lewaczka.pl – udar mózgu » Blog Archives

Tag Archives: szpital

mój udar Uncategorized

O, następną ćpunkę nam przywieźli – SOR a narkotyki a udar mózgu

Published by:

wstęp wzbroniony z narkotykami i bronią nuklearną((;

wstęp wzbroniony z narkotykami i bronią nuklearną((;

Od czasu do czasu dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy o swoim udarze. Najbardziej interesujące są te rz moich pierwszych chwil. Niby tam byłam, ale tak, jakby mnie nie było.

Niby pamiętam pewne rzeczy, ale jest tak, jakbym zupełnie nie pamiętała. Ostatnio usłyszałam o swoich pierwszych chwilach na SOR-ze.

I o komentarzach, których w normalnych warunkach bym nie odpuściła.

o, znowu nam ćpunkę przywieźli

tadam. No jestem w szoku i nie jestem jednocześnie.

Bo jak można o biednym udarczyku powiedzieć ‚ćpun’?

a z drugiej strony, jak można od razu pomyśleć o młodej babeczce, że to udarczyczka? Cóż, to nie jest pierwszy strzał żadnego człowieka. Ale lekarza?

Potem pytano mnie, moją ocalicielkę ukochaną i rodziców o te narkotyki z miliard razy. I jak piosenka się układało ‚nie nie nie nie nie nie nie’.

Ok, narkotyki (w szczególności kokaina i amfetamina), pijaństwo i papierosy zwiększają ryzyko udaru mózgu i są lwią częścią przyczyn, ale umówmy się, nazywanie ćpunką, kogoś, kto został przywieziony na SOR jest tak sensowne, jak mówienie „zostaw go, na pewno pijany” o dziadku, który przewrócił się na ulicy. Może i pijany, to co, nie pomagamy?

Jak bardzo musieli być zdziwieni lekarze, kiedy w mojej krwi nie odkryli ani grama niedozwolonej substancji (jeśli to badano). A kuku!

współczuję mojej przyjaciółce, która musiała się (chyba) za mnie tłumaczyć. I mojej mamie, której musiały przychodzić do głowy wątpliwości, bo w sumie co ona tam wiedziała o tym moim warszawskim życiu..

No, w każdym razie. Zrobiło mi się przykro, jak się o tym dowiedziałam. Jak ludzie muszą sobie pogadać, mogliby to robić w ukryciu, nie przed bliskimi i przy pacjencie.

inni udarowcy

galeria twarzy (2): z półuśmiechem

Published by:

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAz panią Basieńką leżałam krótko, ale bardzo ją polubiłam. Nie rozmawiałyśmy, jej afazja na to nie pozwalała. Na początku się jej bałam, jak to się człowiek może bać ludzi, których nie rozumie. Potem zaczęłam jej współczuć. Moje miesiące w szpitalu były takie męczące również przez nudę. A pani Basieńka musiała się nudzić dziesięć razy bardziej niż ja. Często siedziała i patrzyła w ścianę. Nie mogła czytać, nie miała komputera, rzadko ją odwiedzano, a podejście do telewizji było całą wyprawą. Kiedy się zorientowałam, co się dzieje, dałam jej gazetki. Nie wiedziałam, czy może czytać, ale obrazki i zdjęcia oglądała bardzo uważnie. Też trochę dla niej wybrałam swoją miejscówkę na czytanie na głos, bo wyjeżdżała czasem na wózku, żeby coś usłyszeć. Pani basieńka zaczęła się do mnie uśmiechać, i jakoś czuję, że żałowała, kiedy mnie przeniesiono do innego pokoju.

Pani Basieńka, kiedy przyjechała na rehabilitację, podobno się nie ruszała. nasza druga współlokatorka, która sama się nie ruszała, powiedziała mi, jak wielki postęp poczyniła od początku. Ona była  z tych, którzy nie mogli absolutnie niczego, a zaczynali móc robić rzeczy.

Jej pół uśmiechu – twarz pani Basieńce bardzo opadała – zapamiętam na całe życie, bo wyglądał jak po prostu dobry, szczery uśmiech, który też łatwo nie przyszedł.

P.S.

pani Basieńce zmieniłam imię, choć tego nie przeczyta pewnie nigdy, to tak jest lepiej.

mój udar

leki przeciwzakrzepowe po udarze i moje siniaki

Published by:

groch i fasolaPrzez jakiś czas po udarze byłam jednym wielkim siniakiem. Zawsze, nie wiem czemu, jestem cała w siniakach i zadrapaniach, ale tym razem była to zasługa leków przeciwzakrzepowych, których nazwy, Xarelto, Clopidogel, Clexane, dawkowanie i pory przyjęcia recytowałam jak pacierz.

Lekarstwa przeciwzakrzepowe to superważna sprawa dla udarowców. ‚Rozpuszczają’ krew, tak żeby żaden skrzep nie zawędrował do mózgu. Taka profilaktyka ponowna. Więc udarowcy łykają je i przyjmują w zastrzyczkach. Zastrzyki oczywiście ostawiają swoje siniaki.

To wszystko wyglądało dziwacznie. Początkowo z fascynacją oglądałam tworzące się siniaki i ich zmiany kolorów. Tworzyły się od wszystkiego. Zastrzyków, dotyku, otarcia lekkiego. I nie było sposobu, żeby się ich pozbyć.

bruise

niezbyt piękny widok, prawda?;)

Na szczęście u mnie wykluczono zaburzenia krzepnięcia krwi (skomplikowanymi badaniami w instytucie hematologii), nie muszę więc już brać drogich i trudnodostępnych lekarstw. Mój dziadek, też po udarze, który ma od lat migotanie przedsionków, nie ma takiego szczęścia. Bierze cały czas swoje ‚rozrzedzacze’. I żyje, udar się nie powtórzył. I oby się nie powtórzył!

mój udar

Dziękuję moim przyjaciołom. Są najlepsi na świecie.

Published by:

DSC_0193

część jedzenia, które zrobiłam (z pomocą!) na przyjęcie wydane w podziękowaniu dla moich kochanych gości. Zaproszeni byli tylko ludzie, którzy mnie odwiedzili w szpitalu. I dobrze, że nie wszyscy mogli wtedy przyjść, bo by się nie pomieścili na chacie;)

Osoba po udarze jest często zupełnie zależna od rodziny (to można poczytać o mojej mamusi, tacie, i Radku, zwanym również ostatnio Ryjem Niemytym). Ale czasem równie ważni są przyjaciele.

W moim przypadku byli tak ważni, że nie mam pojęcia, jak bym przetrwała, pierwsze, najcięższe miesiące w szpitalu, które były naprawdę ciężkie. Bez przyjaciółki prawdopodobnie w ogóle bym nie przeżyła.

To Stefan znalazła mnie w łazience, to ona, a nie mój ówczesny chłopak, pojechała za karetką do szpitala, to ona powiedziała lekarzom, na co choruję, to ona zaalarmowała moich rodziców, żeby mogli się zjawić u mnie tej samej nocy. I to ona była organizatorem mojego pierwotnego szpitalnego życia towarzyskiego:) Tak doskonałym, że lekarze nie mieli za dużo pretensji o pielgrzymki na mojej sali. Stefan była i jest kochaną przyjaciółką i powierniczką, której teraz jeszcze zawdzięczam życie i pierwsze poudarowe uśmiechy. How cool is she? ((:

Resztę przyjaciół mogłabym tu wymieniać po kolei, chciałabym każdemu poświęcić wpis, ale chyba życia by mi nie starczyło, gdybym miała wszystkich tych kochanych ludzi, którzy pokonywali kilometry albo setki kilometrów żeby mnie podtrzymać na duchu. Naprawdę, większość ludzi, których uważałam za przyjaciół, zdało ten ciężki egzamin śpiewająco. Inni, którzy nie zdali na celujący, dostają niższe noty, ale nie mierny. Nie każdy potrafi się odnaleźć w ciężkiej sytuacji. Rozumiem to. Są osoby, na których się zawiodłam, ale to kropla w morzu przyjaźni i uśmiechu wokół.

Nigdy nie przestanę się temu, ilu mam wspaniałych przyjaciół i znajomych. Nawet tych dalszych, o których nie pomyślałabym, że chcieliby się pofatygować do smutnego szpitala z truskawkami czy przemycaną butelką coli(; Chyba po prostu niektórzy ludzie mają dobre, życzliwe serduszka. A jeśli nie, to są przyzwoici. A jeśli nawet nie są przyzwoici, to przynajmniej mnie lubią( ;

A udar jest naprawdę ciężkim sprawdzianem dla przyjaźni. Wymaga masy zrozumienia, cierpliwości i optymizmu i z tego, co widzę, więcej ze strony przyjaciół, niż udarowca. Ja się czułam głupio za każdym razem, kiedy zasypiałam podczas wizyty przyjaciół, ale co mogłam zrobić.

Problem w tym, że nawet najbliższa osoba nie do końca zrozumie twój pierdolnik w głowie. I te zmiany, z którymi się zmagasz. I tu trzeba dużo zrozumienia. Ja mam łatwą do wprowadzenia strategię. Niektórych rzeczy nie tłumaczę. Nie staram się. Nie mam na to słów. Czytam o nich,  podpytuję innych udarowców, którzy ‚tam byli’ i łatwiej im przychodzi zrozumienie moich zmian.

Rok temu moi przyjaciele ze studiów zorganizowali mi przyjęcie urodzinowe. Było cudne. Czułam się prawie jak na wolności. Urodepresja była wcześniej.  Dostałam czekoladowy tort, najlepszy na świecie, którym najpierw wyświniłam całą salę (nie utrzymałam swojego kawałka) potem zjadłam kawał bez wyrzutów sumienia. Siedzieli u mnie do czasu, aż ich wyrzuciła pani doktor. I imprezę miałam dobrą. Naprawdę fajną:)

urodziny w szpitalu

Już wtedy mogłam chodzić z balkonikiem!

Dziękuję wam wszystkim. Kocham was bardzo i chciałabym, żebyście wszyscy wiedzieli, że doceniam was bardziej, niż to widać. Jak wygram 10 milionów to mi nie starczy forsy, żeby się wam odwdzięczyć, wszystkie moje Syny i nie Syny. Nie szkodzi, bo wszyscy dobrze wiemy, że nikt z was nigdy nie będzie z takim bidokiem-rencistą dla pieniędzy;)

Teraz oddalam się z bloga, pogrążać się w dorocznej urodepresji i zamknąć najbardziej obfity w święta okres w roku.

PS

dziękuję wam również za to, że rozumiecie moją niedyspozycję po udarze mózgu. i to, że czasem muszę wyjść z imprezy, zanim się zacznie. Nie Daruś, nie Tobie. Do Ciebie nigdy nie dotrze, że naprawdę nie mogę już łoić wódy jak niegdyś…

PS2

naprawdę ciężko jest być samotnym w szpitalu. dzięki każdej waszej wizycie chciało mi się walczyć trochę bardziej. gdyby nie wy, nie byłabym tu, gdzie jestem:)

mój udar

Noworoczne postanowienia + sylwester w szpitalu

Published by:

A co!
myCały świat robi, zrobię i ja;)

 

  1. dalej się ładnie rehabilitować bez marudzenia
  2. wrócić do gry na gitarze (co wymaga większej sprawności w lewej łapie) i gry na pianinie!
  3. nauczyć się hiszpańskiego na tyle, żeby móc go sobie wpisać do CV
  4. znaleźć (lub wymyślić) fajną robotę i wrócić do pracy, która przynosi pieniądze
  5. nigdy nie zaniedbać mojej lewaczki.pl
  6. wrócić do podróżowania (sorry mamo;)
  7. zaśpiewać płynnie całą piosenkę:)
  8. trzymać zdrowy dystans
  9. schudnąć
  10. uratować świat

W zeszłym roku sylwestra spędziłam w szpitalu. Pani dr dyżurna wygoniła tatę i brata, chłopak poszedł sam z siebie wcześniej. Ja leżałam sama na sali, wiedząc że większość ludzi się gdzieś tam bawi. Mogłam włączyć sylwestra z dwójką, ale zdecydowałam się na chlipanie. Od lat impreza 31 grudnia była moją ulubioną w roku. A tu nagle… Teraz nie mam siły na całonocne hulanki wśród tłumów, więc będzie spokojnie, ale ładnie.

Przeżywanie wszystkiego po raz pierwszy po udarze chyba właśnie dobiega końca. Źle nie jest. Mogło być dużo gorzej.

Wszystkiego dobrego, pieniędzy, zdrowia, uśmiechu i samych dobrych ludzi wokół wam życzę na nowy rok. Do Siego!

11. Zrobić tak, żeby następny rok był lepszy od poprzedniego.

medycznie mój udar

Zwolnienie z pracy na chorego członka rodziny

Published by:

left handSzczęka mi opadła, kiedy okazało się, że moja mama może sobie wziąć na mnie zwolnienie lekarskie. A może!

Na chorego, takiego jak ja, przysługuje członkowi rodziny opieka na chorego – 14 kalendarzowych. Jeśli chory i opiekun są spokrewnieni (rodzice, rodzeństwo, małżonek, dzieci, nawet teściowie) i mieszkają razem.

Takie zwolnienie/opiekę wystawia lekarz rodzinny chorego! Więc potrzebując takiego wsparcia, tuptamy do lekarza razem i prosimy o świstek.

W naszym przypadku rodzice najpierw wykorzystywali urlopy, dopiero na wyjazdy do szpitali mama korzystała z tego przywileju, płatnego w wymiarze 80% zarobkówr. Mojej mamie zostały już tylko 3 dni i węszę problem, bo czeka mnie rehabilitacja, podczas której będę musiała być z opiekunem.

No, internety piszą, że inny członek rodziny, też będzie mógł wziąć na mnie opiekę. Zobaczymy jak to będzie. w każdym razie, ja nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe. Żaden pracodawca nie będzie zachwycony puszczając pracownika, żeby opiekował się swoją babcią, ale są sytuacje, w których to jest bardzo potrzebne i warto pamiętać o przysługujących nam prawach.

mój udar

grajmy sobie analogowo! – gry po udarze

Published by:

games, pokerKiedy leżałam na pierwszej rehabilitacji, byłam zrozpaczona. Mimo pracy z neuropsychologiem, zadań domowych, oglądania filmów, prób czytania, uświadamiałam sobie, że ten syf, który mam w głowie, będzie porządkowany dużo dłużej, niż przypuszczałam początkowo.

Napisałam więc do swojej byłej wykładowczyni, która miała z nami przedmiot ‚psychologia komunikacji’, który w dużej mierze, z tego co pamiętam, opierał się właśnie na takich neuro-ćwiczeniach. Jeśli nie na koncentrację, to na kreatywność.

Odpowiedź, którą otrzymałam, bardzo mi się podobała. Graj, Kaśka, w gry. Nawet proste. Zapraszaj znajomych na partyjkę scrabbli. Obok tego sudoku się sprawdza do samodzielnej pracy. I o tamtej pory starałam się nie wypuszczać moich gości bez rozegrania partyjki czegoś. Graliśmy w makao (tego nienawidzę, tak przed udarem i po udarze), scrabble, Kolejkę czy jakieś ‚Pan tu nie stał’, państwa miasta,. Było super, przegrywałam jak zawsze (tylko w scrabble mi się udawało czasem zwyciężyć, ale w to przed udarem byłam mocno wyćwiczona), jak się nie skupiałam i coś źle robiłam, znajomi śmiali się i dokazywali. Kolejna rehabilitacja to byli inni goście, przychodzili już ze skomplikowanymi planszówkami, których uczyłam się powolnie, ale je pokochałam i mogę grrrraaaać. Teraz, przeszło pół roku później, jestem w stanie zagrać nawet w skomplikowane gry, jeśli ktoś dobrze wytłumaczy mi zasady. I chcę grać!

Tu na wczasach jest z tym słabizna. Kupiłam karty, chciałam przypomnieć sobie pokera, ale się nie udaje. Zapraszamy znajomych na poksa, a oni nie chcą grać. Zapraszam brata na partyjkę, ale zmęczony. A przez to, że na Cyprze hazard jest trochę zabroniony, przez sieć też nie przegram majątku.

Podobno granie synchronizuje półkule mózgowe. Rozwija też na pewno koncentrację, myślenie logiczne, ‚social-skille’, a ze wszystkim jestem trochę na bakier. I sprawia mnóstwo frajdy. I gry są naprawdę na każdym poziomie. Z dzieciakami gra się w najnudniejszą grę świata, wojnę. Są miliony gier, w które można grać z udarowcem, kiedy wyjdzie z fazy ‚chce mi się spaaaaaaaaaać, zostawcie mnie w spokoju’. Taka praca po godzinach, na pewno przyjemniejsza, niż męczenie się z tekstem z lukami od neuropsychologa;)

Jestem typem przegrywacza-pechowca, dlatego przegrane mnie w ogóle nie smucą i nie załamują. Powiem nawet więcej – jak wygrywam, zachowuję się bardzo źle. Tak źle, że nie daję zapomnieć innym, że PRZEGRALI ZE MNĄ. A teraz, że PRZEGRALI Z UDAROWCEM. Wyzywam też innych (najczęściej od dziwek bez szkoły… dlaczego? nie mam pojęcia)

Zachowuję się gorzej niż Hammond:

Jak nie wierzycie, zapytajcie moich przyjaciół;)

The efficacy of Wii-based Movement Therapy for upper limb rehabilitation in the chronic poststroke period: a randomized controlled trial

mój udar

jak to jest mieć dwie mamy?

Published by:

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła... z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła… z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

chciałam Wam powiedzieć o najwspanialszym, najbardziej kochanym i odpowiedzialnym chłopcu na świecie. Jeśli śledzicie bloga, widzieliście peany na temat mamulki i taty, teraz przyszła kolej na następnego faceta – mojego brata, psychologa, kumpla, gabinet kosmetyczny, dostawcę żarcia, pocieszyciela, wsparcie.

Ja zawiodłam – zjechał z zagranicy na święta, a tu małe wykopyrtnięcie i wigilię spędził na udarówce. Był na tyle kochany, żeby powiedzieć, że święta były super, bo z rodziną. Ale największym wyrzutem sumienia jest dla mnie to, że kiedy on był w szpitalu, ja nie rzuciłam wszystkiego, żeby być koło niego. Teraz widzę, że wymówki były słabe, bo sesja-sresja.

Chłopca, który po moim udarze, natychmiast załatwił sobie przeniesienie do polskiego oddziału swojej firmy i dzień w dzień zajmował się mną po robocie.

Dobra, koniec tego słodzenia – Radzio jest nadopiekuńczy i wpędza mnie w poczucie winy, ale muszę z tym żyć, bo to on mi mył stopy w szpitalu. Przynosił mi sushi, prał majty, przytulał, kiedy trzeba było. Kiedy mi robił manicure, bo sama nie umiałam, panie w szpitalu pytały, skąd taki mobilny gabinet kosmetyczny i ile bierze (nie wziął niczego). Był dla mnie głosem rozsądku, kiedy mi go brakowało.

Mój (młodszy!) brat jest jednak trochę bardziej mamowy od mamy. Dzwoni co jakiś czas, żeby sprawdzić, co tam u mnie. Nie pozwala samodzielnie jeździć rowerem (bo ruch lewostronny, sami wiecie). Liczy każdy łyk alkoholu (a było ich kilka) i komentuje tak, żebym nigdy więcej nie chciała po alkohol  sięgnąć (co zazwyczaj ma skutek odwrotny od zamierzonego). Ale nie to jest najbardziej mamine – nie pozwala mi pić coli, muszę się kryć jak nastolatka z fajkami. I Radek chce, żebym wstawała wcześniej, żeby mi dzień nie uciekał. Nie żeby mama mówiła, że mam wcześnie wstawać – ona mówi raczej  ‚oooo, śpij kochanie śpij’.

I tak się wczasujemy tu u niego, ja sprzątam, on pracuje, ja się bawię z nim, on się za bardzo martwi. Niesamowite jest to, że ten chłopiec jest ode mnie młodszy, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny, bardziej samodzielny.

Prawda jest taka, że  bez niego byłoby bardzo ciężko na tym świecie. Nasz tato mawia, że wystarczy na nas spojrzeć, żeby się przekonać, że nie ma większej miłości na świecie niż u rodzeństwa.

PS.

POZDRAWIAM MARIUSZA. właśnie znalazłam w telefonie sms, że miałam o nim dobrze napisać na blogu. Mariusz jest kolegą Radka i miłym gościem, więc źle o nim nie mogę napisać ( ;

mój udar

A ta Swinia nie ma mozgu!

Published by:

W związku z kolejnym pobytem w szpitalu, muszę napisać o dwojgu moich ważnych towarzyszy :)

IMG_20150918_081008Po pierwsze przedstawiam wam Świnię. Świnia opuściła tylko jeden, krótki pobyt w szpitalu. I to z mojej winy – zostawiłam ją u cioci w Toruniu, spadła od łóżko i opuściła czerwcową kardiologię.

Świnia jest moją pocieszycielką, w szpitalach zajmuje miejsce psa. Właśnie wtulam w nią głowę i trochę jest mi lżej.  Jest trochę brudna – jak to Świnia – na boku ma resztki dlugopisowego napisu ‚kocham cię Kasiu’, który napisała przyjaciółka, jej poprzednia właścicielka.

Żebyście jednak nie pomyśleli, że ja ją wykorzystuję i Świnia nie ma żadnych korzyści ze związku ze mną!  Przede wszystkim, ma się do kogo przytulić w nocy i w ciągu dnia (; poza tym, zwiedziliła kawał Polski,  i to nie w drodze do rzeźni, co jest dodatkowym plusem. Poza tym,  jest pewnie jedyną Świnią na świecie, której zrobiono rezonans magnetyczny :) Jeszcze na oddziale neurologicznym,  kiedy byłam brana na rezonans,  pani pielęgniarka zapytała ‚a świnia jedzie z nami?’ a może?  To jasne!  To był pewnie mój piąty rezonans, ale pierwszy poudarowo świadomy. Nikt nie kazał mi jej zostawić przed badaniem.  Więc już obie jesteśmy pewne, że jesteśmy do siebie podobne. Świnia nie ma mózgu, ja nie mam części mózgu…

Sułtan qaboosDrugim moim pocieszycielem jest Qaboos, sułtan Omanu.  To przypinka, którą przyniósł mi na udarówkę przyjaciel i wzbudził tym oczywiście moje pół uśmiechu.  Od tamtej pory staram się mieć Qaboosa zawsze przypiętego. W szpitalu zawsze, na co dzień zazwyczaj.  Noszę go na szczęście, bo bez niego czuje się nieszczęśliwa.

Sułtan Qaboos jest aktualnym władcą Omanu, mojego ulubionego (obok Gruzji) państwa na świecie. Jest tam szczerze uwielbiany przez ludzi, którzy dzwonią do radia, go pochwalić, mówią o tym, jak przed nim nie było nic,  a teraz mają drogi i chodzą do szkoły :) i mówią to szczerze. Trochę pranie mózgu może, ale proste Omańczyki wyglądają na szczęśliwych i naprawdę kochają swojego władcę, niech mu Allah błogosławi.  Jak miał orędzie do narodu, powtarzali je w radio tyle razy, że myślałam, że się go nauczę ma pamięć (mimo że nie znam arabskiego).

Qaboos wygrzebał się z rakolca, którego leczył w Niemczech.   Jak siebie uratował, może i mnie pomoże? Na pewno jak go widzę, to się uśmiecham, a to chyba ważne? (;

A tak serio, to uważam, że jeśli jest się dużo w szpitalach, to warto mieć takich przyjaciół. Może w funkcji talizmanu, może w funkcji przyjaciół. Nie trzeba wierzyć w ich moc naprawczą. Nie wiem ile trzebaby przelezec w szpitalach, żeby nie czuć się wobec nich bezradnie.  Szpital to system nieprzenikniony dla zwykłego człowieka. Dzieje się w nim tyle rzeczy, które nie są dla zwykłych śmiertelników i zrozumiałe, i dostępne. Rządzi w nim hierarchia, w której pacjent wcale nie ma wysokiej pozycji…

Ja się czuję wobec tego wszystkiego jak czteroletni brzdac. A Qaboos i Świnia mają w sobie tyle dobrej energii, co ulubiony pluszowy miś z dzieciństwa. Dlaczego daje się dzieciom pluszaki? o odpowiedź proszę znajomych kulturoznawców: p

 

medycznie udar

Jestem trochę ćpunem – leki po udarze

Published by:

tabletkiBardzo dziwne jest dla mnie to, że choć żadne lekarstwo nie zwróci mi martwego mózgu i tak od 21 grudnia wzięłam setki (jeśli nie tysiące pigułek) i zastrzyków.

Ich lista nie jest aż tak imponująca, jak myślałam – właśnie ją zrobiłam i  liczy najmniej 30 preparatów. Nie włączam w to leczenia trombolitycznego, wszystkie kroplówki liczę jako jeden i wszystkie przeciwbóle liczę jako jeden. I te same preparaty pod różnymi nazwami też policzyłam jako 1.

Lekarstwa mogę zasadniczo podzielić tak:

  1. leki i zastrzyki przeciwkrzepliwe i kardiologiczne – żeby we krwi nie robiły się już żadne skrzepliny wędrujące z serduszka do mózgu.
  2. suplementy, leki i zastrzyki i kroplówki przywracające odpowiedni poziom różnych pierwiastków, cholesterolów, witaminek itp.
  3. leki przeciwdepresyjne, w tym na przewlekły ból głowy.
  4. leki na różne świństwa, które przypałętały się do mnie w szpitalach – od wymiotów, przez hemoroidy, po zakażenie układu moczowego.
  5. leki osłonowe – żeby inne leki nie robiły tak dużej szkody!
  6. leki przeciwbólowe, które, jeśli dobrze pamiętam, na obrzęk mózgu działają tak sobie.
  7. lekarstwa i kroplówki z pierwszego szpitala, których nazw i przeznaczenia nie znam, a które na pewno mi podawano, np. żeby obrzęk mózgu zszedł. Może w wypisie ze szpitala są ich nazwy, ale jest tam miliard słów, których nie znam i nie mogę się ich doczytać – dlatego liczba 26 może być dużo większa:)
  8. leki prokognitywne – mają niby wspomagać funkcje poznawcze i pomagać w myśleniu.
  9. grupa leków które wyczytałam w wypisach, ale nie mam pojęcia na co są.
  10. leki nasenne – choć ja sporadycznie dostawałam nie nasenne, tylko w małych dawkach takie, które ułatwiały zasypianie. Bez sensu bo znałam je wcześniej i lekarz mówił o dawkach 4x większych niż to, co dostawałam w szpitalu.

dużo tego jest, bardzo dużo. Obecnie dziennie biorę 6 tabletek i żadna z nich nie powstrzyma spastyczniejącej łapy i nie wróci mi mózgu, a wszystkie są potrzebne, choć nie tak, że po ich odstawieniu miałabym natychmiastowo się narazić na kolejny udar. Nie chcę jednak się narażać i grzecznie łykam co każą, choć mózgu mi to nie zwróci.

Moim największym lekowym rozczarowaniem są szpitalne leki przeciwbólowe, które nie łagodziły bólów na tyle, żeby było dobrze (z tego co pamiętam). największą zaś nadzieją, jest to lekarstwo prokognitywne. Choć niektórzy w nie nie wierzą, mówią, że ‚stare baby masowo to łykają i studenci w czasie sesji, ale to nie bardzo działa’, jestem bardzo ciekawa efektów.

Branie lekarstw to uciążliwy obowiązek. Trzeba o nich pamiętać. Trzeba pamiętać o odpowiednio wczesnym pójściu do lekarza po receptę. Trzeba ich szukać po aptekach lub zamawiać – rzadko się zdarza tak, że idę do apteki, kładę receptę na stół, płacę i wychodzę z lekarstwami. Czasem znaleźć je jest strasznie trudno – spróbujcie znaleźć zastrzyki przeciwzakrzepowe, których nigdzie nie ma, nawet w hurtowniach – powodzenia. I kosztują. Część, nawet po refundacji jest bardzo droga dla przeciętnej kieszeni, inne kosztują kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, więc miesięcznie na pewno przeszło stówkę się wyda w tańszym okresie – ta stówka wciąż nie zwróci mi mózgu.

poza tym, na każde wyjście do lekarza muszę brać ostatni wypis ze szpitala, lub ewentualnie listę leków. Nie chciałabym przecież, żeby maść na kręgosłup  wchodziła w złe interakcje z moją aspiryną cardio, prawda?

Wolę też nie myśleć o mojej biednej wątrobie, o obciążonych jelitach… Jakoś tak jestem dziwnie przeświadczona, że część moich mdłości jest przez to, że organizm został nadwyrężony przez lekarstwa, jeśli nie te brane przeze mnie teraz, to przez te, które były ‚cięższe’.

W moim ‚pudelku na leki’ jest mnóstwo pigułek i trochę zastrzyczków – tych wykupionych i jeszcze niewykorzystanych, oraz tych, które zostały, po odstawieniu. W osobnym pudełku mam po listku lekarstw, których aktualnie biorę. W szpitalach jest łatwiej – przynoszą ci wszystko, łykasz i po sprawie. 2 razy zapomniałam o lekarstwie – pielęgniarki ganiały za mną, żeby sprawdzić, czy ładnie wszystko zjadłam, aż do końca mojego „turnusu”;)

Czekam na dzień, kiedy będę mogła nie wziąć niczego. Albo tylko aspirynkę, którą pewnie będę łykać do końca życia, niech jej będzie, choć mózgu mi nie zwróci.