jadę na rowerze, słuchaj, do byle gdzie

bicycleNie znoszę roweru. To znaczy tak – lubiłam go, jak byliśmy na wycieczce rowerowej w Austrii. Jarałam się strasznie, kiedy udało mi się podjechać pod górę, której bym pewnie nigdy nie zdobyła… I lubiłam jeździć, kiedy dostałam rower od rodziców, żeby pomykać po Warszawce. Wsiadałam często i jechałam przed siebie daleeeeeeeeeko.

Poza tym nie lubiłam roweru. Chyba dlatego, że zaliczyłam kiedyś supermena na żwirze. Dalej mam brudne łokcie i kolana… A teraz to nie lubię z prostych powodów.

  1. Jestem flakiem, a rower jest supermęczący. Ja jestem z tych, którzy lubią zakwasy po wysiłku, nie sam wysiłek;)
  2. Cały czas się boję o równowagę. I jak czuję, że ją tracę to muszę się bardzo skupiać. I tak muszę się podwójnie skupiać. Tadam:)

Ale chyba muszę wrócić do pedałowania, bo patrz punkt nr 1. Bieganie mi nie idzie dobrze. A joga nie zbuduje wytrzymałości. Chyba że na stres;) Chciałabym znowu móc ładnie biegać i być wytrzymała bardziej, jeśli chodzi o sportowanie się. Szczerze mówiąc, rok temu w październiku byłam w lepsze formie. Może bo jeździłam na rowerze?;)

Poza tym chyba pewniej się czuję, jeśli chodzi o równowagę. w sensie… jest bardziej wyćwiczona jak jeżdżę na rowerze.

A że nie znoszę rowerków stacjonarnych to trzeba wychodzić z domu. Będę jeździć. Choć nie lubię;)

i wiecie co? Moja mama to przeczyta, mój tata to przeczyta, i będą mi jęczeć iiiiiidź na rower. Albo choooodźmy na rower. Nieważne, że mi się nie będzie chciało, tata będzie mówić no wieeesz że musimy a ja będę się wkurzać. Ciężkie jest życie!;)