weź spróbuj sobie czegoś zabronić…

jagody z cukrem i bułką tartąweź spróbuj sobie czegoś zabronić. Spróbuj zabronić sobie buraka. Cały dzień będziesz myśleć o buraku, mimo że burak nie jest atrakcyjny przecież. Serio, serio – M. Halber, Najgorszy człowiek na ziemi.

Nie prawda? To chyba dlatego odchudzanie jest takie ciężkie. Nie trzeba być nałogowcem, żeby wiedzieć, że ciągnie nas do tego, czego nie możemy. Jak sobie nie odmówić czekoladki?

w styczniu udało mi się zrzucić tylko 1,5 kg z grudniowej nadwyżki.

po udarze spróbuj sobie zabronić czekoladki, fajeczki, kieliszka, coli, wyjścia do ludzi, długiego siedzenia po nocy… (;

brak apetytu po udarze i milk-shake który ratuje życie;)

Moi rosmothie banana spinachdzice wspominają, że po udarze nie chciałam niczego jeść. Przez pierwszy okres, leżenia pod intensywną opieką, absolutnie niczego, Ja też pamiętam ten brak apetytu. Potem miałam ochotę na jedzenie raz dziennie – późną nocą/wczesnym rankiem, koło 4. i wtedy (niemądrze! głównie przez to, że rano czasem są zastrzyki. I przeszkadzałam innym…) jadłam. A przecież jedzenie jest bardzo ważne. Bez dobrej diety, komórki nie będą się odbudowywać tak dobrze.

Żebym przyjmowała coś do organizmu, tata robił mi milkszejki. I pilnował, żebym je wypijała. I jakoś szło:) Może nie na raz wypijałam całą butelkę, ale jakoś szło.

przepisy tatowe są proste. Mleczko+banan+kiwi+pomarańczka na przykład. Banan jest ważny, bo ma dużo kalorii, a przy tym mnóstwo witaminek i minerałów, w tym mnóstwo potasu( ;

Nie polecam cukrzykom, cała reszta udarowców może się nim ratować w okresach braku łaknienia:)

Mój brak apetytu przeszedł stosunkowo szybko. Niektórzy udarowcy mają z tym problem bardzo długo. W dyskusji, w której uczesniczyłam, mnóstwo osób narzeka na ten problem. Wypowiadał się tam też pan, który nawet 8 lat po udarze ma właśnie takie problemy.

Ja widzę, że jem teraz dużo mniej, niż przed udarem, ale nie jest to jakiś wielki problem, bo mam nieustający problem z nadwagą. I cały czas mam ochotę na czekoladę. Mam wrażenie, że mogłabym zjeść jej 5 kilo dziennie… Teraz nie jem jej w ogóle już od kilku dni i obsesyjnie o niej myślę(; taki smutny odwyk. w każdym razie muszę pilnować, żeby od czasu do czasu coś zjeść, bo pusty brzuszek u mnie oznacza natychmiastowe mdłości. lepiej coś sobie zjeść;) smacznego!

pierogi z truskawkami

już w porządku, mój żołądku

Po udarze stała się rzecz zadziwiająca – mój układ pokarmowo-trawienno-wydalniczy (i pewnie wątroba) zwariował. Nie mogę jeść wielu rzeczy, na szczęście głównie niezdrowych, na nieszczęście – głównie takich, które lubię, na szczęście w małych ilościach przejdą.  Nie dlatego, że wymiotuję. Dlatego, że mam po nich koszmarne mdłości (jak podczas złej jazdy autem).

Mam problemy z rzeczami ciężkostrawnymi, a w szczególności smażonymi na tłuszczu, słodyczami i kawą. Dziwota.

Ale sytuacja przypomina mi prawdę życiową, którą kiedyś przekazał mi tato, próbując przestrze mnie przed zgubnymi skutkami naużywania alkoholu: pamiętaj, możesz wypić na raz nawet litr wódki. Umrzesz dopiero po godzinie.

Mogę zjeść nawet i trzy schabowe z głębokiego tłuszczu, kara będzie oddalona w czasie. Do wieczora lub nawet południa następnego dnia. Mogę zjeść i milion Snickersów (co kiedyś nie byłoby większym problemem), ale cierpieć będę dopiero następnego dnia. I będę cierpieć długo i boleśnie. Mogę wypić kawę, ale jak się źle poczuję, to nie ma zmiłuj. muszę szczególnie uważać, żeby nie pić kawy przed podróżą samochodem. Wtedy mam jazdę bez trzymanki.

Od tych mdłości się nie wymiotuje, od nich się cierpi i jęczy i nicnierobi.

Przy tych produktach, które lubię, a które mi szkodzą, mam taki sposób działania: najpierw chwilę słucham swojego organizmu, jak w danej chwili czuję. Potem zastanawiam się, jak intensywne mam plany na resztę dnia. Potem decyduję o porcji albo o jej braku. Już mam pewien przećwiczony pewien zestaw ilości, które nie powinny mi zaszkodzić. 2 kawałki ciasta. Jeden batonik. Mały babciny schabowy. Kawa jest nieprzewidywalna, ale nie ma mowy o powrocie do dawnych pięciu kawek dziennie. Obiad czasem dzielę na dwa – jem malutko, słucham organizmu  czy pozwala na więcej i jeśli pozwala, jem więcej.  To czasem intuicja, czasem mam podstawy. Dziś lekkie, domowe warzywa faszerowane, ale wiem, że nie mogę więcej. Zjadłam kawałek i wiem, że jak zjem więcej to będę płakać. Spróbuję za dwie godzinki poniższego pysznego dania

paprica filled with rice

Wiem, że wiele osób może mieć podobne dolegliwości, ale u mnie to zmiana poudarowa i nie od samego udaru chyba.

Wydaje mi się, że to od chorych ilości lekarstw, które przyjmowałam i dalej przyjmuję (w najbliższym czasie będzie o tym notka). Przewrażliwiły mi żołądek. Albo jelita. Albo wątrobę. Albo wszystko na raz.

Jedno jest dobre – wiem zazwyczaj, czy źle się czuję od auta, od jedzenia czy ze zmęczenia. A coś innego jest dziwne – jem mniej, zdrowiej, uważniej, a i tak nie chudnę.

Lekarka rodzinna poleciła osłonkę gastro, ale ile można przyjmować kolejne specyfiki? Ja po raz pierwszy w życiu staram się słuchać organizmu i go rozumieć. Nawet jeśli czasem go nie rozumiem, liczę na to, że już za jakiś czas, będziemy się rozumieć z moim ciałem bez słów.

Gdzie nie powinnam chodzić na randki?

toilet paperJak tylko zaczęłam jeść, okazało się, że przy jedzeniu zawsze coś mi wypływa po lewej stronie. Wycierałam to i jadłam dalej, bo co zrobić? Myślałam, że przejdzie. Nic jednak samo nie przechodzi i dalej muszę jeść uzbrojona w chusteczki. Może wypływa mi trochę mniej, ale wciąż wypływa. Widzę poprawę w tym, że już rzadko spływa mi coś do brody. Może trochę mniej się wymyka, może szybciej reaguję na zagrożenie i wycieram buzię. Nie wkurzam się, kiedy ktoś mówi, żebym wytarła buzię, bo wiem jak jest. Jest mi tylko trochę wstyd.

Z drugiej strony, oczywiście mogło być dużo gorzej. Nie zauważyłam u siebie ślinienia, które jest częste u udarowców. Już sobie to wybrażam, siedzę koło chłopca który mi się podoba, a tu kap kap kap po koszulce, a zanim znajdę chusteczkę i po spodniach. A tak muszę po prostu unikać randek i biznes lanczów.

Ślinienie u udarowców wynika zwykle z osłabienia mięśni twarzy (zgaduję że głównie okrężnego twarzy), czyli sporo można samemu wyćwiczyć, o ćwiczeniach, które wykonuję, pisałam tutaj i tutaj. Ze wstydem przyznam, że już jakiś czas nie ćwiczyłam buzi, ale już dziś zrobię secik, a co.

PS

właśnie (po miesiącach od publikacji wpisu) znalazłam fachowy termin na ten problem. jest to po prostu (z angielska) leaking;)

Pij żelazo, póki nęcące! (niech i tak będzie)

smoothie banana spinachStara mądrość głosi, żeby nie chodzić do lekarzy, bo na pewno wynajdą ci jakąś chorobę. A jeśli nie ma takiego powiedzenia, na pewno powinno istnieć.

Tydzień temu położyłam się w szpitalu bez anemii, wyszłam z anemią z niedoboru żelaza. Podobno była tam wcześniej, ale jakoś wcześniej umykała wszystkim pośród tych dziesiątek badań krwi;)

Tym samym stałam się jednym ze szczęśliwców, którzy w wypisie ze szpitala mają jednocześnie „dietę z redukcją tłuszczy zwierzęcych, cukrów prostych, soli, itd…” i „duuuużo mięcha czerwonego i innego żelazaaaaaa!”

Najgorsze jest to, że niedobór żelaza może przyczyniać się do udarów – więc do mojego całego obciążenia dodaję niedokrwistość, kolejne dwie pigułki i po raz kolejne modyfikacje diety.

Zainspirowana przepisem z Kwestii Smaku, który był zbyt skomplikowany jeśli chodzi o składniki – do mleko kokosowe musiałabym jechać daleeeeeko, wykombinowałam przepyszny (!!!) koktail (smoothie, żeby zabrzmieć bardziej światowo) bananowo-szpinakowy. MNIAM MNIAM!

smothie banana spinach

Skłaniki:

1 banan

trzy garście świeżego szpinaku

odrobina mleka

dwie czubate łyżki jogurtu greckiego

sok z połowy cytryny (albo trochę więcej)

niecała łyżka miodu.

(kawałeczek imbiru – pyszne jest i z imbirem, i bez imbiru)

Co trzeba obieramy i myjemy. A potem wrzucamy wszystko razem do naczynia i blendujemy (oczywiście lewą ręką). Później pijemy i dziękujemy losowi, że na waszej drodze postawił ten przepis. Mi wyszło idealnie – to połączenie słodkiego z kwaśnym i świeżością! Moim zdaniem fajniej jest, jak koktail jest bardziej kwaskowy, niż słodki – jest ciekawszy niż przesłodzone koktaile cukrowo-owocowe.

Na pewno jakby dorzuciło się do tego orzeszki, to wciąż byłoby pysznie i zdrowo.

Próbowałam najpierw zrobić z niego napój „piętrowy” – najpierw wlać do szklanki część białą, potem zieloną, ale źle przekminiłam proporcje i wszystko się zmieszało, jednak zanim to nastąpiło, spróbowałam samej części szpinakowej – była zaskakująco smaczna! (szpinak, jogurt, cytryna)

I banany, i szpinak mają relatywnie dużo żelaza. Oczywiście dużo mniej niż wątróbka i inne wołowiny, ale wciąż więcej niż większość produktów, więc zachęcam do kombinowania z nimi i życzę smacznego!

 

A z marchewki zupa marchwiowo-imbirowa! Przepis

Lubię marchewki. Surowe, sokowe, zupowe, tarte z jabłkiem, w ciastach, z piekarnika, nawet lubię na nich jeździć…

 

hitchhiking on carrots

tak, to ja!

Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać do tego, że marchew to dla udarowca samo dobro… MIĘDZY INNYMI je się ją przy cukrzycach (ale surową, ze względu na IG), miażdżycach, ma dużo przeciwutleniaczy (neutralizują wolne rodniki), witaminek – mnóstwo, również z grupy B (!), C, E, K, H i kwasu foliowego – który zbawiennie działa na układ nerwowy (łykam go codziennie!), bardzo dużo beta-karotenu i tak dalej….

Ostatnio w lodówce miałam niewiele ponad marchewki i musiałam zrobić coś obiadowego. Tak więc powstała moja pierwsza – i od razu pyszna jak z restauracji – zupa marchewkowa. Powtarzałam ją kilka razy i za każdym razem była udana i smakowała wszystkim wokół. Polecam!

carrot, garlic, imbir

Oto potrzebne składniki:

– 6 sporych marchewek

-5 ząbków czosnku;

– bulion warzywny/bulion z kostki;

– kilka cm korzenia imbiru – sporo całkiem/imbir w proszku

– ostra papryka świeża/w proszku

– trochę oliwy;

– sól i pieprz;

– łyżka mascarpone (idealnie się tu sprawdza jako zabielacz)

– kukurydza do robienia popcornu.

Z powyższych składników wyjdzie nawet więcej niż 6 takich małych talerzyków jak na zdjęciu. Można zupkę zrobić z dwóch marchwi i dwóch ząbków czosnku. 

Co się da, myjemy i obieramy i siekamy (wyciskamy) na drobne kawałki.

Czosnek i paprykę wrzucamy na gorący olej, a po kilku sekundach dorzucamy do tego cały imbir. Trochę to trzymamy na ogniu, tylko trzeba uważać, żeby nie przypalić czosnku, bo spalony czosnek jest niedobry i zabije inne smaki. Do tego wrzucamy marchew i zalewamy bulionem – tak, żeby był kilka cm ponad marchewkę, solimy i pieprzymy, jeśli bulion był bez soli, na dużym ogniu gotujemy wszystko. Można trochę pogotować wszystko we wrzątku. I zmniejszamy ogień pod garem i gotujemy dalej jakieś pół godziny.

Po wszystkim całość blendujemy, dodajemy łyżkę mascarpone i mieszamy dokładnie. Próbujemy. Jeśli uważamy że jest mało ostre/imbirowe – doprawiamy papryką/pieprzez/imbirem w proszku. Uwaga! łatwo przesadzić z imbirem.

Można podać bez niczego, pyszniej będzie z groszkiem ptysiowym lub grzankami, ale rewelacyjnie do podania nadaje się świeży popcorn.

carrot soup

Smacznego!

to jest przecież makrela, ela, ela

IMG_20150524_112813 (1)Z różnych przyczyn nie ma szans, żebym samymi obiadami wyrobiła tygodniowe minimum o którym pisałam tutaj, więc zaczęłam kombinować. Na pierwszy rzut poszła makrelka wędzona, pyszny dar matki natury.

Internet jest pełen różnych przepisów na pastę z makreli, chyba po prostu każdy, kto jadł ją w dzieciństwie ma swój. Mnie mama nie karmiła makrelką zbyt często, więc musiałam sobie coś sama wykombinować i wyszło przepysznie.

Przydadzą się:

jedna makrela (moja ważyła 300 g),

2 łyżki jogurtu greckiego (inny gęsty też pewnie się nada)*

odrobina chrzanu

 4 kawałki pomidora suszonego**

szczypiorek

a z przypraw

sól

pieprz

słodka papryka

I jedziemy: trzeba obrać makrelę i ją odościć, suszonego pomidora i szczypior posiekać na bardzo małe elementy, połączyć to z resztą przygotowanego dobra za pomocą widelca (trzymanego w lewej ręce! oczywiście), można gnieść, rozcierać, a nawet trochę podjadać. Wyjdzie nam nieatrakcyjna z wyglądu breja, czyli pasta rybna.

Nakładać na chleb i wcinać ze smakiem. A jeśli będziecie mieli niespodziewanego gościa, to można go (ją!) poczęstować pastą razem z krakersami, nada się zamiast czipsów, których osoba po udarze lub jej opiekun na pewno nie ma w domu ;)

* Większość podobnych temu przepisów zamiast jogurtu poleca majonez, ale mi nie chodzi o to, żeby od nowa zapychać sobie żyły…

**Wg tego artykułu Suszone pomidory mają podobno więcej likopenu niż świeże, a likopen to dla osoby po udarze samo dobro. Nie dość, że ma właściwości antynowotworowe (5 minut próbowałam przesylabować to słowo), to poprawia funkcjonowanie układu krwionośnego, zmniejszając ryzyko udarów i zawałów serca! Ponadto działa hamująco na syntezę złego cholesterolu, więc dziwię się, dlaczego na neurologii nie dostawałam rano zamiast zupki mlecznej słoika suszonych pomidorów albo przynajmniej szklanki soku pomidorowego.

jest i BONUS: oddzielenie części jadalnych od niejadalnych ryby jest naprawdę dużym wyzwaniem, nawet używając obu rąk czułam opór materii. Moim zdaniem to dobre ćwiczenie na poranną rozgrzewkę.