koncercie, z czego raz w filharmonii i raz w teatrze. A kiedy szłam na te nieszczęsne juwenalia, żałowałam tej decyzji już od otworzenia drzwi w samochodzie. Bawiłam się nawet dobrze, na tyle, na ile można bawić się dobrze w pralce, która kręci, odwirowuje, potem wypluwa. Trzymałam się blisko znajomych, bo bałam się, że to wszystko mnie przytłoczy albo rozchoruje – dostanę ataku paniki, co nie jest wskazane, bo po nim tylko kłopoty. Szczerze mówiąc, często w sytuacjach, w których wybitni nie mogę się skupić lub czuję się jak w tej koszmarnej pralce, czuję, że zacznę histeryzować. Wtedy zatrzymuję się, staram się skupić myśli na jednej, prostej rzeczy, na przykład na ukryciu się w cichszym sklepie, żeby trochę pooddychać głębiej i się uspokoić. A gdy mogę, siadam na kanapie i robię sobie ćwiczenia oddechowe. Wszystko, żeby nie dopuścić do paniki.

beautiful chairJeśli czuję, że chaos jest zbyt duży i go nie ogarnę, czasem kryję się w łóżku. Tylko potem ciężko mi je opuścić, a wtedy dzień z głowy – i mimo że niby nic nie robię bo nie pracuję, mam strasznie dużo do roboty, co mnie też trochę przytłacza. Ale trudno, przecież sama sobie to narzucam, żeby szybciej dojść do pełnej formy.

Czasem zastanawiam się, jak mogłam nie zauważać, w jakim wielkim pędzie jest wszystko wokół i jak mogłam ten pęd uwielbiać. Teraz najchętniej obserwowałabym wszystko z daleka, żeby nie pogarszało dodatkowo mojej formy – bo od chaosu naprawdę robię się zmęczooooooooona. Wydaje mi się że zdrowej osobie ciężko będzie to zrozumieć, a i mój opis nie jest do końca trafny, bo nie znajduję słów żeby dobrze opisałyby jak ten wszechobecny hałas i chaos na mnie działają. Efekty są niezmienne – zmęczenie, potrzeba wyciszenia i odpoczynku, nie tylko fizycznego. Po udarze ciężko ogarnia się rzeczywistość – nawet tę najbliższą i najbardziej znajomą a rutyna jest całkiem dobrą przyjaciółką.

Ale jest dobra rzecz z tego wszystkiego wynikająca – lepiej (jeszcze nieidealnie!) utrzymuję porządek wokół siebie. Powolutku pozbywam się niektórych rzeczy, które nie są mi niezbędne (nic nie poradzę na to, że większość jest mi niezbędna…). Akurat teraz mój pokój jest chaosem po przemeblowaniu, dlatego będę z nim dalej walczyć jutro, bo dziś już pora na nicnierobienie.

Wsiadaj bracie, dalej, hop!

Jeszcze pół roku temu uwielbiałam jeździć samochodem. Lubiłam nawet długie, dla wielu ludzi męczące podróże, lubiłam prowadzić auto i być wożoną:) Lubiłam czytać w podróży, obserwować krajobrazy, po prostu jechać Nie byłam rajdowcem, ale zwykłym, porządnym kierowcą, który jeździ pewnie (parkuje z dużą niepewnością). Nigdy nie było tak, że wracałam do domu i w ogóle nie jeździłam. A tutaj… Już kolejny miesiąc siedzę w Szczecinie, a na myśl o aucie wzdrygam się potężnie, bo przyjemności jazdy nie mam w ogóle z dwóch powodów:

Po pierwsze, sama (prowadząc) nie pojadę dalej niż do najbliższego sklepu, a i to zazwyczaj z duszą na ramieniu. Wynika to z wielkich problemów z koncentracją i podzielnością uwagi. Nie boję się o siebie, tylko że ktoś wyjdzie mi na drogę, a ja, nie zdążę go zauważyć, rozbiję sobie  (rodzicom) auto, a jemu głowę. To naprawdę paraliżujące i szczerze mówiąc nie wiem, jak to wyćwiczyć. Trochę gram w gry, żeby ćwiczyć podzielność uwagi, ale każdy kto się przesiadał z Need for speed do prawdziwego auta wie, że to nie to samo. Przy jeździe na rowerze jest podobnie. Nie wypuszczam się na ulice miasta, bo w sytuacjach, w których w zasięgu wzroku jest kilku użytkowników drogi, nie mogę mieć pewności, że zareaguję tak, jak ktoś zdrowy, kto umie jeździć na rowerze. To, że czasami z trudem trzymam równowagę, to zupełnie inna kwestia.

Po drugie, kiedy jestem pasażerem, zawsze, ale to zawsze, łapią mnie nudności. Mniejsze i bardziej dotkliwe. Niezależnie od tego, czy zaglądam do telefonu, czy próbuję patrzeć w punkt na linii horyzontu, jest źle. Gdyby to mijało zaraz po wyjściu z auta, byłoby pięknie. Czasem nie mija. Czasem trzyma mnie po kilka dni, w czasie których mogę jedynie leżeć i jęczeć, a moja dieta ogranicza się do sucharków i rumianku. Na to nie pomagają aviomariny, herbatki z imbirem i inne takie. To jest koszmarne. Jak mdłości są mniejsze, nawet po mnie nie widać, nie marudzę, ale każdy wie jak jest. Tylko babcia zawsze pyta, czy miałam mdłości. I zawsze się dziwi, że jednak miałam. Co na to neurologowie? Moja neuro powiedziała, że nie nazwalaby tego chorobą lokomocyjną, a inni nie wiedzą co powiedzieć, oprócz tego że tak to może być po udarze. No szpiedzy donoszą, że nie jestem jedyna na świecie z takim dumnym problemem.

W obydwu przypadkach mam nadzieję, że czas leczy dziury (w mózgu) i będę mogła jeszcze jeździć bez bólu i strachu. Pozdrawiam z trasy szczecin-torun-warszawa, guma złapała nad jechać w domu, mdłości poczekamy aż będziemy 20 m za chata.