Uczę się rozluźniać rękę podczas różnych czynności

Czyli jak operuję ręką muszę się uczyć jej rozluźniania:)

Oczywiście to  trochę oszukiwane rozluźnianie, bo, pomimo prób, nie udaje mi się porządnie rozluźnić tej ręki, może pod wzrokiem Pani Madzi by było lepiej, w samotności nie idzie.

No i sobie oszukuję, żeby zmniejszyć napięcie przynajmniej.

Na przykład: kiedy robię na drutach, uważam bardzo na to, żeby nie zaciskać ręki zbyt mocno. Spowalnia to i tak wolną pracę, ale dzięki temu ręka NIE BOLI.

To samo, kiedy uczę się szydełkować (idzie jak po grudzie, jeszcze nic się nie dzieje ciekawego w tej kwestii, więc się niczym nie chwalę.

Kiedy piszę na klawiaturze, staram się kłaść te wszystkie strzelające w górę palce na klawiaturze. Trochę drżą, ale kiedy, są skierowane w niebo, bolą, a tak przyzwyczajają się do naturalniejszej ‚postawy’.

Kiedy nalewam wodę lewą ręką, staram się nie zgniatać butelki plastikowej, tylko zostawić jej krągłości;) a nie zgniecioną, jak do kosza z segregowanymi odpadami.

I tak dalej, i tak dalej… Naprawdę nie muszę ściskać tej łapy do białości, jak coś robię. Gorzej jest, kiedy nic nie robię. Wtedy ręka sam się układa w niezaciśnięty, ale sztywny sposób. Właśnie wtedy wszyscy wokół krzyczą ‚rozluźnij rękę’. Ja się staram, ale wiecie jak jest.

Bo najcięższą pracą w tym wszystkim jest to, że trzeba na to cały czas zwracać uwagę. Samo intencjonalne rozluźnienie idzie sprawnie, moja spastyczność jest minimalna, ale i tak powinnam pamiętać o tym na okrągło. A pamiętam głównie wtedy, kiedy zaczyna boleć od napięcia.

Teraz akurat po wczorajszym baaaardzo aktywnym dniu jestem cała obolała, ręka i stopa powodują spory dyskomfort, więc sobie masuję łapę żałuję, że nie mam jakoś siły pójść na spacer na kije, choć błękitne niebo mnie wzywa.

Jedyne, co mogłoby mnie wyciągnąć z łóżeczka, to jakaś fajna randka. Zatem nie ma szans( ;

Teraz, po skończeniu tej notki wracam do drzemania. Moje samopoczucie będzie mi wdzięczne:)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.