lewaczka.pl – udar mózgu » Blog Archives

Tag Archives: podzielność uwagi

mój udar odchudzanie rehabilitacja

Jak chcesz umrzeć ze śmiechu, idź na zumbę po udarze;)

Published by:

Jakaś pani psycholog powiedziała mi raz „proszę iść na zumbę, albo grać na instrumencie. To ładnie  synchronizuje półkule”.

Więc w końcu poszłam na zumbę;) i raz w tygodniu sobie synchronizuję półkule.

O co chodzi z tą synchronizacją? 

Jak wiemy wszyscy nasze półkule mózgowe odpowiadają za różne rzeczy (leteralizacja – inaczej stronność). Prawa półkula jest bardziej twórcza, odruchowa i intuicyjna, lewa logiczna niby. I nasze mózgi podobno najlepiej pracują, jesteśmy najnajnaj mądrzejsi i najbardziej kreatywni i najlepiej się koncentrujemy kiedy dwie półkule pięknie ze sobą współpracują.

Jak by nie było, wydaje mi się że synchronizacja półkul nie może zaszkodzić, więc co drugi dzień siadam do pianina i… zapisałam się na zumbę:D

Tak, to jest ten moment w którym możecie spaść z krzeseł ze śmiechu. Bo ja się czuję tak:

bear

A powinnam tak:

zumba

Grupa robi 3 kroki w prawo, a ja zdążam na ostatni i już nie wyrabiam się z ruchem rąk. Jest śmiesznie. Często staję i się śmieję, bo sama siebie bawię. Ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Kroczek po kroczku. I może uruchomię biodra w końcu, bo póki co jestem sztywniarą, która nie umie poruszyć jednocześnie dwoma częściami ciała jednocześnie.

I tak się zsychnronizuję, że będę mogła kiedyś pracować normalnie jak człowiek na pełen etat. Albo nie etat, ale nie będę musiała odpoczywać co pół godziny. I będę mogła się koncetrować. I będę mogła tak tańczyć, jak ten facet

Oczywiście zajęcia są ciężkie i cały dzień się do nich przygotowuję nie nadwyrężając siebie w żaden sposób i obowiązkową minimalnie godzinną drzemką przed zajęciami. I po zumbie niczego już nie robię. Jest odpoczynek, filmik, herbatka i spaćko. To jest bardzo męczące dla mnie. Dodajcie hałas (muzykę znaczy), ludzi, chaos i wysiłek fizyczny i wyjdzie wam koszmar udarowca. A jednak warto.

I wiecie co? śmiejemy się we trzy, ja, mama i jej przyjaciółka, wszystkie trzy nie najszczuplejsze, i ja jestem dumna. Z siebie i mamy (nie wiem, czy mam prawo być dumna z przyjaciółki. Jeśli tak, to jestem:). Z mamy, że spróbowała, a ze mnie, bo jeszcze się nie przewróciłam i na nikogo nie wpadłam i się cieszę bardzo tą godzinką w tygodniu. Kurcze, miesiąc temu  chodziłam jak pingwinek i nie stałam stabilnie, a teraz udaję że tańczę:) I jeszcze rozumiem hiszpańskie teksty!:)))

ps.

oczywiście chciałabym też żeby Zumba pomogła mi schudnąć, ale mało mam wiary, że kiedykolwiek się uda…

mój udar

Gorzej być nie może! Na samodzielnego udarowca czyhają same zagrożenia

Published by:

ostrzeżenie: 'dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku'. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

ostrzeżenie: ‚dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku’. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

Kilka tygodni temu przeżyłam jedną z najgorszych chwil w życiu.  Opowiem o niej bez szczegółów dotyczących lokacji,  ludzi… Dlatego, że nie chcę wpędzać nikogo w poczucie winy i niepotrzebne wyrzuty sumienia :)

Zaczęło się od tego, że poczułam się samodzielna. Może za bardzo samodzielna. Kasia-Zosia-Samosia, sama pojedzie, załatwi, zrobi, ogarnie, nawet bez stugodzinnego zapasu czasu, w końcu zdrowiejemy.

Jednak w pewnym momencie coś mnie dopadlo,  nie wiem czy zmęczenie,  czy totalna dekoncentracja, czy strach, czy cokolwiek innego. Najpierw autobus. Coś poleciało mi z łapek i nie mogłam tego podnieść. Poczułam się tak zagubiona, że rzeczywistość, choć nie wirowała, zaczęła wirować. Na raz ogarnęło mnie to uczucie bezradności i dezorientacji, które codziennie staram się zagłuszać działaniem wolnym, planowym, uważnym i rozważnym, staram się udawać, że go nie ma. Wtedy jednak nie było mowy o spychaniu czegokolwiek. Kaskada negatywnych myśli i żalu, rzeczy lecące z rąk, zdanie wyłącznie na siebie, trudne decyzje pod presją czasu, której nie byłoby, gdybym była zdrowa, bo czasu było mnóstwo. Musiałam decydować i radzić sobie samej, chociaż najchętniej swoje rzeczy bym wyrzuciła, skuliłabym się na ławeczce i czekałabym na ratunek. Takiej opcji nie było, było za mało czasu, żeby dzwonić po jakąkolwiek pomoc dla mnie, z resztą wiedziałam, że to tylko wywoła panikę i poczucie winy w innych, którzy nie mogą być obok.

To nie był atak paniki (znam je skądinąd), ale stan trochę zbliżony, serce biło mi jak narodowiec lewaka, oddychało się ciężko, a myśli wirowały. Nie mam pojęcia, czy jakkolwiek oddałam tamten koszmar, może lepiej będzie, jeśli powiem, że w końcu udało mi się znaleźć ławkę i zaczęłam szlochać, mamrocząc pod nosem, że nie umiem sobie wyobrazić niczego gorszego, niż życie po udarze.

Siedziałam tak (ławki obok dziwnie szybko opustoszały) aż do chwili , kiedy mogłam wykonać telefon. Wybrałam przyjaciółkę, która była na tyle daleko, że nie mogłaby się czuć winna, że jej przy mnie nie ma i o której wiedziałam, że rozsądnie postawi mnie do pionu tak, żebym mogła wrócić do domu. Natalka uratowała mi wtedy tyłek. Przerażenie zniknęło, dezorientacja została, motywacja wzrosła.

Kiedy wróciłam do domu, długo musiałam  odpoczywać, bo bieganie męczy mnie mniej, niż to, co dzieje się w tym łbie.

Chcę powiedzieć, że takie chwile zdarzają mi się rzadko, bo wypracowałam sobie strategie zapobiegania im. Ale rzeczywistość nie jest dla mnie tym samym, co przed udarem. Jest groźna i nieprzyjazna, ciężka do ogarnięcia. Funkcjonowanie w jej przestrzeni to wysiłek, który będzie ciężko zrozumieć osobom bez udarowego doświadczenia, nie wiem nawet, czy jest więcej udarowców, którzy widzą to tak jak ja. Wiem jednak, że pomimo zaskakująco wspaniałej formy, tego, że niemal nie widać po mnie udaru, jeszcze daleka dla mnie droga, do stanu, który można z angielska fully recovered (całkowite wyzdrowienie). I nie to, czy ręka jest bardziej, czy mniej sprawna, jest dla mnie najważniejsze.

I podtrzymuję, że trudno mi sobie wyobrazić coś gorszego, niż życie po ciężkim udarze, zwłaszcza w takich chwilach. Ale los tak dał i trzeba sobie z tym radzić. Nie można się poddawać, trzeba walczyć o to, żeby było najpierw znośniej, potem zupełnie dobrze. Droga udarowca jest długa, samemu ciężko się ją przechodzi.

Ja sobie poradziłam w tej chwili kryzysu i tyle, co mogę poradzić, to po prostu odpuścić wszystkie nieniezbędne rzeczy. Poradzisz sobie bez chleba, ważniejsze jest dotarcie do domu/odebranie dziecka z przedszkola/dotarcie do pociągu/bycie u lekarza na czas. Ktoś czeka? Prawda jest taka, że jak kocha, zrozumie ( ; a jak nie kocha, mała strata (chyba że to lekarz orzecznik ZUS).

Oczywiście piszę to do samodzielnych udarowców, warto sobie poukładać w głowie, co trzeba i jak trzeba. A jak trzeba, prosić o pomoc. I jakoś żyć:) Mnie to wszystko nie zniechęciło do samodzielnego funkcjonowania, nie wiem, czy cokolwiek by było. I mamo, tato, bracie, uwierzcie, że sobie radzę;p chociaż do domu wróciłam śmierdząca (coś mi się rozlało;p) i wymęczona.

I nie napisałam tej notki dlatego, żeby kogoś przerazić, gdyby nie to, że była w ‚szkicach’ napisana do połowy, pewnie z moją dziurawą pamięcią już bym o tym nie pamiętała. Piszę o tym raczej dlatego, żeby dać nieudarowym czytelnikom lepszy dostęp do świata udarowca, czy po prostu mojego świata. Jak mawia dziadek, jest dobrze, ale nie beznadziejnie( ;

czego się nauczyłam po udarze?

Czego nauczyłam się po udarze (III): si, señorita!

Published by:

Lekarze mówią, żeby koniecznie uczyć się czegoś na pamięć. Obojętnie czego. Babcia zaproponowała Pana Tadeusza… Ale mnie nie ciągnie ku poezji romantycznej. Żeby nauka miała sens, postanowiłam uczyć się nowego języka.

I miesiąc (i kilka dni) temu rozpoczęłam samodzielną naukę hiszpańskiego.

Do moich pomocy dydaktycznych należą:

fiszki

fiszki

kurs internetowy – hiszpański online

supermemo

kurs audio (Pimsleur)

i całe internety (youtuby, chomiki, portale polskie i hiszpańskie… )

Dlaczego język hiszpański? Nauka go już kiedyś chodziła mi po głowie, ze względu na Meksyk i Almodóvara, potem mi przeszło, ale z tego co się już kieeeeeeeedyś dowiedziałam, to język hiszpański jest możliwy do samodzielnego opanowania i dość nietrudny na poziomie codziennej komunikacji. I wymowa jest chyba do ogarnięcia (wyobraźcie sobie uczenie się wymowy arabskiego

hebrajskiego

 

czy koreańskiego?

Moja wyobraźnia się poddaje;) Hiszpański wydał mi się więc sensownym wyborem.

Oto jak wyglądał ostatni miesiąc jeśli chodzi o język.

Zaczęłam od fiszek, tata mówił, że bardziej bezsensownie się nie dało, ale w miarę uczenia z innych źródeł zauważyłam, że fiszki naprawdę mi pomagają. Trochę dodają wiary, że coś zostaje w głowie, ale też pomagają też lepiej wychwytywać zależności ponieważ kolejność słówek, wyrażeń i zdań jest przypadkowa, mam pewien zasób wszystkich części mowy. Fajne są również dlatego, że nie obowiązują tu reguły, nie trzeba kończyć zadań i nie ma się poczucia porażki – co dało mi odrobinę wiary, że jestem w stanie nauczyć się czegokolwiek, a przecież moja koncentracja jest szybuje jak szybowiec i nie jest mi w ogóle pomocna.

Potem dodałam kurs supermemo. – jest dziwnie skonstruowany i ma trochę wad, ale generalnie dzięki niemu jestem systematyczna i powoli się uczę nie tylko słówek, ale i gramatyki i wymowy.

Do wymowy przydaje się kurs audio – w moim przypadku na razie Pimsleur; jestem na razie na 12 lekcji, ale gdzieś tak od 7-8 czuję, że jest dla mnie za dużo na raz, zbyt szybko, więc słucham lekcji po kilka razy, ale to się jednak nudzi więc żmudnie posuwam się do przodu nie umiejąc wszystkiego. To mimo wszystko ma sens, coś tam w łepetynie zostaje i trochę się osłuchuję, bo większość piosenek SKA-P jest trochę za szybkie do nauki – ja tak szybko nie gadam teraz po polsku, co dopiero po hiszpańsku!

A czekają niezliczone inne źródła – Don Kichot (; którego uwielbiam po polsku, dobre hiszpańskie kino… Tylko opanować podstawy i będzie powoli szło do przodu!

Notka może powinna nazywać się: czego uczę się po udarze, ale w końcu coś umiem. Kilka dni temu śmiałam się, że mogłabym być hiszpańskim mężem, bo umiem powiedzieć ¡Quiero comer!, ¡Quiero vever una cervesa! (chcę jeść! Chcę pić piwo!) Jakoś idzie do przodu ten hiszpański – nauka z sukcesami jest podstawą.

Udarowo powiem, że uczenie się na pamięć jest bardzo ważne dla mózgu łatającego dziury. Nie jest łatwo – walczę z koncentracją – chcieć to nie jest móc niestety. Ale dużo czasu spędzam nad tym językiem i widzę w tym sens. Porównując siebie do siebie sprzed stracenia zdrowia, idzie mi bardzo opornie, ale w moim przypadku nie chodzi o szybkie nauczenie się zwrotów przydatnych przy zbieraniu truskawek w Hiszpanii, więc nie mam przez to wielkiej spiny.

Adiós.

ps

Angielski bardzo się pogorszył, więc smuteczek. Nie mam tyle motywacji, żeby samemu siedzieć nad nim, może kiedyś będę miała.

PS

hiszpański online można znaleźć w wielu miejscach – w końcu miliony, jeśli nie miliardy ludzi, mówią w tym dziwnym języku (nie podoba mi się bardzo jego melodia). Mi za słownik służy zwykle translator (translate.google.pl)

za kurs supermemo: supermemo.net.pl udiach

przeglądam sobie strony el pais – http://elpais.com/ jedynej hiszpańskiej gazety, która jakimś cudem została mi w łepetnie po studiach

bbc http://www.bbc.com/mundo

http://www.bbc.co.uk/languages/spanish/

do tej pory prawie zrozumiałam jednego niusa, jarałam się tak bardzo, że nie mogłam spać!:)

 

mój udar

Kierowca po udarze

Published by:

samochód
samochód

z tego, co pamiętam, to zdjęcie zrobił mi przyjaciel zaraz po ty, jak zaczęłam samodzielnie jeździć samochodem

Dziś była u nas znajoma, zdziwiona, a może oburzona, że jej znajomy po trzech wylewach (udarach?), nie mówi, ale jeździ autem. Dba o siebie całkowicie sam, a jeździ autem.

Nie mogłam podzielić jej oburzenia, bo nie wiem jak jest. Wiem że wśród nas, udarowców, różnie bywa. Niektórzy z nas nie będą mogli nigdy wsiąść za kierownicę, niektórych łapią mdłości zanim auto ujedzie 20 metrów, inni jeszcze będą mogli pojeździć po bezdrożach Omanu, i ja – w to wierzę – należę do tych ostatnich.

Mogłabym wsiąść za kółko choćby teraz – nikt mi prawka nie odebrał, ręce i nóżki mam wystarczająco sprawne. Nie wsiadam jednak. Wiem, że moja koncentracja leży i kwiczy, a podzielność uwagi nie istnieje. Spowodowałabym stłuczkę na pierwszym ruchliwszym skrzyżowaniu, lub zabiłabym kogoś przy pierwszej nietypowej sytuacji na drodze. Nie ma co się spieszyć, bo gdy się człowiek spieszy, to się mechanik cieszy (wiem, suchar, ale prawdziwy) ( ;

Bóg jeden wie, jak mi brakuje jazdy autem. Ja to strasznie lubiłam i dobrze się czułam za kierownicą samochodu (rodziców, swojego się nie dorobiłam;p). Teraz, gdy mieszkamy na obrzeżach miasta, a ja nie mogę po prostu wsiąść i pojechać gdzie chcę, czuję się uziemiona.

Żeby zupełnie nie zapomnieć jak się jeździ, jeżdżę do sklepu i na przystanek autobusowy. Na początku zawsze z kimś, teraz zdarza mi się samej podjechać. Wiem, że okolica jest na tyle spokojna, że nic złego nie powinno się wydarzyć, a dzięki temu, jak będę próbowała prawdziwych wycieczek, nie będę przerażona.

Poznałam udarowców, którzy jeździli bez problemów, ludzie opowiadali mi o takich historie, żeby mnie pocieszyć, słyszałam też o takich, którzy wrócili za kierownicę, ale okupili to miesiącami cierpliwości i ćwiczeń.

Widząc w jakim jestem stanie, jestem pewna, że za kilka miesięcy, może pół roku, będę mogła pojechać na wielką wycieczkę samochodową. I będę kierowcą;) Bo póki co, jako pasażer czuję się nieustająco paskudnie. Kiedy zaczyna się robić coś, co może by niebezpieczne, ważne jest to, żeby racjonalnie się ocenić – nie przeceniać swoich możliwości, ale ich nie zaniżać. W tym może też pomóc ktoś trzeci, ale najważniejsze, żeby trzeźwym okiem spojrzeć na siebie i swoje możliwości. Ja się nie daję przekonać do dalszych wycieczek, ale  w końcu dam – wtedy jednak będę lepiej przygotowana, niż teraz.

NIC NIE ZASTĄPI ZDROWEGO ROZSĄDKU.

Na forach internetowych czytam historie ludzi, którzy uparli się, że wsiądą za kółko, mimo że nie byli na to gotowi i być może nigdy nie będą. Ci są tykającą bombą zegarową, i naprawdę lepiej trzymać ich z dala od kierownicy. I takich chorych, niestety, pewnie jest większość, chociaż rehabilitacja może zdziałać cuda – pozdrawiam pana Zbyszka, który w Konstancinie radził sobie lepiej ode mnie w każdej grze komputerowej!

Jeśli okaże się, że moja koncentracja jest gotowa, ale umiejętności mniejsze niż były, może pójdę na kilka jazd doszkalających – to żaden wstyd. Póki co czuję się jak mój własny dziadek, który nie jeździ już autem dalej, niż do najbliższych sklepów, dokładnie tak jak ja – bo ma takie problemy jak ja! Tylko wiek nie ten (w tym roku będziemy świętować jego 84 urodziny:) Ja mam nadzieję, że o tego czasu nauczę się znowu śpiewać i będę razem Janis śpiewać (lub raczej drzeć ryja na cały głos).

 

Wideo powyżej jest długie i nudne, mama kręciła mnie, żebym mogła pochwalić się bratu:) Jest dowód, że jechałam i nawet zaparkowałam – tyłem!

mój udar

Wsiadaj bracie, dalej, hop!

Published by:

Jeszcze pół roku temu uwielbiałam jeździć samochodem. Lubiłam nawet długie, dla wielu ludzi męczące podróże, lubiłam prowadzić auto i być wożoną:) Lubiłam czytać w podróży, obserwować krajobrazy, po prostu jechać Nie byłam rajdowcem, ale zwykłym, porządnym kierowcą, który jeździ pewnie (parkuje z dużą niepewnością). Nigdy nie było tak, że wracałam do domu i w ogóle nie jeździłam. A tutaj… Już kolejny miesiąc siedzę w Szczecinie, a na myśl o aucie wzdrygam się potężnie, bo przyjemności jazdy nie mam w ogóle z dwóch powodów:

Po pierwsze, sama (prowadząc) nie pojadę dalej niż do najbliższego sklepu, a i to zazwyczaj z duszą na ramieniu. Wynika to z wielkich problemów z koncentracją i podzielnością uwagi. Nie boję się o siebie, tylko że ktoś wyjdzie mi na drogę, a ja, nie zdążę go zauważyć, rozbiję sobie  (rodzicom) auto, a jemu głowę. To naprawdę paraliżujące i szczerze mówiąc nie wiem, jak to wyćwiczyć. Trochę gram w gry, żeby ćwiczyć podzielność uwagi, ale każdy kto się przesiadał z Need for speed do prawdziwego auta wie, że to nie to samo. Przy jeździe na rowerze jest podobnie. Nie wypuszczam się na ulice miasta, bo w sytuacjach, w których w zasięgu wzroku jest kilku użytkowników drogi, nie mogę mieć pewności, że zareaguję tak, jak ktoś zdrowy, kto umie jeździć na rowerze. To, że czasami z trudem trzymam równowagę, to zupełnie inna kwestia.

Po drugie, kiedy jestem pasażerem, zawsze, ale to zawsze, łapią mnie nudności. Mniejsze i bardziej dotkliwe. Niezależnie od tego, czy zaglądam do telefonu, czy próbuję patrzeć w punkt na linii horyzontu, jest źle. Gdyby to mijało zaraz po wyjściu z auta, byłoby pięknie. Czasem nie mija. Czasem trzyma mnie po kilka dni, w czasie których mogę jedynie leżeć i jęczeć, a moja dieta ogranicza się do sucharków i rumianku. Na to nie pomagają aviomariny, herbatki z imbirem i inne takie. To jest koszmarne. Jak mdłości są mniejsze, nawet po mnie nie widać, nie marudzę, ale każdy wie jak jest. Tylko babcia zawsze pyta, czy miałam mdłości. I zawsze się dziwi, że jednak miałam. Co na to neurologowie? Moja neuro powiedziała, że nie nazwalaby tego chorobą lokomocyjną, a inni nie wiedzą co powiedzieć, oprócz tego że tak to może być po udarze. No szpiedzy donoszą, że nie jestem jedyna na świecie z takim dumnym problemem.

W obydwu przypadkach mam nadzieję, że czas leczy dziury (w mózgu) i będę mogła jeszcze jeździć bez bólu i strachu. Pozdrawiam z trasy szczecin-torun-warszawa, guma złapała nad jechać w domu, mdłości poczekamy aż będziemy 20 m za chata.