Przyczyny udaru (IX): rozwarstwienie tętnicy szyjnej

Ktoś mi powiedział, że rozwarstwienie tętnicy szyjnej może być przyczyną udaru. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej przypadłości, ale się zdarza.

Rozwarstwienie tętnic dogłowowych w odcinku zewnątrzczaszkowym odpowiada za 2–3% wszystkich udarów niedokrwiennych i 20% incydentów niedokrwiennych w populacji osób poniżej 45. roku życia. Rozwarstwienie tętnicy kręgowej występuje stosunkowo rzadko, z roczną częstością 1–1,5 na 100 tys. osób, ale wiąże się z poważnymi konsekwencjami.

rozwarstwienie tętnicy szyjnejpiszą państwo lekarze-naukowcy w streszczeniu swojej pracy na ten temat. Ok, ja nie rozróżniam tętnic dogłowowych, więc zostańmy przy tętnicach szyjnych.

Te rozwarstwienie tętnicy szyjnej może nastąpić po urazie, ale też bez niego. Czytaj dalej

Mój drugi udar

bicyclewydarzył się, gdy z mamą uskuteczniałyśmy zdrowy tryb życia.

Pojechałyśmy na wycieczkę rowerową, miałyśmy w planach nieco ponad 30 kilometrów. Czerwona flaga, brak pogody na plażowanie, ale mnie jakoś morze uspokaja, jak nie ma przy nim tłumów. Było ślicznie, początkowo pachniało lasem, później morzem, na końcu mżawką, która nagle zmieniła się w ulewę.  Ok, zrobiło się zimno, ale jakoś się jechało.

Strasznie mi zdrętwiała lewa ręka, aż musiałam się zatrzymać, żeby ją rozprostować z pomocą prawej. Oczywiście myślałam, że jestem tak wydelikacona, że to przez ziąb.  Mama patrzyła

na mnie tymi przestraszonymi oczami, więc umówiłyśmy się że dojedziemy do Dziwnówka, zjemy rybę i ona pojedzie po auto. Dojechałyśmy do smażalni i mama uznała że nie będzie czekać, co było sensowne, bo obie ociekałyśmy. Postanowiłam, że jak wróci, to zadzwonimy do mojej neurolog zapytać o radę.

Zamówiłam rybę i sok pomarańczowy. I nagle zorientowałam się, że nie jestem w stanie go odkręcić, a potem, że nawet utrzymać w dłoni. No to było coś. Podeszłam do pani przy kasie i zapytałam

Przepraszam, czy opada mi pół twarzy?

DCF 1.0

DCF 1.0

a ona się rozchitotała. Sama wiem, że to było dziwne pytanie, ale potem powiedziałam jej, że chyba przechodzę udar mózgu i  wytłumaczyłam jej skąd wiem. Nie wiem jak, bo czułam się bardzo, ale to bardzo zdezorientowana i żałowałam już, że wysłałam mamę po auto. Kiedy zorientowałam się, że nie jestem w stanie odwinąć sztućców i ze jest coraz gorzej zdecydowalam, ze czas zadzwonic po pogotowie i sprawdzilam godzine z paragonu, zeby wiedziec mniej wiecej o której pojawily sie objawy. W zgłaszaniu pomagało pół smażalni Przystanek Alaska w Dziwnówku, bardzo wszystkim dziękuję za pomoc i życzliwość:)

ja: Dzien dobry, chyba przechodzę udar mózgu

pani: a skąd pani wie?

ja: bo kiedyś już miałam…

pani: kiedy?

ja:no z 2 lata temu

pani: a jakie ma pani objawy?

ja: no na pewno niedowład, ale nie straciłam przytomności.

Pani: no i co by pani chciała?

ja: …

Pani? Wezwać karetkę?

Ja: tak.

no i tu nastąpiła długa próba przypomnienia sobie i dowiedzenia się gdzie jestem. 

I udało się:) W momencie w którym pojawiła się moja rybka na stole, wróciła mama i zajechała karetka. Zostałam zbadana, pan ratownik bardzo ładnie się mną zajmował, jechałam częściowo na sygnale i wszystko pamiętam! Z karetki zadzwoniłam do braciszka, nawet na kamerze. I powiedział mi, że wygladam dużo lepiej niż za pierwszym razem i żebym się nie bała.

Oczywiście że się bałam, ale nie śmierci, tego się raczej nie boję, ale tego, że znowu czeka mnie mnóstwo pracy i że drugi udar jeszcze bardziej mnie zdołuje. I mój powrót do świata aktywnych pewnie znowu się odwlecze o kilka lat. Bardzo się tego bałam i dalej się boję.

pogotowieW szpitalu pamiętam wszystko jakby mniej. wszystko mnie irytowało, Bo już byłam zmęczona naprawdę i coraz mniej potrafiłam sobie przypomnieć. Oczywiście powiedziałam wszystko, co pamiętałam… W końcu się pani doktor zdecydowała się na trobolizę. Objawy trochę mi się zmniejszyły, ale nie do końca, a skany głowy nie były tak  czytelne, bo nie było wiadomo, które ubytki są nowe, a które stare, i nie wiadomo było zbyt wiele. ile razy słyszałam w tym szpitalu „no nie widziałam/em pani przed udarem”, nie policzę.

Koniec końców nawet nie zauważyłam kiedy podano mi trobolizę na którą zgody nie pamiętam, ale pewnie ją wyraziłam, a kiedy tata, mama i ich przyjaciel stali patrząc na mnie tym wzrokiem. I poszli. A ja zostałam namówiona na tabletkę nasenną i spałam świetnie.

PS

Nie jestem lekarzem, ale rozonałam u siebie udar po niedowładzie i „dziwnym” czuciu się. Świat nie wirował, ale był odrobinę inny.  I wiecie, jak trudno wytłumaczyć to lekarzowi? Rozmowa kwalifikacyjna to przy tym pikuś.

 

spastyczność to nie tylko ręka! spastyczność w nogach też jest paskudna

Pisząc o spastyczności, skupiam się na swojej lewaczce ( ; ale spastyczność to może się pojawić również w innych częściach ciała. W tym nogach. Część udarowców, ale i chorzy na SM i dziecięce porażenie mózgowe pewnie wiedzą o niej dużo więcej.

Pewnego razu, kiedy pisałam o spastyczniejącej łapie, ktoś mnie zapytał (pozdrawiam!) a co z nogami? Boli? Gdzie w ogóle kupujecie buty?

Spastyczność nogi lub nóg jest też problemem. I chodzi w niej z grubsza o to, o co w spastyczności rąk:

według klasycznej definicji Lance’a (1980) spastyczność charakteryzuje się nadmiernym oporem na rozciąganie mięśnia zależnym od szybkości rozciągania, wynikającym z braku hamowania odruchu rozciągowego z powodu uszkodzenia górnego neuronu ruchowego[

Za wikipedią:)

Tyle klasycznej definicji, lepiej wpisać w googla i wejść na grafikę. I zobaczyć jak niekomfortowo to wygląda, zwłaszcza w przypadku stóp, choć i cała noga, wykręcona nie wygląda dobrze.

spastyczność stóp

Często (zazwyczaj?) boli, powoduje problemy przy chodzeniu, wtedy mój wpis o chodzeniu na spacery można wyrzucić do kosza pewnie. I jeszcze dobór obuwia. Specialistyczne=bardzo drogie, niestety. Są sklepy, które proponują obuwie nie tylko w rozmaitych rozmiarach, ale i tęgościach.

TĘGOŚĆ STOPY – zespół wymiarów obwodu stopy w przedstopiu i przez podbicie oraz szerokości stopy w przedstopiu i pięcie, zmierzonych na osobie stojącej, przy ciężarze ciała równomiernie rozłożonym na obie stopy.

A jak z tym walczyć… Ech, no. Ćwiczenia i medykamenty, jak w przypadku rączki. Znalazłam taką fajną publikację, dla chorych na stwardnienie rozsiane, może można coś dla siebie wybrać – tam są proste ćwiczenia na spastyczność wszystkiego, od głowy po stopy. Oczywiście nie polecam robić ćwiczeń samodzielnie, zawsze lepiej to skonsultować z fizjoterapeutą, nie chcę mieć nikogo na sumieniu!

Dodam jeszcze małe post scriptum. Jeden z fizjoterapeutów powiedział mi, że jego pacjenci z SM popalają sobie marihuanę. Nielegalnie, ale podobno twierdzą, że na dobrze na nich działa zmniejszając napięcie mięśniowe. Ale ćśśśś, nic nie mówiłam.

Szczerze mówiąc, gdybym miała duże problemy ze spastycznością, to bym próbowała i tego. Nawet za cenę faktu, że dziury w mózgu mogą się od trawki powiększyć. Chyba. Nie wyobrażam sobie ciągłego życia w bólu wynikającym z napięcia. Bo pamiętam, że przez tygodnie, kiedy miałam bardziej spastyczną rękę (nawet nie bolała mocno!), czułam ją na okrągło. To tak, jakby cały czas myśleć, że się oddycha. I czuć nos. I powietrze wypływające z niego. Taaak.

Dlatego zastanawiałam się nad lekarstwami. Ale one mają wiele skutków ubocznych, podobno jest się po nich sennym… Jeszcze bardziej? No koszmar! dziękuję, postoję! Mi choroba na to pozwala. W końcu samo zelżało.

Na szczęście. wszystkim życzę podobnego szczęścia… Ale cudów nie ma, u mnie napięcie jest lekkie, dyskomfortowe, z łatwością otwieram dłoń. Więc nie polecam mierzyć cudów moją miarą.

Pamiętać tylko trzeba, że spastyczność to nie jest problem wyłącznie mięśni i komfortu, może prowaadzić do osłabienia więzadeł, a nawet ich zerwania! no, to:

poinformowałam,

przestrzegłam,

doradziłam (nie stosujcie tego w domu!)

i wracam do życia:) Miłego poniedziałku;)

 

Jestem trochę ćpunem – leki po udarze

tabletkiBardzo dziwne jest dla mnie to, że choć żadne lekarstwo nie zwróci mi martwego mózgu i tak od 21 grudnia wzięłam setki (jeśli nie tysiące pigułek) i zastrzyków.

Ich lista nie jest aż tak imponująca, jak myślałam – właśnie ją zrobiłam i  liczy najmniej 30 preparatów. Nie włączam w to leczenia trombolitycznego, wszystkie kroplówki liczę jako jeden i wszystkie przeciwbóle liczę jako jeden. I te same preparaty pod różnymi nazwami też policzyłam jako 1.

Lekarstwa mogę zasadniczo podzielić tak:

  1. leki i zastrzyki przeciwkrzepliwe i kardiologiczne – żeby we krwi nie robiły się już żadne skrzepliny wędrujące z serduszka do mózgu.
  2. suplementy, leki i zastrzyki i kroplówki przywracające odpowiedni poziom różnych pierwiastków, cholesterolów, witaminek itp.
  3. leki przeciwdepresyjne, w tym na przewlekły ból głowy.
  4. leki na różne świństwa, które przypałętały się do mnie w szpitalach – od wymiotów, przez hemoroidy, po zakażenie układu moczowego.
  5. leki osłonowe – żeby inne leki nie robiły tak dużej szkody!
  6. leki przeciwbólowe, które, jeśli dobrze pamiętam, na obrzęk mózgu działają tak sobie.
  7. lekarstwa i kroplówki z pierwszego szpitala, których nazw i przeznaczenia nie znam, a które na pewno mi podawano, np. żeby obrzęk mózgu zszedł. Może w wypisie ze szpitala są ich nazwy, ale jest tam miliard słów, których nie znam i nie mogę się ich doczytać – dlatego liczba 26 może być dużo większa:)
  8. leki prokognitywne – mają niby wspomagać funkcje poznawcze i pomagać w myśleniu.
  9. grupa leków które wyczytałam w wypisach, ale nie mam pojęcia na co są.
  10. leki nasenne – choć ja sporadycznie dostawałam nie nasenne, tylko w małych dawkach takie, które ułatwiały zasypianie. Bez sensu bo znałam je wcześniej i lekarz mówił o dawkach 4x większych niż to, co dostawałam w szpitalu.

dużo tego jest, bardzo dużo. Obecnie dziennie biorę 6 tabletek i żadna z nich nie powstrzyma spastyczniejącej łapy i nie wróci mi mózgu, a wszystkie są potrzebne, choć nie tak, że po ich odstawieniu miałabym natychmiastowo się narazić na kolejny udar. Nie chcę jednak się narażać i grzecznie łykam co każą, choć mózgu mi to nie zwróci.

Moim największym lekowym rozczarowaniem są szpitalne leki przeciwbólowe, które nie łagodziły bólów na tyle, żeby było dobrze (z tego co pamiętam). największą zaś nadzieją, jest to lekarstwo prokognitywne. Choć niektórzy w nie nie wierzą, mówią, że ‚stare baby masowo to łykają i studenci w czasie sesji, ale to nie bardzo działa’, jestem bardzo ciekawa efektów.

Branie lekarstw to uciążliwy obowiązek. Trzeba o nich pamiętać. Trzeba pamiętać o odpowiednio wczesnym pójściu do lekarza po receptę. Trzeba ich szukać po aptekach lub zamawiać – rzadko się zdarza tak, że idę do apteki, kładę receptę na stół, płacę i wychodzę z lekarstwami. Czasem znaleźć je jest strasznie trudno – spróbujcie znaleźć zastrzyki przeciwzakrzepowe, których nigdzie nie ma, nawet w hurtowniach – powodzenia. I kosztują. Część, nawet po refundacji jest bardzo droga dla przeciętnej kieszeni, inne kosztują kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, więc miesięcznie na pewno przeszło stówkę się wyda w tańszym okresie – ta stówka wciąż nie zwróci mi mózgu.

poza tym, na każde wyjście do lekarza muszę brać ostatni wypis ze szpitala, lub ewentualnie listę leków. Nie chciałabym przecież, żeby maść na kręgosłup  wchodziła w złe interakcje z moją aspiryną cardio, prawda?

Wolę też nie myśleć o mojej biednej wątrobie, o obciążonych jelitach… Jakoś tak jestem dziwnie przeświadczona, że część moich mdłości jest przez to, że organizm został nadwyrężony przez lekarstwa, jeśli nie te brane przeze mnie teraz, to przez te, które były ‚cięższe’.

W moim ‚pudelku na leki’ jest mnóstwo pigułek i trochę zastrzyczków – tych wykupionych i jeszcze niewykorzystanych, oraz tych, które zostały, po odstawieniu. W osobnym pudełku mam po listku lekarstw, których aktualnie biorę. W szpitalach jest łatwiej – przynoszą ci wszystko, łykasz i po sprawie. 2 razy zapomniałam o lekarstwie – pielęgniarki ganiały za mną, żeby sprawdzić, czy ładnie wszystko zjadłam, aż do końca mojego „turnusu”;)

Czekam na dzień, kiedy będę mogła nie wziąć niczego. Albo tylko aspirynkę, którą pewnie będę łykać do końca życia, niech jej będzie, choć mózgu mi nie zwróci.