Workplace wellness – czyli o ile lepiej mogłoby być w naszych miejscach pracy? (wpis konferencyjny)

Kolejny wpis konferencyjny. Tym razem o tak zwanym workplace wellness.  Czyli czymś, co moim zdaniem tylko częściowo pasuje do swojej angielskiej nazwy.

Zapisałam się na warsztat o, z angielska workplace wellness,  czyli, powiedzmy, zdrowiu w miejscu pracy. Kulawe tłumaczenie, ale trochę nie chce mi się kombinować.

O co chodzi? Już tłumaczę słowami anglojęzycznej Wikipednii:

workplace wellness – aktywność lub polityka organizacyjna zaprojektowana dla wspierania zdrowego zachowania w miejscu pracy , oraz dla polepszania wyników zdrowotnych. W Stanach Zjednoczonych znna jako jako „korporcyjne dobre samopoczucie”, często obejmuje aktywnośći takie jak edukacja zdrowotna, badania medyczne, programy dla obniżania wagi ciała, lub dostępne na miejscu progray i możliwości.

Oczywiście tłumaczenie jest mocno takie sobie, ale oddaje dobrze to, o czym słuchłam i rozmawiałam przez kilka godzin. I fajnie: zasadniczo chodzi o to, żeby firmy na poziomie organizacyjnym miały politykę, która będzie działała tak, żeby ich pracownicy byli zdrowsi.

To jest bardzo spoko pomysł, bo w pracy spędzamy mnóstwo czasu, a nasi szefowie i działy HR mają nad nami większą władzę, niż byśmy chcieli. A chodzi o wielkie podstawy: mierzenie ciśnienia i diagnozę nadciśnienia, jakieś cukrowe sprawy, zachęcanie do ruchu, nawet w czasie pracy, promowanie zdrowego żywienia. I zdrowe obiadki oraz aktywniej spędzane przerwy;)

Moje myśli są różne. Po pierwsze:

Niewiele znam firm, które przejmowałyby się corporate wellness.

Nie znam wielu korporacji, słyszałam od znajomych i o takich, które dbają o zdrowie pracowników. Ale w większości firm (od małych do międzynarodowych korpo), jest  to mrzonka. Statystyki procentowe są oczywiście różne w różnych państwach, ale nigdzie nie powalają na kolana.

Podobno, jak słyszałam wczoraj od dziewczyny z Amazona, to korpo jest dość spoko pod tym względem. Mają np. drużynowy konkurs gubienia kilogramów. Tzn. ekipy z różnych miast rywalizują.

Na konfrencji była babka, która chwaliła się sukcesami jej korporacji. Tzn. dopóki zmuszali ludzi do mierzenia ciśnienia i wyganiali na przerwach zza biurek, nic nie działało. Pracownik zmuszany=pracownik sceptyczny. Przynajmniej ja bym była sceptyczna;)

Ale udało się im zaangażować ludzi w rzeczy, które wydawały się fajną zabawą, albo były po prostu atrakcyjne. Okazało się, że skuteczne dla rozruszania towarzystwa były darty. Wiecie. Lotki, rzutki, rzucanie strzałkami do celu. Niby nie jest to wielki fitness na korpo-imprezie, ale tu i tak trzeba pochodzić, podnieść tę rękę. I to u nich się sprawdziło. I fajnie, jak jest wiele takich rzeczy – i na firmowych spotkaniach, i na przerwach i generalnie w pracy, mamy okazję poprawienia zdrowia. To są bardzo fajne rzeczy, a przecież to tylko jeden z miliona przykładów.

Jednak na NCD Alliance Global Forum 2017 słuchałam raczej o sukcesach, nie porażkach. A ja bardzo chętnie bym posłuchała o tym, jak to wygląda w waszych miejscach pracy. Ja nigdy nie bylam korporacyjnym ludzikiem, ale w żadnym innym miejscu nie widziałam nawet zalążków programów promocji.

Np. w dużym urzędzie w Szczecinie polityka prozdrowotna polega na wysyłaniu pracowników na okresowe badania (obowiązkowe przy każdej umowie o pracę;) i wysyłaniu maili, że np. w Szczecinie można sobie robić za darmoszkę takie i takie badania i bardzo zachęcają do skorzystania.

To nie korporacja, ale i tak zakład pracy, który zatrudnia kilkaset osób, więc duży pracodawca, który mógłby coś, cokolwiek, wdrożyć, żeby ludziom się żyło zdrowiej. ;)

Z tego co zroumiałam, workplace wellness jest dla zdrowych i tych, którzy mogą pracować bez problemu.

Szczerze mówiąc, zapisywałam się na ten warsztat na ślepo i dopiero w czasie kolejnych prezentacji zorientowałam się, że tu nie chodzi o ludzi, takich jak ja. Takich, jak my.

Tzn. już chorujących i takich, do których potrzeba się dostosować. Chodzi o osoby, które można dostosować do polityki, a nie politykę, którą można dostosowywać do ludzi. W pewnym razie zabrałam głos i musiałam powiedzieć, że to wszystko brzmi bardzo spoko i popieram całym sercem, ale nijak się ma do mnie i do wielu osób z NCDs (non-communicable diseases, czyli choroby niezakaźne) – dla których dobrobyt w miejscu pracy znaczyłby zupełnie coś innego. Np. bardziej elastyczne godziny pracy i rozkład przerw. Np. miejsce, w którym można odpocząć bez hałasu (nie wiem, tak jak pokój cichej nauki w bibliotekach;), np. mądre planowanie deadlajnów: to wszystko byłoby przydatne neurologicznym pacjentom na sto procent. To są takie pierdoły, które byłoby łatwo wprowadzić.

No nie wiem. Nie uważam jakoś, że nie każdy, kto się szybko męczy, musi być od razu najgorszym praownikiem roku.

W czasie dyskkusji moderator zapytała mnie, czego wobec tego ja bym oczekiwała od swojego pracodawcy. No i powiedziałam, to co zwykle: większej elastyczności przede wszystkim i ludzkiego podejścia do pracownika.

Wiele rzeczy możnaby załatwić przez ludzkie podejście właśnie do siebie nawzajem. Nawet (o grozo!) pracowników do pracodawcy, bo i

wdrażanie programów workplace wellness  dają same profity: i dla pracowników, i dla pracodawców, i dla systemów, w których żyjemy.

Pracownicy: to chyba dość oczywiste,

pracodacy: nie byłam o tym przekonana, bo jednak takie zmiany w podejściu muszą kosztować, ale prelegenci i przdstawicile firm przekonywali nas, że prowadzenie takich działań, jest koniec końców oszczędnością. Ja tego nie liczyłam, ale jestem w stanie sobie to wyobrazić. Moja mama nie jest;)

Ostatecznym argumentem jest dla mnie fakt, że zmiany po prostu są stopniowo wprowadzane. Jakby się nie opłacało, to kto by inwestował w pracownika niezmuszony przez prawodawstwo? Huuhuhu, hahaha, tak śmieszna idea;)

tylko że rozglądam się wokół i nie bardzo widzę zmiany.

Raczej wciąż należymy o tych, którzy raczej przepracują godzinkę więcej, niż zrobią sobie przerwę od komputera. Podobno w niektórych państwach to się zmienia, ale hm, nigdzie sytuacja nie jest bliska ideałowi.

 Z resztą ja nie wiem, jak w miejscu pracy możnaby dbać o to, żeby ludzie faktycznie sprawdzali sobie ciśnienie. Ciśnieniomierz na miejscu? Gdyby jednak moj firma zbierała dane medyczne, to bym z niej uciekała. Ale gdyby udostępniała ciśnieniomierz i bym nie musiała dzielić się wynikami, to bardzo chętnie. Nawet bardziej chętnie niż w domu;)

A jak wiemy, że nadciśnienie i migotanie przedsionków jest jedną z głównych przyczyn udarów. Diagnistykę trzeba w końcu gdzieś zaczynać;)

Ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek będziemy mieli szansę żyć w świecie świadomym, że lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Aaaa i jeszcze jedna refleksja: ta konferencja nie była zdrowym wydarzeniem. ;)

wprawdzie można było jeść zdrowo, ale intensywność wydarzeń i ich długość, gdyby była pracą (a dla niektórych to była praca i nie mogli odpuścić sobie np. sesji plenarnej, jak ja to robiłam), to byłoby to ekstremalnie niezdrowe środowisko pracy. od 8:30 do późnej nocy. I dla delegatów i oragnizatorów, chociaż dla nich wszystko później się kończyło na pewno.

pra © Gilberto Lontro / NCD Alliance

Tu jeden z niewielu przejawów troski o nasze biedne ciała. Niestety się nie załapałam, chociaż poleciałam w stronę masażystek jak tylko się o nich dowiedziałam.

A Dnia Trzeciego nie tylko moja mordka była szara ze zmęczenia.

Przez tamte dni skłądałam się głównie z owoców, fasolki, braku odpoczynku i kawy. I arabskich, supersłodkich słodyczy. Więc, jeśli uznać blogowanie za pracę, boooooże, jakie niezzdrowe miałam środowisko pracy. Ale jak intersujące!:)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.