kiedy szukasz pomocy, a jej nie ma…

left handBardzo głośna sprawa: królowa snapchata umarła po udarze mózgu.

Pisze o tym zarówno The Guardian, jak i The Sun, tak Pudelek jak TVN24. To duża, smutna sprawa, bo modelka szukała pomocy, próbowała się zdiagnozować. Koniec końców osierociła córeczkę.

Kilka dni temu napisała do mnie pani, której mama miała udar. Tylko przetrzymano je na SORze dużo za długo i teraz, stan pacjentki się pogarsza, zamiast polepszać.

Tyle się mówi o tym, że gdy widzi się objawy udaru mózgu od razu trzeba dzwonić po karetkę, bo każda minuta to miliony straconych komórek w mózgu, ale nic się nie mówi, jak się zachować, kiedy jesteś zbywany…

tu historia z wykopu:

Już dwa razy przytaczałem na wykopie sytuację mojej mamy. 68 lat, potężny ból głowy, poważne nadciśnienie, ciśnienie >200/150, utrudniony kontakt werbalny, co prawda potrafiła dotknąć nosa, czy klasnąć, ale już samodzielnie założyć rękaw od ciśnieniomierza nie. I co? Przyjechała karetka, pani powiedziała, że mama się zdenerwowała, bo skoczyło ciśnienie, podała zastrzyk i na nic moje prośby o przewiezienie do szpitala. Tłumaczyłem, prosiłem, nic. Następnego dnia nasza lekarz rodzinna, jak tylko zamieniła z mamą zdanie, wypisała i szpital, i karetkę, po paru godzinach było wiadomo, że to wylew. Dwa miesiące leczenia. Oczywiście próbowałem coś z tym robić, ale – co ciekawe – w szpitalu zaginęła dokumentacja z pierwszej wizyty pogotowia, którą – niemądrze – oddałem :(

Wiecie, myślę, że nawet jeśli stan służby medycznej będzie i sto razy lepszy niż teraz, tragiczne pomyłki będą się zdarzać. Pytanie, czy teraz nie  zdarzają się zbyt często, pozostawiając rodziny zbyt długo w rozpaczy. Strasznie mi przykro, kiedy o takich rzeczach słucham i doceniam swoje szczęście, bo za każdym razem, kiedy trafiałam do szpitala na SOR byłam traktowana poważnie, a po udarze nawet się nie naczekałam, bo udar (stwierdzony szczególnie) powinien działać jak zaklęcie, przesuwające pacjenta na początek (lub drugie miejsce, po osobach wykrwawiających się) kolejki oczekujących. Nie ma to tamto, bo niewiele jest poważniejszych, nagłych choróbsk.

I jakoś trzeba wywalczyć zainteresowanie swoją osobą, jeśli się widzi, że sytuacja jest poważna. Ja nie wiem jak. Póki co, słowa ‚udar mózgu’ otwierają mi drzwi do każdego lekarza… Dobrze skończonych historii z SOR-u jest więc równie wiele (jeśli nie więcej!), co tych złych.

Powiem Wam jeszcze w skrócie historię mojego braciszka. Bolała go łapa, siniała. I chodził do lekarzy, nawet na pogotowie, słyszał ‚leczenie przez leżenie’, ‚zgłosić to po weekendzie, jeśli nie przejdzie’… Ostatecznie w bardzo poważnym stanie, w ostatniej chwili właściwie, jak powiedzieli w szpitalu, trafił na stół operacyjny. I co? Nie jeden lekarz go diagnozował, rodzice niczego nie zaniedbali (tata mnie wysyła do szpitala nawet z guzem na głowie, nie ma mowy, żeby zbagtelizować poważną chorobę), a prawie by stracili dziecko z fioletową rączką.

Ja i brat fartem żyjemy. Czego z całego serca życzę mamie pani, która do mnie napisała. Trzymajmy za nią kciuki wszyscy. Złe historie mają czasem dobre zakończenie. Naprawdę.

I, póki nie ma filmiku ‚jak się zachowywać na SORze’, przypominam o pierwszej pomocy po udarze mózgu – klik!

 

Dziękuję moim przyjaciołom. Są najlepsi na świecie.

DSC_0193

część jedzenia, które zrobiłam (z pomocą!) na przyjęcie wydane w podziękowaniu dla moich kochanych gości. Zaproszeni byli tylko ludzie, którzy mnie odwiedzili w szpitalu. I dobrze, że nie wszyscy mogli wtedy przyjść, bo by się nie pomieścili na chacie;)

Osoba po udarze jest często zupełnie zależna od rodziny (to można poczytać o mojej mamusi, tacie, i Radku, zwanym również ostatnio Ryjem Niemytym). Ale czasem równie ważni są przyjaciele.

W moim przypadku byli tak ważni, że nie mam pojęcia, jak bym przetrwała, pierwsze, najcięższe miesiące w szpitalu, które były naprawdę ciężkie. Bez przyjaciółki prawdopodobnie w ogóle bym nie przeżyła.

To Stefan znalazła mnie w łazience, to ona, a nie mój ówczesny chłopak, pojechała za karetką do szpitala, to ona powiedziała lekarzom, na co choruję, to ona zaalarmowała moich rodziców, żeby mogli się zjawić u mnie tej samej nocy. I to ona była organizatorem mojego pierwotnego szpitalnego życia towarzyskiego:) Tak doskonałym, że lekarze nie mieli za dużo pretensji o pielgrzymki na mojej sali. Stefan była i jest kochaną przyjaciółką i powierniczką, której teraz jeszcze zawdzięczam życie i pierwsze poudarowe uśmiechy. How cool is she? ((:

Resztę przyjaciół mogłabym tu wymieniać po kolei, chciałabym każdemu poświęcić wpis, ale chyba życia by mi nie starczyło, gdybym miała wszystkich tych kochanych ludzi, którzy pokonywali kilometry albo setki kilometrów żeby mnie podtrzymać na duchu. Naprawdę, większość ludzi, których uważałam za przyjaciół, zdało ten ciężki egzamin śpiewająco. Inni, którzy nie zdali na celujący, dostają niższe noty, ale nie mierny. Nie każdy potrafi się odnaleźć w ciężkiej sytuacji. Rozumiem to. Są osoby, na których się zawiodłam, ale to kropla w morzu przyjaźni i uśmiechu wokół.

Nigdy nie przestanę się temu, ilu mam wspaniałych przyjaciół i znajomych. Nawet tych dalszych, o których nie pomyślałabym, że chcieliby się pofatygować do smutnego szpitala z truskawkami czy przemycaną butelką coli(; Chyba po prostu niektórzy ludzie mają dobre, życzliwe serduszka. A jeśli nie, to są przyzwoici. A jeśli nawet nie są przyzwoici, to przynajmniej mnie lubią( ;

A udar jest naprawdę ciężkim sprawdzianem dla przyjaźni. Wymaga masy zrozumienia, cierpliwości i optymizmu i z tego, co widzę, więcej ze strony przyjaciół, niż udarowca. Ja się czułam głupio za każdym razem, kiedy zasypiałam podczas wizyty przyjaciół, ale co mogłam zrobić.

Problem w tym, że nawet najbliższa osoba nie do końca zrozumie twój pierdolnik w głowie. I te zmiany, z którymi się zmagasz. I tu trzeba dużo zrozumienia. Ja mam łatwą do wprowadzenia strategię. Niektórych rzeczy nie tłumaczę. Nie staram się. Nie mam na to słów. Czytam o nich,  podpytuję innych udarowców, którzy ‚tam byli’ i łatwiej im przychodzi zrozumienie moich zmian.

Rok temu moi przyjaciele ze studiów zorganizowali mi przyjęcie urodzinowe. Było cudne. Czułam się prawie jak na wolności. Urodepresja była wcześniej.  Dostałam czekoladowy tort, najlepszy na świecie, którym najpierw wyświniłam całą salę (nie utrzymałam swojego kawałka) potem zjadłam kawał bez wyrzutów sumienia. Siedzieli u mnie do czasu, aż ich wyrzuciła pani doktor. I imprezę miałam dobrą. Naprawdę fajną:)

urodziny w szpitalu

Już wtedy mogłam chodzić z balkonikiem!

Dziękuję wam wszystkim. Kocham was bardzo i chciałabym, żebyście wszyscy wiedzieli, że doceniam was bardziej, niż to widać. Jak wygram 10 milionów to mi nie starczy forsy, żeby się wam odwdzięczyć, wszystkie moje Syny i nie Syny. Nie szkodzi, bo wszyscy dobrze wiemy, że nikt z was nigdy nie będzie z takim bidokiem-rencistą dla pieniędzy;)

Teraz oddalam się z bloga, pogrążać się w dorocznej urodepresji i zamknąć najbardziej obfity w święta okres w roku.

PS

dziękuję wam również za to, że rozumiecie moją niedyspozycję po udarze mózgu. i to, że czasem muszę wyjść z imprezy, zanim się zacznie. Nie Daruś, nie Tobie. Do Ciebie nigdy nie dotrze, że naprawdę nie mogę już łoić wódy jak niegdyś…

PS2

naprawdę ciężko jest być samotnym w szpitalu. dzięki każdej waszej wizycie chciało mi się walczyć trochę bardziej. gdyby nie wy, nie byłabym tu, gdzie jestem:)

Jak nie lubię telewizji. Szczególnie w szpitalu

pilotSzpital to środowisko, w którym raczej na sali nie poleżysz z przyjaciółką, z którą przegadasz całą noc. Szpital to środowisko, w którym cały czas trwa walka o dominację na sali. Wygrywa pacjent, który decyduje, kiedy i co się ogląda na sali. Mówię to serio.

To wszystko, co się dzieje wokół telewizora, jest bardzo zabawne. Najpierw wzajemne obwąchiwanie, kto ma jakie zwyczaje telewizyjne. Możesz mówić, że nie oglądasz, ale to nie ma znaczenia. Skoro stoi, to ma grać. Nieoglądający zazwyczaj wycofują się, bo skoro stoi, ma grać.

Jest jeden plusik – telewizja szpitalna jest przeważnie płatna. Niestety niedużo, za kilka złotych może grać od rana do wieczora. Idąc do szpitala, trzeba być przygotowanym na wydawanie dwuzłotówek. Dostawy zawsze w cenie, jak nie dla ciebie, to dla kogo innego się przyda. Po południu, czasem wieczorem, zaczynały się wędrówki ludów w poszukiwaniu dwuzłotówek, nieprzygotowanych zawczasu. Ach, jakie garści klepaków miałam w szufladzie w zamian za  okrągłe sumki. Ach, jak karnie się składałam na wieczór jazgotu, od którego odwracałam się plecami w słuchawkach.

Z jakim zainteresowaniem słuchałam awantury o telewizor w innym pokoju. Pani nr 1 chciała oglądać, druga chciała wyłączać. Rozumiem i jedną, i drugą, ale to nie do rozwiązania. Krzykana i były, wyzywanie, a salomonowy wyrok nie był możliwy. Koniec końców zasada została prosta – oglądanie do 22, nie dłużej.

Były i inne rzeczy. Zagadałyśmy się z panią Marią. Nagle usłyszałyśmy walenie pięścią w ścianę. Ok, za późno, za głośno i przeszłyśmy do szeptu. Nie usłyszałyśmy się, bo z tej pukającej sali zagłuszył nas telewizor.

Mój towarzysz stołówkowy, którego bardzo lubiłam, niestety imienia nie pamiętam… żalił się czasem na swoich współlokatorów. Robił to z takim humorem, że nie sposób było opuszczać posiłki;) jeden z tych współlokatorów, zyskał miano Telemaniaka. Telemaniak był gościem bezsennym. Miał swój telewizor (w Konstancinie nie było telewizorów na salach!) i ubytki słuchu. Wyobraźcie sobie mojego kolegę przy śniadaniu, uśmiechającego się mimo tego, że  do rana zasypiał przy telewizorze i od rana drzemał przy nim.

W Konstancinie była świetlica z telewizją. I odbiornik na korytarzu. Kiedy był mecz piłki ręcznej, cały szpital siedział i patrzył. Najzabawniejsza jednak była pora ‚Wspaniałego stulecia’, tureckiej telenoweli o życiu Sulejmana Prawodawcy. Była jeszcze w czasie zajęć, wszyscy idący, zwalniali, żeby popatrzeć. Wracając ustawiali się za kanapą i patrzyli. Miejsc było zawsze za mało:)

To rozwiązanie było dobre – przynajmniej na salach nie było jazgotu. Ludzie sobie mieli o czym pogadać potem, rozmawiali, tworzyła się fajna wspólnota osób, które były zamknięte razem na rehabilitacyjnej odsiadce.

Ja sama telewizor włączyłam raz, po wyjściu z SINN-u, na neurologii. Byłam sama na sali. Za 6 zł mogłam oglądać do nocy. NIC NIE BYŁO W TYM PUDLE. Nawet wiadomości. Obejrzałyśmy ze Świnią zły dokument o świniach, resztę pieniędzy straciłam. Jak pamiętacie, mnie hałas męczy. Więcej nie popełniłam tego błędu:)

 

a mój udar jest mojszy!

readingLubimy się licytować. Kiedy dajemy trzy dychy na Allegro, ciężko nam nie dorzucić piątala, żeby przypadkiem nie przegrać.

Ale licytacja na choroby jest czymś naprawdę szczególnym. Można ją spotkać wszędzie. W kolejce na badania, przy stole, na piwie ze znajomymi, ale szczyt finezji osiąga na sali szpitalnej.

Siedzą trzy panie, chore na – dajmy na to – RZS*. Poznają się dopiero. Opowiadają sobie, pani kochana, ja to wstaję przez dwie godziny rano, taka jestem połamana. Pani, to jeszcze nic, mi mąż musi zastrzyk zrobić, bo jak nie, to nie podniosę głowy i nie pójdę do lekarza. RZS to nic przy cukrzycy, ja mam od lat, a ta cukrzycowa dieta w szpitalach to koszmar! No koszmar, tu odzywa się zwyciężczyni tej rundy,  ja też mam cukrzycę, ale też dużo innych chorób i opowiada o nich do wieczora. Pozostałe panie nieśmiało wtrącają, swoje doświadczenia, ale ja wiem, mój mąż miał to samo nigdy nie pomoże w walce o pierwsze miejsce z tymi, na których można pisać podręczniki medycyny.

Kto ma gorszą depresję? Kto miał bardziej rozległy udar? Kto miał bardziej skomplikowane złamanie? I o co my tu walczymy?

Może o miejsce w hierarchii – tylko jakiej? Przy stole na imieninach już dawno jest ustalona. Na sali szpitalnej i tak pierwsze miejsce będzie miał albo najstarszy, albo ten kto najwięcej gada.  Może o uwagę, której nam na co dzień brakuje, a policytowanie się na choroby skupia na nas wzrok uważniejszy niż lekarza prowadzącego. Może o coś innego.

Wstyd się przyznać, ale i mi zdarzało się brać w tym udział. Byłam wciągana w to, mimo że nie chciałam za bardzo lub licytowałam w obronie – bo wiem jak bardzo boli mojego tatę, kiedy ktoś mówi, że miałam mały udar. Jak ja raz tak powiedziałam, myślałam, że jak w telenoweli, dostanę z liścia w buzię (i tu też wpadam w ton ‚ale miałam duży udar!’ – wybaczcie;)

Nienawidzę tego, kiedy takie rzeczy działy się w moim pokoju zakładałam na uszy słuchawki i mnie nie było, nawet kiedy wiedziałam, że do mnie mówią. Za każdym razem łapię agresora i chcę krzyczeć, że prawda jest taka, że dla każdego chorego jego własna choroba jest najważniejsza, obojętnie jak bardzo chora nie była osoba naprzeciwko. I żadna choroba nie jest powodem do dumy (no chyba że złamanie ręki podczas ratowania ludzi w czasie pożaru).

zawsze można skończyć rozmowę prostym ‚wygrałeś, jesteś bardziej nieszczęśliwy i szybciej umrzesz’, bo do tego to się sprowadza. Ale trzeba się liczyć z tym, że kiedy zasłabniemy wieczorem nikt nie pobiegnie po pielęgniarkę, by nas ratować.

*klik! – plus dopowiem, że sytuacja jest fikcyjna, ale wzorowana na wielu prawdziwych.

 

SINN – Kasia na udarówce leży w grzechu

left handJak tylko mogłam zażartować, powiedziałam, że nawet chora leżę w grzechu. Dlaczego? Bo miałam łóżko z widokiem na drzwi z napisem SINN (ang. sin – grzech) – sala intensywnego nadzoru neurologicznego czyli tzw. udarówki (czy tam trafiają nieudarowcy, nie wiem. Jeśli chorują na coś nagłego i zagrażającego życiu, pewnie tak).

Z udarówki mam dużo przewbłysków, mniej wspomnień i dużo relacji – że coś robiłam, albo ktoś coś robił, o swoich pierwszych dniach pisałam tutaj. Ale udarówka to jest niesamowity, inny świat, który opanowany jest przez ludzi starszych i w którym każdy walczy najpierw o życie, później o kolejne komórki mózgu, żeby jak najmniej ich stracić.

SINN to miejsce, w którym leżymy we własnych grzechach – grzechach zaniedbania, nieograniczenia w paleniu, jedzeniu, grzechu złej budowy serca, a przede wszystkim w grzechu starości, którego nikt nigdy nie pokonał i nie pokona inaczej niż umierając.

SINN to miejsce przerażające nawet nie dla samego chorego, który widzi na sali niewiele. Jest przerażająca dla odwiedzających, którzy przychodzą z nadzieją i widzą tych, którzy przegrali swoją walkę z udarem.

SINN jest jak OIOM, gdzie pacjent jest zawsze na oku pielęgniarek i lekarzy, którzy reagują na każde niepokojące wskazanie aparatury, do której pacjent jest podpięty. Kable irytują, łatwo je zerwać,

SINN to miejsce, w którym nie rozmawia się z sąsiadami, bo albo nie umiesz, albo nie masz siły, albo nie jesteś w stanie, albo ich nie widzisz. Ja naliczyłam tam kilka osób, męża uroczej kobiety, która co wieczór życzyła mi ‚kolorowych snów królewno’, siostrę z którą potem leżałam i panią ‚boliboliboli’ najsmutniejszą postać którą spotkałam w szpitalu i ostatniego dnia na SINN-ie jeszcze jednego pana. Podobno było nas wielu więcej.

SINN to sala w której chorego nie wolno męczyć, w którym głośny śmiech jest trochę nie na miejscu, a z drugiej strony bardzo na miejscu.

SINN to miejsce, w którym zaczyna się twoja rehabilitacja i od tego, jak jest ona przeprowadzona, bardzo wiele zależy w przyszłości.

Byłam pewna, że wszystkie SINN-y, wszystkie udarówki, są przynajmniej tak dobre jak mój – bo muszą być dobre, żeby ratować życie. Ale czytam o nich, również w komentarzach w sieci, gdzie wielu wylewa złość i frustrację i okazuje się, że udarówka udarówce nie jest równa, a największymi grzechami są zaniedbania w opiece nad tymi, którzy nie potrafią sami się sobą zająć.

„moją” udarówkę w szpitalu Czerniakowskim mogę bez wahania polecić. Choć kilka lat temu mieli chyba pewien skandal, teraz chyba to co złe – minęło.

Po co siedzę w szpitalu, przecież jestem zdrowa!

brainKiedy masz udar, nie wiesz, co się dzieje. Kiedy ktoś ci powie, że miałaś udar, nie rozumiesz, co się dzieje. Nie wiesz, że umierasz. Nie wiesz, że grozi ci kalectwo. Nie rozumiesz, że po wyjściu ze szpitala, zamiast do pracy, pójdziesz do kolejnego szpitala lub miesiącami będziesz walczyć o zdrowie w domu.

Z pierwszych dni zostają ci tylko przebłyski. Mi zostały zmartwione uśmiechy, blond włosy Synka i jej mamy, mój chłopak który otwiera okno, żeby wpuścić trochę powietrza, puszka coli przemycona, z pierwszych godzin uspokajający głos drugiego Synka, trochę rodzice i mama, która wyjeżdża, uszko w barszczu w Wigilię. I poczucie, że bez sensu tam leżę, bo przecież jestem zdrowa i  mogę wstać i zatańczyć oberka.

Pacjent neurologiczny, może długo nie zdawać sobie sprawy, w jak złym stanie jest. W końcu wylew był dla mnie pustym słowem. Moim rodzicom pani doktor doradziła, żeby nie mówić mi zbyt dużo, bo mogłabym się załamać. Nikt nie operował liczbami. Kiedy pytałam, kiedy ilę będę w szpitalu, głaskano mnie po główce i słyszałam ‚jeszcze kilka dni’  – ale początkowo było bardzo płynne, boto począt. Ale swój szok i tak przeżyłam dwa razy – po raz pierwszy, kiedy pani doktor powiedziała, że zazwyczaj pacjentom mówi, że zostaną u niej minimum 10-1 4 dni. Wtedy rzeczywiście po raz pierwszy zrozumiałam, że jest niedobrze. Nikogo, kto nie jest naprawdę chory nie trzymają w szpitalu 2 tygodnie.

A potem okazało się, że rehabilitacja będzie trwała minimum 3 tygodnie, w szpitalu za Warszawą. Nie pamiętam, kto mi o tym powiedział, ale pamiętam, że przechlipałam całą noc, a rano pani zakonnica powiedziała, że chyba nie spałam zbyt dobrze. Na następną noc poprosiłam o procha i spałam  nieźle.

Co zabrać ze sobą do szpitala?

hospital bedKiedy masz udar, raczej nie spakujesz sobie torby, żeby mieć wszystko, co najpotrzebniejsze pod ręką, ale do kolejnych pobytów, rehabilitacji i badań, możesz się przygotować. Ja zawsze biorę za dużo, ale teraz nie popełnię tego błędu. Z pobytu w Konstancinie wracałam  pełną torebką, dwoma plecakami i torbą podróżną. Aż dziw, że gdzieś to pomieściłam. Tylko że tam każdy pacjent miał swoją małą szafę. Nie w każdym szpitalu mamy ten komfort.

Niezbędnik: na każdy, nawet krótki pobyt, należy zabrać:

1. Sztućce! – minimum nóż, widelec, łyżka, łyżeczka też się przydaje, jak się samemu robi herbatkę. Czasem (chyba coraz rzadziej) na oddziałach mają sztućce, ale bywa tak, że jednego dnia starczy dla ciebie noża, a następnego nagle wszystkie znikają. To pacjenci kradną/chowają sztućce. Swoich też trzeba pilnować, lubią „zostać pożyczone”.

2. Kubek – są oddziały, na których herbatkę/kompot wlewają do kubków pacjentów i nie ma zmiłuj. Tak było na drugiej rehabilitacji.

3. Papier toaletowy – z tym różnie bywa. Na odnowionym, ślicznym oddziale kardiologii, na którym leżałam, programowo nie było papieru toaletowego, a z kolei na obydwu rehabilitacjach nie było z tym problemu. Tylko że czasem w weekendy papier znikał. Też przypuszczam, że niektórym pacjentom, mogło go brakować;

4. Pidżamka i ze dwie zmiany bielizny – nawet jeśli to ma być jedna noc, zawsze może coś wypaść „po drodze” i zamiast w piątek, wyjdziesz w poniedziałek;

5. Długopis/pisak – do podpisywania jedzenia, czasem dokumentów, do testów, na rehabilitacji neurologicznej też do rozwiązywania zadań domowych…

6. Zwykłe przybory do higieny w wersji minimum – jak najmniej!

7. Klapki

8. Dokumentacja medyczna (najlepiej ksero) – nawet chirurg leczący twoje hemoroidy będzie chciał zajrzeć do ostatniego wypisu ze szpitala, w szpitalu na sto procent upomną się o wszystko, co już się nazbierało.

9. Dowód osobisty!!!

10. Telefon z ładowarką

11. ręczniczek

12. Woda mineralna

Na dłużej:

13. dwuzłotówki ratujące życie – jeśli chcesz się napić kawy z automatu/kupić coś w kiosku/obejrzeć coś w TV szpitalnej… W ostatnim szpitalu w jakim byłam niestety telewizory były na salach, działały tylko na dwuzłotówki. Wieczorami korytarze zapełniały się kobietami w szlafrokach, które niczym zombie przemierzały kilometry z drobniakami w dłoni, szukając kogoś, kto im zamieni ich garść na dwie dwuzłotówy;

14. Przedłużacz – jeśli masz do naładowania coś więcej, niż telefon, przedłużacz ratuje życie.

15. Coś do rozrywki – jeśli masz taką możliwość, zamiast miliona książek i laptopów, radzę wziąć tablet. Jeśli nie, weź sobie jedną książkę i jedną gazetę; Jak się skończy, wymienisz się z kimś.

16. Materiałowa torebka – nie mając pewności, czy na danym oddziale zdarzają się kradzieże, warto, wychodząc na badania/do toalety/gdziekolwiek – włożyć wszystkie precjoza do torebki i nosić ze sobą. Nie chcę wzbudzać w nikim poczucia, że zło czai się wszędzie, mi w szpitalu zginął tylko balsam do ciała i myślę, że któraś z moich współlokatorek po prostu go przez pomyłkę zapakowała ze sobą, ale z tego co słyszałam, kradzieże się zdarzają;

17. Herbata/kawa – na oddziałach zazwyczaj można sobie zrobić herbatkę czy kawkę (zazwyczaj są też lodówki. Uwaga! – żarcie trzeba podpisywać, sanepid wymaga podobno, można się zdziwić, kiedy nagle zniknie nam mleko…)

Kiedy masz wrażenie, że jesteś tu na dożywociu, nie ma świata poza szpitalem i nigdy już zobaczysz świata za murem

18. Balsam do ciała – w szpitalu skóra robi się sucha i szorstka jak pergamin. Nie polecam;

19. Zatyczki do uszu – dorośli chrapią. Jeśli nie chrapią, to pochrapują. Jeśli nie pochrapują, to sapią tak, jakby chcieli. Zatyczki się przydają, serio.

20. należy dobrze przemyśleć sobie ubrania – jeśli ktoś nad odwiedza – pakujemy się inaczej, jeśli nie – inaczej, jeśli idziemy do szpitala na rehabilitację miesięczną, to nawet jeśli ktoś nad odwiedza 2 razy w tygodniu, trudno uniknąć drobnej przepierki.

Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, na pewno wyedytuję wpis;)