Oj, wrażliwa jestem – meteopatia po udarze?

meteopatia, udar mózgu, pogoda, chmuryCóż, przyznaję, że od udaru mózgu jestem superwrażliwa, chorowita i ogólnie taka jakaś słabeuszowata. I chyba stałam się meteopatą. Czyli stałam się delikatna jak szlachcianka sprzed lat. Albo jak Chico, pudelek mojej przyjaciółki z podstawówki, który jadł najsmakowitsze rzeczy, bo taki z niego wrażliwiec wybrzydzający był. No, tak to zapamiętałam:)

Meteopatia (zwana również meteoropatią) to nadwrażliwość na zmiany pogody. Jest dosyć powszechna, ale nie klasyfikuje się jej jako jednostki chorobowej. Wciąż nie ma bowiem odpowiednich badań jednoznacznie potwierdzających związek pogody z samopoczuciem. (za doz.pl)

Czyli meteopaci to ci, którzy czują się jak kupka błota, kiedy zmienia się pogoda. Albo, ale to tylko moim zdaniem, pogoda im nie sprzyja. Przyznam się,  że nie często nie wierzyłam w to, jak ludzie mówią, że nie się słabo czują przez pogodę. Aż tu nagle…. Moja pani Madzia i babcia zaczęły mi mówić że a) to możliwe, b) (szczególnie babcia) zaczęła wiązać moją senność i ogólne rozbicie – szczególnie rano!) ze zmianami pogody. I teraz coraz częściej to dostrzegam i już nie irytuję się, kiedy babcia sugeruje, że moje złe samopoczucie wynika z pogody.

Bo to jest dziwactwo przecież i wymówka. Ale jednak… Moja pani Madzia mówi, że u jej udarowych pacjentów często pojawia się meteopatia, której wcześniej nie było. Wiecie, mózg jest tajemnicą i przyjmuję to. Zwłaszcza że wyczytałam w jednym fajnym artykule [klikać:)]  że im więcej dolegliwości współistniejących, tym większe prawdopodobieństwo meteopatii. A nie chcecie chyba, żebym znowu wymieniała wszystkie swoje choróbska.

To nie jest choroba niby, ale wpływa na samopoczucie. Czyli warto się zastanowić czasem, czy nasze chwilowe

  • uczucie ogólnego osłabienia,
  • bóle głowy,
  • bóle kości i stawów,
  • skoki ciśnienia tętniczego krwi,
  • senność,
  • bezsenność,
  • wahania nastroju,
  • zaburzenia koncentracji i uwagi. (za podlinkowanych przed chwilą artykułem)

Nie są winą pogody. I odpuścić złość na siebie. Bo ja, szczerze mówiąc, wściekam się, kiedy jestem senna „bez powodu” i łeb mnie boli. Wściekam się na swoją słabeuszowatość. Ale co poradzę, jak nic nie poradzę?

Mnie chwytają bóle głowy, uczucie ogólnego osłabienia, senność, wahania nastroju, zaburzenia koncentracji. Także taki typowy poudarowy zestaw;0Rzadko odpuszczam sobie całkowicie w takie dni, ale przyznaję, że jest wtedy spokojniej u mnie. Mniej robię, jest jeszcze bardziej powolnie, więcej leżę. I mam jakąś wymówkę na dodatek;)

Ale staram się z niej nie korzystać. Tata chyba by mnie za to zabił. No. Także tego. Ponieważ dziś pogoda raczej sprzyja, idę na spacer. Trzymajcie kciuki, żebym nie zabiła się na resztkach lodu;)

Co jest niemożliwe:)

raftingSiedzimy podczas przerwy. I moja nowa koleżanka Nava pokazuje mi zdjęcie na swojej tapecie.

Kilka osób w kapokach i kaskach. spływa w dół rzeką trzyosobowym kajakiem. wiecie, taki ekstremalny spływ.

Nava (pokauje na zdjęciu): to jestem ja, a ten pan a mną jest sparaliżowany. I ten za nim też.

Ja (lekko w szoku): Kajaki. Ektremalne. Więc to możliwe.

Nava: No, to nie jest niemożliwe:)

 

I tego się. trzymamy:)

 

 

jadę na rowerze, słuchaj, do byle gdzie

bicycleNie znoszę roweru. To znaczy tak – lubiłam go, jak byliśmy na wycieczce rowerowej w Austrii. Jarałam się strasznie, kiedy udało mi się podjechać pod górę, której bym pewnie nigdy nie zdobyła… I lubiłam jeździć, kiedy dostałam rower od rodziców, żeby pomykać po Warszawce. Wsiadałam często i jechałam przed siebie daleeeeeeeeeko.

Poza tym nie lubiłam roweru. Chyba dlatego, że zaliczyłam kiedyś supermena na żwirze. Dalej mam brudne łokcie i kolana… A teraz to nie lubię z prostych powodów.

  1. Jestem flakiem, a rower jest supermęczący. Ja jestem z tych, którzy lubią zakwasy po wysiłku, nie sam wysiłek;)
  2. Cały czas się boję o równowagę. I jak czuję, że ją tracę to muszę się bardzo skupiać. I tak muszę się podwójnie skupiać. Tadam:)

Ale chyba muszę wrócić do pedałowania, bo patrz punkt nr 1. Bieganie mi nie idzie dobrze. A joga nie zbuduje wytrzymałości. Chyba że na stres;) Chciałabym znowu móc ładnie biegać i być wytrzymała bardziej, jeśli chodzi o sportowanie się. Szczerze mówiąc, rok temu w październiku byłam w lepsze formie. Może bo jeździłam na rowerze?;)

Poza tym chyba pewniej się czuję, jeśli chodzi o równowagę. w sensie… jest bardziej wyćwiczona jak jeżdżę na rowerze.

A że nie znoszę rowerków stacjonarnych to trzeba wychodzić z domu. Będę jeździć. Choć nie lubię;)

i wiecie co? Moja mama to przeczyta, mój tata to przeczyta, i będą mi jęczeć iiiiiidź na rower. Albo choooodźmy na rower. Nieważne, że mi się nie będzie chciało, tata będzie mówić no wieeesz że musimy a ja będę się wkurzać. Ciężkie jest życie!;)

spastyczność to nie tylko ręka! spastyczność w nogach też jest paskudna

Pisząc o spastyczności, skupiam się na swojej lewaczce ( ; ale spastyczność to może się pojawić również w innych częściach ciała. W tym nogach. Część udarowców, ale i chorzy na SM i dziecięce porażenie mózgowe pewnie wiedzą o niej dużo więcej.

Pewnego razu, kiedy pisałam o spastyczniejącej łapie, ktoś mnie zapytał (pozdrawiam!) a co z nogami? Boli? Gdzie w ogóle kupujecie buty?

Spastyczność nogi lub nóg jest też problemem. I chodzi w niej z grubsza o to, o co w spastyczności rąk:

według klasycznej definicji Lance’a (1980) spastyczność charakteryzuje się nadmiernym oporem na rozciąganie mięśnia zależnym od szybkości rozciągania, wynikającym z braku hamowania odruchu rozciągowego z powodu uszkodzenia górnego neuronu ruchowego[

Za wikipedią:)

Tyle klasycznej definicji, lepiej wpisać w googla i wejść na grafikę. I zobaczyć jak niekomfortowo to wygląda, zwłaszcza w przypadku stóp, choć i cała noga, wykręcona nie wygląda dobrze.

spastyczność stóp

Często (zazwyczaj?) boli, powoduje problemy przy chodzeniu, wtedy mój wpis o chodzeniu na spacery można wyrzucić do kosza pewnie. I jeszcze dobór obuwia. Specialistyczne=bardzo drogie, niestety. Są sklepy, które proponują obuwie nie tylko w rozmaitych rozmiarach, ale i tęgościach.

TĘGOŚĆ STOPY – zespół wymiarów obwodu stopy w przedstopiu i przez podbicie oraz szerokości stopy w przedstopiu i pięcie, zmierzonych na osobie stojącej, przy ciężarze ciała równomiernie rozłożonym na obie stopy.

A jak z tym walczyć… Ech, no. Ćwiczenia i medykamenty, jak w przypadku rączki. Znalazłam taką fajną publikację, dla chorych na stwardnienie rozsiane, może można coś dla siebie wybrać – tam są proste ćwiczenia na spastyczność wszystkiego, od głowy po stopy. Oczywiście nie polecam robić ćwiczeń samodzielnie, zawsze lepiej to skonsultować z fizjoterapeutą, nie chcę mieć nikogo na sumieniu!

Dodam jeszcze małe post scriptum. Jeden z fizjoterapeutów powiedział mi, że jego pacjenci z SM popalają sobie marihuanę. Nielegalnie, ale podobno twierdzą, że na dobrze na nich działa zmniejszając napięcie mięśniowe. Ale ćśśśś, nic nie mówiłam.

Szczerze mówiąc, gdybym miała duże problemy ze spastycznością, to bym próbowała i tego. Nawet za cenę faktu, że dziury w mózgu mogą się od trawki powiększyć. Chyba. Nie wyobrażam sobie ciągłego życia w bólu wynikającym z napięcia. Bo pamiętam, że przez tygodnie, kiedy miałam bardziej spastyczną rękę (nawet nie bolała mocno!), czułam ją na okrągło. To tak, jakby cały czas myśleć, że się oddycha. I czuć nos. I powietrze wypływające z niego. Taaak.

Dlatego zastanawiałam się nad lekarstwami. Ale one mają wiele skutków ubocznych, podobno jest się po nich sennym… Jeszcze bardziej? No koszmar! dziękuję, postoję! Mi choroba na to pozwala. W końcu samo zelżało.

Na szczęście. wszystkim życzę podobnego szczęścia… Ale cudów nie ma, u mnie napięcie jest lekkie, dyskomfortowe, z łatwością otwieram dłoń. Więc nie polecam mierzyć cudów moją miarą.

Pamiętać tylko trzeba, że spastyczność to nie jest problem wyłącznie mięśni i komfortu, może prowaadzić do osłabienia więzadeł, a nawet ich zerwania! no, to:

poinformowałam,

przestrzegłam,

doradziłam (nie stosujcie tego w domu!)

i wracam do życia:) Miłego poniedziałku;)

 

cho na spacer!

nordic walkingTyle pisałam o bieganiu,  że strasznie chciałam biegać i zapomniałam o czymś ważniejszym i bardziej oczywistym. O chodzeniu!

Na początku niedowład uniemożliwia nawet chodzenie, jak już (jeśli)  się je opanuje, to jest ono cudnym ćwiczeniem. Bez niczego,  z kijkami, daleko i blisko.

Ale raczej,  najpierw blisko i z poparciem. Polecam kijki do nordic walking!  Nie tylko do łapania równowagi,  ale też koordynacji. Dobrze uzyty kijek wymusza taki ruch naprzemienny jak u zdrowego. Wiecie,  prawa nóżka, lewa ręka do przodu. U mnie było raczej prawa nóżka do przodu,  lewa rączka przy ciele(; kijek wymógł na mnie ten poprawny ruch :) i dalej nie co uczy.

Jestem zawziętym piechurem. Na tyle,  że potrafię robić i kilkanaście kilometrów dziennie (w szczególności u braciszka ma wakacjach),  ale i wczoraj, i przedwczoraj wpadło przeszło 10 km, że tak się pochwalę :)

Dlaczego chodzenie jest dla mnie lepsze niż bieganie?

1. Trening trwa dłużej. Jak ćwiczę wytrzymywanie w życiu aktywności przez długi czas, a nie wracanie do łóżka po pół godziny aktywności. Bieg zazwyczaj kończy się u mnie drzemką:)

2.Stawy… Jednak jestem grubaska. Zacznę znowu biegać,  jak schudne z 10 kilo. Myślę że kolana mi za to kiedyś podziekują. Wcześniej o tym nie myślałam,  ale wcześniej byłam okazem zdrowia, a teraz zaczynam dzień ciesząc się cytatem z Baranczaka ‚jeżeli coś cię boli, dobra wiadomość – żyjesz’ (;

3. Choć nie wyglądam,  cały czas walczę o przetrwanie.  Chodząc, czuję się dużo pewniej.

4. Chodzenie pozwala mi poznać lepiej świat. W biegu skupiam się tylko na myślach ‚jeszcze troszeczkę’ i ‚noga do góry, nie przewrócić się, oddech!’

I żeby uwiarygodnić moje wędrówki załączam dziury, które wychodziłam! ;) nie jedyne!

broken shoes

PS

oczywiście, udarowiec udarowcowi nierówny, więc może być gorzej. Pani Małgorzata napisała w fejsowych komentarzach:

Chodzenie jest OK tyle, że jak się ma ścisk palcy w stopie to boli bardzo… A jak z Waszymi topami? Bo moja lewa jest tak już rozklapciała (pewnie napięcie mięśniowe słabe i też wtedy puszczają więzadła) i obolała (palce zdeformowane od uścisku), że zrobiła się tak szeroka, że tylko tęgość K i M mi wchodzi. Efekt? Tylko butki w zdrowej stopie za ok. 5 stów para!!! Zbankrutuję!

ech…

K jak kajaki!

kayakOstatnie 2 tygodnie były strasznie szalone, a ostatnim szaleństwem były kajaczki, na które szłam z obawami, ale nie trzeba było się bać.

Koleżanka pożyczyła mi swojego chłopaka (najsilniejszy w grupie) i jakoś się płynęło, niezbyt długą trasą, szybciej i wolniej, jak mi ręka trochę drętwiała, dawałam jej luz i ręka wtedy waliła ściemę, tu uspokoję kolegę – nie martw się, nie więcej niż minutkę na raz, więc nie nawiosłowałeś się za mnie za bardzo.

Wsiadanie i wysiadanie do łódki było wyzwaniem, ale co mi tam,

Ręka popracowała, poprostowała się i pozginała, nie dużo za dużo, tylko trochę za dużo. Dziś jest bardziej leniwa niż zwykle, ale obiad zjadłam nożem i widelcem, bez przekładania widelca stale do prawej ręki.

Ostatnio kajakowałam kilka lat temu, było bardzo przyjemnie, tereny międzyodrza żeglowne, kąpielisko Dziewoklicz czyste i dość spokojne, woda ciepła jak w Morzu Śródziemnym. Przyjemnie. Rehabilitacji nie porzuciłam z okazji na gości, równowagę ćwiczyłam, szybki marsz był, ręka była ćwiczona, może trochę mniej niż zazwyczaj, ale była.

Kajaczki polecam, i zdrowym i chorszym (tym, co mogą). Najważniejsze, że w nocy nie obudziła mnie sztywność łapy, jak się  to zdarzało w tym tygodniu razy kilka. Jeśli to zasługa kajaków, to będę chodzić na nie 2x w tygodniu, a jak się skończy sezon, to na ergometr (choć w to wątpię;)).

Powiem wam, że odkąd spędziłam te miesiące w szpitalach, dużo bardziej mnie ciągnie na dwór, ku spacerom, kajakom, leżaczkom, wystawianiu buzi (grubo posmarowanej filtrem) ku słońcu. Wcześniej rzadko doceniałam moje wędrówki po mieście.

Dziękuję moim przyjaciołom za miły weekend! – jeszcze do was wrócę;)

Pływanie po udarze mózgu

swimming in oman

jedno z najpiękniejszych miejsc w których pływałam – i muszę wrócić do formy żeby tam wrócić jak najszybciej ( ; zdjęcie tego nie odda…

Mnóstwo osób mówiło mi o korzyściach pływania w rehabilitacji, niektórzy rzucali nawet konkretami, których nie mogę sprawdzić, bo nie pamiętam żadnego argumentu naukowo-praktycznego  pływaniem – ach te dziury w mózgu!:) google nie zwraca żadnych ciekawych wyników na frazy typu pływanie po udarze mózgu

Ja jednak sama widzę korzyści płynące z pływania ( ; – zatem je wyliczę.

1. pływanie doskonale rozluźnia – co jest dobre dla spastycznej łapy (mojej). jeśli się nie przesadzi, oczywiście. Jak ostatnio przepłynęłam 2 km, to następnego dnia byłam jedną bolącą kulką goryczy i stanowiłam przeciwieństwo rozluźnienia. Jednak zwykle leniwe 40 min w basenie jest dobrym rozluźniaczem.

2. pływanie poprawia koordynację – a sami wiecie, że tej u udarowca jest jak na lekarstwo. Prawa, lewa, a nóżki chlap chlap chlap. Bajka rehabilitanta.

3. pływanie wzmacnia lewą rękę. i prawą rękę. i każdą kończynę jaką mamy. ale trudno przy nim przesadzić. Moje doświadczenie jest potwierdzeniem tej tezy – po pierwszych wycieczkach na basen (jeszcze w Konstancinie) bolała mnie prawa ręka. Podświadomie odpuszczałam lewej, ale wciąż nią pracowałam. Potem się czułam z tym dziwnie i skarżyłam się na bezsensowność swoich ćwiczeń. W końcu zrozumiałam, że tak jest lepiej.

4. Pływanie synchronizuje dwie półkule mózgu – nie wiem dlaczego i jak, ale kołacze mi się w głowie, że ktoś mi to powiedział;)

5. Pływanie oczyszcza mózg z wielu uporczywych myśli – każdy udarowiec będzie wiedział, jakie to jest cenne.

Ja mam dziwny stosunek do tego wszystkiego, ale znowu zaczynam lubić wodę. Dlaczego? Za gówniarza byłam pływaczką wyczynową, tygodniowo przepływaliśmy dziesiątki kilometrów. Po rzuceniu ‚karierki’ pływaka, ten sport pozostał u mnie w sferze miłości, hobby pielęgnowanego na tyle, żeby móc bez zawahania zawsze powiedzieć, że ‚świetnie pływam’. Plus uwielbiałam wodę – pytajcie moich rodziców lub dziadków, jak im szło wyciąganie mnie z jezior:)

A po udarze, kiedy dostałam pozwolenie na basen (nie jacuzzi) nagle odległości przepływane przeze mnie spadły przynajmniej o połowę, techniki na szczęście nie widzę( ; Oczywiście czarna rozpacz. Straciłam nawet pływanie. Koleżanka z klubu i szkoły jest w tym Konstancinie trenerką. Proponowała płetwy, żeby sobie przyspieszyć tempo, wówczas nie czułabym się jak ślimaczek, ale podziękowałam. Argumenty na nie przeważyły te na tak. Wtedy. teraz nie wiem dlaczego.

I chodziłam dalej już w Szczecinie (wychodzi mi min. 1, max kilka razy w tygodniu) raczej z poczucia obowiązku niż z przyjemności. Raczej z chęci pokonania triathlonu niż chęci rehabilitacji. Ale nie tak dawno temu znowu zaczęłam odczuwać przyjemność z pływania. Zwłaszcza wtedy, kiedy się zapominam i w głowie brzmi mi jakaś rytmiczna piosenka, jak poniższa.

I muszę powiedzieć, że wt-pt które spędziłam nad jeziorem, gdzie wake’owałam i windsurfowałam, a dla kondycji i rozluźnienia pluskałam się w wodzie i pływałam, czułam się jak kiedyś. Każdy wymęczony fikołek czy głębszy nur, słońce nad oczami i pauza na zorientowanie się, gdzie się płynie, sprawiały mi strasznie dużą przyjemność (oczywiście gdy już pokonałam wrodzonego lenia).

Wiem oczywiście, że nie każdego można wpuścić do wody, bo nie każdy sobie w niej poradzi, ale widziałam udarowców, którzy spędzali sobie czas na schodkach prowadzących. Uwierzcie, że nie byli tam, żeby gubić kilogramy – po prostu ich lekarz&rehabilitanci uznali, że gdzieś tu jest korzyść. Choćby w tym rozluźnieniu ciała:)

 

Wytrąconam z równowagi – jestem mistrzem!

O równowadze napiszę pewnie jeszcze milion notek, ale generalnie u mnie to wyglądało tak – odkąd nauczyłam się stać,  coraz lepiej ja trzymałam. Najpierw  trzymasz ją siedząc, stojąc, potem chodząc z balkonikiem, potem udaje co się przejść kilka kroków samodzielnie… Teraz, jak to nazywamy z panią Magdą, mam problemy na grząskim (lub jeśli jestem bardzo zmęczona) – więc zwykłe chodzenie nie jest mi wyzwaniem. Każda ma rowerze jest.  Rolki – są,  chodzenie po piachu – jest, schody – są. Ale, jak to mówią no risk no fun*, więc pojechałam na wczasy, na których ćwiczę

1.Samozaparcie,

2. Równowagę.

Powiem wam że jest dużo lepiej z samozaparcie, niż z równowagą, dlatego mam pewne sukcesy. Tadam!

Jestem w niebie! I jestem mistrzem! #wakeboard #wakeboarding #lewaczkapl

A post shared by kasia (@sfizohremja) on

Wakeboard jest rzeczą która została stworzona dla mnie – tak myślałam do chwili, w której próbowałam zawrócić.  Nie udało mi się jeszcze (tacie się udało :((( gratuluję!). Równowagę trzymałam nieźle.

Za to na windsurfingu

Było gorzej.  5/6 czasu spędziłam ciągnąc za sobą deskę  i odpływając od trzcin. O żadnym zwrocie nie było mowy, bo przy każdej próbie zmiany ułożenia stóp natychmiast zaliczałam wywrotkę. Wdrapywamie się na deskę z moimi ultrasłabymi mięśniami zajmowało mi mnóstwo czasu,  łapanie równowagi rzadko kończyło się złapaniem jej, najczęściej kończyło się wywrotką. Na kilka dni spędzonych w wodzie udało mi się przepłynąć kilka minut – i to był naprawdę wielki sukces.  Na mistrzostwach świata udarowców zajmuję pierwsze miejsce w samozaparciu!

Mięśnie oczywiście mnie bolą wszystkie ( ok, prostownik kciuka nie), a jutro planuję powtórkę :) może uda się zwrócić na tym wake’u, może coś zdziałam  ma windsurfingu:) dla mnie to jest istotą rehabilitacji – powtarzać coś tyle razy, aż mięśnie + mózg się nauczą, a potem powtarzać to tyle razy, aż porządnie zapamiętują.

Tu oczywiście mam mnóstwo dobrej zabawy, chociaż że że zmęczenia byłam blisko do zadławienia się wodą…

Oczywiście obie deski są dla mnie za trudne – trochę ćwiczę równowagę i idzie do przodu.  Rolki też są za trudne.  Rower na początku też był za trudny a teraz jakoś jedzie… Może to jest dobry system dla ‚ambitnych’ – wybierać cele osiągalne, ale nierealne z racjonalnego punktu widzenia? Kto nie otworzy serca, nie dostanie widelca.

Ale okazuje się, że żeby wrócić na deskę, trzeba mi było udaru (( ;

Ps Oczywiście wpis jest bezczelnym chwaleniem, ale jestem z siebie bardzo, bardzo dumna,więc się chwalę.

Ps 2 Słoneczko przygrzało, mimo filtrów 50 wielokrotnie aplikowanych, jestem cała poparzona i swędzi cały dzień  i jestem rączek nieboraczek.

 

Znowu rolki…

i gdybym się łatwo zniechęcała, to bym się już nie wybrała więcej. A jeśli bym była mniej zabezpieczona, to bym właśnie mocno płakała, być może na izbie przyjęć, ze złamanym nadgarstkiem.

IMG_20150530_123457

Wykopyrtłam się 4 razy, w tym 3 razy w ciągu pierwszych 2 minut jazdy. W czasie drugiego upadku wypadł mi guzik ze spodni. Miałam bardzo stare jeansowe szorty. Ale udało się jakoś zaradzić z pomocą paska. Być może to to właśnie tak mnie zdekoncentrowało, że jechałam jak ofiara, dużo gorzej niż w czasie mojej pierwszej przejażdżki.

Ponieważ jednak niełatwo się zniechęcam i byłam dobrze zabezpieczona, to za kilka dni znowu będzie jazda, będzie się działo!

słońce świeci nad nami, obdziela nieodpowiedzialnych udarami… lato!

sunChyba każdy z nas słyszał o udarze słonecznym. Ja pierwszy raz w życiu spotkałam się z czymś takim, kiedy na obozie koleżanka właśnie udaru słonecznego.

Udar słoneczny, to szczególny przypadek udaru cieplnego i tak jak on, łączy się z przegrzaniem organizmu i następuje, kiedy zbyt długo jesteśmy na zbyt intensywnym słonku.

Wg źródeł popkulturowych (np. tego) dzieciaki są bardziej narażone na takie udary, bo nie mają w pełni rozwiniętego mechanizmu termoregulacji, ale dorosłych też może dopaść udar cieplny, zwłaszcza osoby starsze.

Objawy udaru słonecznego nie są może najbardziej charakterystyczne na świecie, ale łatwo zorientować się, że dzieje się coś naprawdę złego:

– występuje bardzo wysoka gorączka (nawet 42 stopnie – a przypomnijcie sobie do ilu stopni miał podziałkę wasz termometr rtęciowy…)

– osłabienie

– skóra bardzo czerwona, czasem poparzona (w przypadku udarów cieplnych może być też blada!)

– mogą być drgawki

– mdłości i wymioty

– stan niepokoju

– silne bóle głowy, zawroty głowy

– bełkotliwa mowa

– przyspieszone tętno

– zwiotczenie mięśni…

I tak jak przy udarze mózgu – nie muszą wystąpić wszystkie objawy!

Warto pamiętać, że od gorączki 42-stopniowej można umrzeć, dlatego chorego przede wszystkim trzeba przenieść do cienia, gdzie jest przewiewnie. Posadzić (jeśli jest blady, z głową między nogami, jeśli czerwony – w pozycji półleżącej), rozpiąć ubranie, zdjąć ciasne ciuchy i schładzać – lodem, mokrymi ręcznikami (przede wszystkim na głowę i kark!), zimną wodą w butelce.  I poić bardzo mocno nawadniać – małymi porcjami, najlepiej wodą z odrobiną soli – chory nieuchronnie traci elektrolity.

Wezwać pomoc:) a jeśli chory nie oddycha, tak długo przeprowadzać resuscytację, jak trzeba.

mzwopr

niestety w różnych źródłach różne rzeczy piszą o udarach słonecznych, a dostępu do literatury specjalistycznej nie mam – ale z tego co sobie przypominam, wszystko wyżej powinno być ok:) jeśli nie – proszę mnie poprawić!

a przede wszystkim na słońcu takim jak jest dzisiaj (gorąco, słonecznie, bardzo gorąco), chronić głowę i kark. Mogłabym powiedzieć, że wychodzenie na słonko w samo południe nie jest zbyt mądre, ale ludzie się tego nie nauczą, więc nie powiem.

A co do koleżanki udarówki z dziecińswa – żyje, nawet całkiem dobrze:)