Wytrąconam z równowagi – jestem mistrzem!

O równowadze napiszę pewnie jeszcze milion notek, ale generalnie u mnie to wyglądało tak – odkąd nauczyłam się stać,  coraz lepiej ja trzymałam. Najpierw  trzymasz ją siedząc, stojąc, potem chodząc z balkonikiem, potem udaje co się przejść kilka kroków samodzielnie… Teraz, jak to nazywamy z panią Magdą, mam problemy na grząskim (lub jeśli jestem bardzo zmęczona) – więc zwykłe chodzenie nie jest mi wyzwaniem. Każda ma rowerze jest.  Rolki – są,  chodzenie po piachu – jest, schody – są. Ale, jak to mówią no risk no fun*, więc pojechałam na wczasy, na których ćwiczę

1.Samozaparcie,

2. Równowagę.

Powiem wam że jest dużo lepiej z samozaparcie, niż z równowagą, dlatego mam pewne sukcesy. Tadam!

Jestem w niebie! I jestem mistrzem! #wakeboard #wakeboarding #lewaczkapl

A post shared by kasia (@sfizohremja) on

Wakeboard jest rzeczą która została stworzona dla mnie – tak myślałam do chwili, w której próbowałam zawrócić.  Nie udało mi się jeszcze (tacie się udało :((( gratuluję!). Równowagę trzymałam nieźle.

Za to na windsurfingu

Było gorzej.  5/6 czasu spędziłam ciągnąc za sobą deskę  i odpływając od trzcin. O żadnym zwrocie nie było mowy, bo przy każdej próbie zmiany ułożenia stóp natychmiast zaliczałam wywrotkę. Wdrapywamie się na deskę z moimi ultrasłabymi mięśniami zajmowało mi mnóstwo czasu,  łapanie równowagi rzadko kończyło się złapaniem jej, najczęściej kończyło się wywrotką. Na kilka dni spędzonych w wodzie udało mi się przepłynąć kilka minut – i to był naprawdę wielki sukces.  Na mistrzostwach świata udarowców zajmuję pierwsze miejsce w samozaparciu!

Mięśnie oczywiście mnie bolą wszystkie ( ok, prostownik kciuka nie), a jutro planuję powtórkę :) może uda się zwrócić na tym wake’u, może coś zdziałam  ma windsurfingu:) dla mnie to jest istotą rehabilitacji – powtarzać coś tyle razy, aż mięśnie + mózg się nauczą, a potem powtarzać to tyle razy, aż porządnie zapamiętują.

Tu oczywiście mam mnóstwo dobrej zabawy, chociaż że że zmęczenia byłam blisko do zadławienia się wodą…

Oczywiście obie deski są dla mnie za trudne – trochę ćwiczę równowagę i idzie do przodu.  Rolki też są za trudne.  Rower na początku też był za trudny a teraz jakoś jedzie… Może to jest dobry system dla ‚ambitnych’ – wybierać cele osiągalne, ale nierealne z racjonalnego punktu widzenia? Kto nie otworzy serca, nie dostanie widelca.

Ale okazuje się, że żeby wrócić na deskę, trzeba mi było udaru (( ;

Ps Oczywiście wpis jest bezczelnym chwaleniem, ale jestem z siebie bardzo, bardzo dumna,więc się chwalę.

Ps 2 Słoneczko przygrzało, mimo filtrów 50 wielokrotnie aplikowanych, jestem cała poparzona i swędzi cały dzień  i jestem rączek nieboraczek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.