Udar+toczeń=problem w ciepłych krajach. Szybki pourlopowy wpis

Wiem, że ostatnio malutko mnie było na blogu i lewaczkowym fejsiku. Wywiało nas (to znaczy rodziców i mnie) w cieplejszy kraj, gdzie – dla odmiany – świeciło słońce! Tata wrócił spalony na raczka, mama stała się raczkiem częściowo, ja unikałam słońca jak mogłam, ale jednak rumieniec mam zdrowszy.

Czekało na mnie mnóstwo trudności. Ale takich zupełnie codziennych. Jednak wyjazd, w którym mamusia dba o rodzinkę, jest dużo łatwiejszy niż samodzielne planowanie czegokolwiek. Jak wyglądały moje przygotowania? Przede wszystkim lista. A właściwie dwie listy. Jedna z ciuszkami, druga ze wszystkim innym. Na mojej liście PASZPORT, BILET LOTNICZY I LEKRSTWA były podkreślone z milion razy.

Lista leżała na moim stole przez kilka dni, i tak sobie ją uzupełniałam. Na koniec sporo dopisałam z listy ‚ciuchowej’ i koniec końców niczego mi nie zabrakło. Sama się zdziwiłam;)

Już sporo pisałam na blogu o lotniskach i samolotach, więc samą podróż sobie odpuszczę i napiszę tylko że na miejscu obyło się bez zaskoczeń.

Mdłości w aucie, zmęczenie wrażeniami, unikanie słońca, niepewność wśród ludzi, ale i mnóstwo żartów i rodzinnego, dobrego czasu. Czyli ogólnie bardzo in plus;)

Niestety, przez dwa ostatnie dni marzyłam tylko o tym, żeby móc się więcej regenerować. Nawet drzemki w ciągu dnia nie pomogły mi się zupełnie zregenerować. A przecież nie było aż tak intensywnie! Uwierzcie na słowo. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy jeżdżąc autem z miejsca na miejsce.

Ach, nowością oczywiście był mój nowo odkryty toczeń.

Zmienił on w zasadzie wyłącznie moje podejście do słońca. I jego upierdliwość. W sensie: od bardzo dawna jestem nadwrażliwa słońcowo, ale teraz wiem od czego (toczeń) i wiem, że naprawdę nie mogę się wystawiać na słońce, żeby nie pogarszać choroby, o której dalej nic nie wiem. Zatem jakoś się okrywałam. Kapelusz/czapka na głowie cały czas, chusty na ramionach, filtr 50… Swędziało, ale czy bardziej niż w Polsce? Może, ale nie mam pewności. Wiem, że było upierdliwie. Chusty się zsuwają, kapelusze trzymają się głowy, jeśli nie wieje… Zatem było zabawnie czasem. Kupiłam sobie ładny kapelutek jeszcze w Polsce, czuję się w nim jak gwiazda filmowa/turystka. I sobie w nim przeważnie chodziłam.

Wrzucę wam kilka zdjęć z telefonu, nic specjalnego, ale miłość się z nich wylewa. Niech was ta sielanka na zdjęciach nie zwiedzie;) wcale nie było tak idealnie. Mimo to kocham moją rodzinkę. Drogie panie, pamiętajcie, że mój braciszek jest wolny i odrobinę szukający. Wiecie, jak się ze mną skontaktować w jego sprawie;))))

Podsumuję zatem jednym zdaniem. Nie było łatwo, ale przesadnie trudno również nie;)

 

Jedna myśl nt. „Udar+toczeń=problem w ciepłych krajach. Szybki pourlopowy wpis

  1. zazdroszczę, bo u nas zimno, jak cholera! Na przykład u mnie, od kilku dni, nieustannie pada śnieg… Jestem w tym najzimniejszym miejscu Polski (prawie, Suwałki są jeszcze gorsze) i wcale mi się nie uśmiecha to, że trzeba normalnie jeszcze w kurtkach chodzić. A jak nie, to łeb może urwać, a człowieka zamrozić…
    Mimo to pozdrawiam Cię cieplutko, fajnie, że się odezwałaś :)
    P.S. ile lat ma ten Twój braciszek?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.