mój nowy prawie ulubiony fizjoterapeuta:)

Kolejny szpital to kolejni fizjoterapeuci i kolejne podejścia do fizjoterapii. Zestaw który opiekował się nami w szpitalu był naprawdę dobry. Oddział miał trzech fizjoterapeutów, którzy pracowali z nami. Rehabilitację miało się dwa razy dziennie, przed południem i po południu. w nawet w sobotę!

Pierwszym z fizjoterapeutów, który do mnie przyszedł, był pan Krzyś, bez wstawania, butelka była moim  narzędziem, kozłowałam piłką z łóżka! Ten udar był mały i tylko słabsza była ręka, i ta noga…

Cóż, nie będę pisać o wszystkich ćwiczeniach, powiem o tym, dlaczego polubiłam pana Krzysia. Chyba lubię ludzi, którzy są bardzo wymagający. Ćwiczyłam chętnie, jak zazwyczaj, ale pan Krzyś był wymagający. Fizjo, ale też usportowiony. Jeden sport walki plus crossfit. Trochę metod treningowych używał na mnie. A ja chyba lubię, jak ktoś jest wymagający i zna się na rzeczy.

Przez ostatnie dni mówiłam do niego z uśmiechem ‚trenerze’. Wiecie, pan Krzyś to był facet. Na pewno lubił sport i stawianie ludzi na nogi. Lubił pogadać o sporcie z innymi mężczyznami, których rehabilitował, słuchał o moich sportach, chciał spróbować jogi:) Pokazałam mu psa z głową w dole, tzn. wytłumaczyłam. Downward Facing Dog

A on od razu zaczął pytać ile tak stoimy na zajęciach. Rzuciłam ‚nie wiem, może z pięć minut’. A on pięć? to i ja muszę! I stał 5 minut w psie z głową w dole:) Nie był to najpiękniejszy pies którego widziałam, ale cieszył się jak dziecko. Później się chwalił, robiliśmy kilka innych pozycji, sam się nauczył pozycji kruka, której w życiu nie zrobię:)) To było naprawdę fajne.

No polubiłam faceta(: jeśli kiedyś tu trafi to chciałabym, żeby wiedział, że jestem wdzięczna:) pozostałym terapeutkom będę wdzięczna w innych notkach, w tej dziękuję panu Krzysiowi:)

ps

„prawie” z tytułu notki jest oczywiste chyba, po fizjoterapeutyczne pierwsze miejsce w moim sercu zawsze będzie zajmować pani Madzia.

narzekanie – o nie!

with left handWydaje mi się, że nie jestem z tych narzekających. To znaczy, że jak zapytasz mnie co słychać, zazwyczaj uczciwie powiem. „jest ok” lub „nic dobrego”, zazwyczaj po prostu powiem „jest tak sobie” albo „jest normalnie”. Bywało lepiej, ale bywało gorzej. Tak jest uczciwie.

Oczywiście też czasem się pożalę, bo co, no jestem człowiekiem. Ale uważam, żeby nie popadać w przesadne użalanie się nad sobą i mówienie o wyłącznie złych stronach życia, staram się zawsze dodać to „ale”. Albo powiedzieć moje (czy raczej nasze licealne) „dobre to i złe, jak wszystko w życiu”. Tak jest uczciwiej.

Jak mam bardzo zły okres w życiu, jak jest mroczniej niż zwykle mogę się żalić bardziej niż zwykle. Pilnuję się jednak, żeby nie popadać w narzekactwo. To nic nie daje:) Skupiajmy się na konkretach  i sposobach na ich rozwiązanie.

To, że jestem czarnowidzem i pesymistą to odrębna sprawa. Nie widzę powodu, żeby zarażać innych moim czarnowidztwem i od rana narzekać na pogodę, kolejki do specjalistów i fakt, że pocałowana żaba znowu nie zamieniła się w księcia.

Ostatnio trafiłam na ciekawy artykuł. Postawiona jest w nim hipoteza, że uczymy się narzekania. Tak ładnie mi to pasuje do rehabilitacji. Wiecie, ćwiczymy tyle, żeby stworzyć i utrwalić nowe obwody neuronalne. Albo uaktywnić już istniejące (nie wiem!). I jak narzekamy często to też „przyzwyczajamy” mózg do tego. I koniec końców łatwiej nam powiedzieć „strasznie dzisiaj wieje:(” niż „ale ładne słoneczko!:)”, nawet jeśli dwie informacje są prawdziwe.

Bradberry porównuje to do budowy mostu: bez sensu byłoby tworzyć most tymczasowy za każdym razem, kiedy musimy przejść przez rzekę, zdecydowanie lepiej jest zbudować jeden, trwały most. Podobnie działają neurony: zbliżają się do siebie, a im bardziej, tym połączenia między nimi są silniejsze.

Często narzekanie przeprogramowuje twój mózg tak, by w przyszłości było to łatwiejsze. W efekcie po jakimś czasie odkryjesz, że łatwiej ci być negatywnym niż pozytywnym, niezależnie od tego, co się wokół ciebie dzieje. Narzekanie staje się twoim "domyślnym" zachowaniem, co wpływa na odbiór twojej osoby u innych.

To jednak nie wszystko, podkreśla Bradberry. I wskazuje, że według badań naukowców z Uniwersytetu Stanforda narzekanie zmniejsza hipokamp – część mózgu odpowiedzialną m.in. za rozwiązywanie problemów, inteligencję i pamięć.

W artykule z którego pochodzi cytat jest więcej ciekawostek, polecam!

Bo wiecie co? Każdy tak naprawdę wie, że życie po udarze jest niefajne. Że rząd nie jest fajny, a pływacy na olimpiadzie dali ciała. Ale jak by nie było, lepiej to obśmiać.

Prawda jest taka, że codziennie mogłabym wam tutaj narzekać na coś związanego z udarem. Każdy z nas mógłby, każdemu będzie ciężko i źle czasem albo i często. Ale nie fiksujmy się na tym. Próbujmy przynajmniej. Żeby do tych złych rzeczy, sztywnych łap i wózków na których jeździmy nie dodawać jeszcze połączeń neuronalnych które ułatwią nam narzekanie i jeszcze lepsze narzekanie. Uwaga na to!:)

jestem oazą spokoju

relax, meditation, acceptancewiecie co, wczoraj (już przedwczoraj) zepsuła się lokomotywa w pociągu, którym jechałam. Podróż przeciągnęła się do 11 godzin (zamiast 6) i uświadomiłam sobie ważne rzeczy.

Jestem superemocjonalna, ale.. mimo to stałam się oazą spokoju.  Byłam chyba jedyną spokojną osobą w pociągu. Patrzyłam na ludzi, którzy wydzierają się na konduktorów, chodzą po pociągu szukając  kogoś, komu można się pożalić na los. Ja byłam rozdrażniona, ale nie miałam żalu do losu.

Kiedyś tak nie było. Doskonale wiem, co mnie zmieniło.

Udar.

To doświadczenie pokazało mi, że tak naprawdę nie jesteśmy sobie ‚sterem, żeglarzem i rybą’. Serio. Jednego dnia można jechać do domu na święta, a zamiast   tego trafić na SOR. Rzeczy, na które nie mam wpływu, odpuszczam. Nie ma się co szarpać. Można się starać z całych sił, ale na moc ślepego losu nie ma siły.

wkurzanie się na zepsutą lokomotywę, deszcz, który popsuł nam plany na weekend, czy udar, nie ma sensu. Nic się z tym nie zrobi, a złość piękności (i zdrowiu) szkodzi. I nawet się nie przejmuję. Naprawdę dużo mniej rzeczy wyprowadza mnie z równowagi.

Poza tym, obojętnie jak by nie było, zawsze może być gorzej. e

To też jakaś pomoc w przetrwaniu… Podejście pracuję dużo, ale ‚biorę co los da’ to chyba jedna z bardzo niewielu pozytywnych zmian które nastąpiły po udarze. Bez tej akceptacji istnienia ślepego losu/boskiej woli/pecha/kolei rzeczy byłoby dużo gorzej:)

PS

do listy miast, które odwiedziłam, dołączam Łowicz!:P

dworzec w łowiczu

Dziękuję moim przyjaciołom. Są najlepsi na świecie.

DSC_0193

część jedzenia, które zrobiłam (z pomocą!) na przyjęcie wydane w podziękowaniu dla moich kochanych gości. Zaproszeni byli tylko ludzie, którzy mnie odwiedzili w szpitalu. I dobrze, że nie wszyscy mogli wtedy przyjść, bo by się nie pomieścili na chacie;)

Osoba po udarze jest często zupełnie zależna od rodziny (to można poczytać o mojej mamusi, tacie, i Radku, zwanym również ostatnio Ryjem Niemytym). Ale czasem równie ważni są przyjaciele.

W moim przypadku byli tak ważni, że nie mam pojęcia, jak bym przetrwała, pierwsze, najcięższe miesiące w szpitalu, które były naprawdę ciężkie. Bez przyjaciółki prawdopodobnie w ogóle bym nie przeżyła.

To Stefan znalazła mnie w łazience, to ona, a nie mój ówczesny chłopak, pojechała za karetką do szpitala, to ona powiedziała lekarzom, na co choruję, to ona zaalarmowała moich rodziców, żeby mogli się zjawić u mnie tej samej nocy. I to ona była organizatorem mojego pierwotnego szpitalnego życia towarzyskiego:) Tak doskonałym, że lekarze nie mieli za dużo pretensji o pielgrzymki na mojej sali. Stefan była i jest kochaną przyjaciółką i powierniczką, której teraz jeszcze zawdzięczam życie i pierwsze poudarowe uśmiechy. How cool is she? ((:

Resztę przyjaciół mogłabym tu wymieniać po kolei, chciałabym każdemu poświęcić wpis, ale chyba życia by mi nie starczyło, gdybym miała wszystkich tych kochanych ludzi, którzy pokonywali kilometry albo setki kilometrów żeby mnie podtrzymać na duchu. Naprawdę, większość ludzi, których uważałam za przyjaciół, zdało ten ciężki egzamin śpiewająco. Inni, którzy nie zdali na celujący, dostają niższe noty, ale nie mierny. Nie każdy potrafi się odnaleźć w ciężkiej sytuacji. Rozumiem to. Są osoby, na których się zawiodłam, ale to kropla w morzu przyjaźni i uśmiechu wokół.

Nigdy nie przestanę się temu, ilu mam wspaniałych przyjaciół i znajomych. Nawet tych dalszych, o których nie pomyślałabym, że chcieliby się pofatygować do smutnego szpitala z truskawkami czy przemycaną butelką coli(; Chyba po prostu niektórzy ludzie mają dobre, życzliwe serduszka. A jeśli nie, to są przyzwoici. A jeśli nawet nie są przyzwoici, to przynajmniej mnie lubią( ;

A udar jest naprawdę ciężkim sprawdzianem dla przyjaźni. Wymaga masy zrozumienia, cierpliwości i optymizmu i z tego, co widzę, więcej ze strony przyjaciół, niż udarowca. Ja się czułam głupio za każdym razem, kiedy zasypiałam podczas wizyty przyjaciół, ale co mogłam zrobić.

Problem w tym, że nawet najbliższa osoba nie do końca zrozumie twój pierdolnik w głowie. I te zmiany, z którymi się zmagasz. I tu trzeba dużo zrozumienia. Ja mam łatwą do wprowadzenia strategię. Niektórych rzeczy nie tłumaczę. Nie staram się. Nie mam na to słów. Czytam o nich,  podpytuję innych udarowców, którzy ‚tam byli’ i łatwiej im przychodzi zrozumienie moich zmian.

Rok temu moi przyjaciele ze studiów zorganizowali mi przyjęcie urodzinowe. Było cudne. Czułam się prawie jak na wolności. Urodepresja była wcześniej.  Dostałam czekoladowy tort, najlepszy na świecie, którym najpierw wyświniłam całą salę (nie utrzymałam swojego kawałka) potem zjadłam kawał bez wyrzutów sumienia. Siedzieli u mnie do czasu, aż ich wyrzuciła pani doktor. I imprezę miałam dobrą. Naprawdę fajną:)

urodziny w szpitalu

Już wtedy mogłam chodzić z balkonikiem!

Dziękuję wam wszystkim. Kocham was bardzo i chciałabym, żebyście wszyscy wiedzieli, że doceniam was bardziej, niż to widać. Jak wygram 10 milionów to mi nie starczy forsy, żeby się wam odwdzięczyć, wszystkie moje Syny i nie Syny. Nie szkodzi, bo wszyscy dobrze wiemy, że nikt z was nigdy nie będzie z takim bidokiem-rencistą dla pieniędzy;)

Teraz oddalam się z bloga, pogrążać się w dorocznej urodepresji i zamknąć najbardziej obfity w święta okres w roku.

PS

dziękuję wam również za to, że rozumiecie moją niedyspozycję po udarze mózgu. i to, że czasem muszę wyjść z imprezy, zanim się zacznie. Nie Daruś, nie Tobie. Do Ciebie nigdy nie dotrze, że naprawdę nie mogę już łoić wódy jak niegdyś…

PS2

naprawdę ciężko jest być samotnym w szpitalu. dzięki każdej waszej wizycie chciało mi się walczyć trochę bardziej. gdyby nie wy, nie byłabym tu, gdzie jestem:)

urodepresja – dziś mija rok od udaru

heartna swoje potrzeby, dawno temu, ukułam słowo ‚urodepresja’. odkąd pamiętam, o północy 3 stycznia mi się zaczynał bardzo zły humor i kończył w momencie, w którym, w którym data się zmieniała.

Dziś jest 21 grudnia i od wczoraj o niczym innym nie myślę, że dokładnie rok temu przyjaciółka znalazła mnie na podłodze w kiblu, ryczącą jak zwierzaka. Jest mi smutno, tak bardzo, że mogę to porównać do bycia porzuconym przez chłopaka. To nie jest nic szczególnego, zawsze tak mam w urodziny.

Mam wrażenie, że to urodziny, bo dostałam nowe, inne życie. W brytyjskiej grupie, do której należę, ktoś nazwał to ‚rebirth’, ponownymi narodzinami.

Prawda jest taka, że rok temu dostałam nowe życie. Wiem, że kiedy o tym mówię głośno, ludziom ciężko się z tym pogodzić, bo na zewnątrz wyglądam tak samo (a nawet, jak daaaaaaaawno niewidziana koleżanka powiedziała, lepiej: ‚chyba teraz się wysypiasz, co?’). Ale ja to czuję, niby jestem ta sama, z drugiej strony zupełnie inna. Są takie rzeczy, o których nie śniło się filozofom, tylko ludzie z ubytkami mózgu mogą je zrozumieć;)

ale dość już tego filozofowania, moja Lewaczka nie jest po to, żeby się użalać nad sobą, tylko po to, żeby pomóc sobie i innym iść naprzód. Dlatego chcę trochę uzupełnić listę sprzed pół roku.

left hand1. Nie mam pracy, która mnie bardzo stresowała.
2. Nauczyłam się robić na drutach
3. Rzuciłam fajki.
4. Karta ‚wiesz, jestem po udarze’ wciąż działa, choć ostatnio użyłam jej tylko raz, kiedy zupełnie nie poznałam kolegi.
5. bywa, że się wysypiam.
6. zlikwidowano mi dziurę w sercu.
7. dużo czasu spędzam na powietrzu. mniej niż pół roku temu, ale mamy jesień/zimę, więc się nie martwię.
8. skupiam się na sobie, jak nigdy
9. naprawiam po kolei wszystko, co we mnie popsute, od zębów, po paznokcie.
10. mam dużo energii i zapału do nauki nowych rzeczy.
11. zazwyczaj mam ładnie pomalowane paznokcie w lewej ręce (w prawej nie bardzo;p)
12. Jestem dużo spokojniejsza niż przed udarem. Po prostu.
13. Jestem odważniejsza, co mi tam. Rok temu prawie umarłam, co mi tam.
14. Zaczynam mówić językami, naprawdę.
15. poznałam ludzi w takiej sytuacji jak ja i mam z kim pogadać o tym, co się dzieje ze mną.

Mam nadzieję, że każde moje każde kolejne urodziny będą coraz łatwiejsze, bo póki co urodepresja trzyma. Przejdzie o północy. A ja mam nadzieję, że z czasem uda mi się zapominać o ich obchodzeniu kolejnych urodzin.

Kilka rzeczy, ktore po udarze zmienily sie na lepsze

Dziś mija dokładnie pół roku od mojego udaru, od kilku dni same negatywne przemyślenia. Ponieważ jednak Święta powinno się obchodzić radośnie, przy odrobinie wysiłku udało się wymienić 5 rzeczy, które zmieniły się w moim życiu na lepsze. Posłuchajcie…

1. Udar zostawił moją pracę, w której byłam więźniem głupiej lojalności i wiary w to, że może czeka mnie tam karierka ;

2. Nauczyłam się robić na drutach – teraz w końcu będę mogła narobić sobie kominów i nie chodzić w jednym, aż go zgubie w barze;

3. Rzuciłam fajki – nie na pierwszym miejscu, bo lubiłam palić i nigdy nie przyszło mi do głowy żeby rzucać. Ale obiektywnie rzecz biorąc to dobrze, że rzuciłam – z dnia na dzień, bezboleśnie. No dobrze, czasem ze smutkiem patrzę na znajomych i nieznajomych, którzy wychodzą na papierosa, rozmawiają i zaciągaja się dymem, tak jakby świat nie odwrócił się o 180 stopni.

4. Bywa, że się wysypiam. I choć to nie sprawia, że mam więcej energii, wciąż to nowe, ciekawr doświadczenie w moim dorosłym zyciu

5. Karta ‚wiesz, jestem po udarze’ rozgrywana kiedy zrobię coś nie tak, palnę coś głupiego, jestem zmęczona albo po prostu nie mam na coś ochoty działa w 99%. 

6. Zlikwidowano mi dziurę w sercu i odkryto przyczynę dziur w mózgu i teraz już wiem, na co będę musiała uważać do końca życia.

7. Dużo czasu spędzam na świeżym powietrzu. Z musu, ale biegam, chodzę, spaceruję, jeżdżę… Dużo więcej niż przed udarem.

8. Skupiam się na sobie tak, jak nigdy wcześniej.

Chciałabym dopisać te punkty do 10, ale czegokolwiek nie napiszę, zawsze kryje się za tym potężne ‚ale’,  np. Spędzam dużo czasu z rodziną, ale oderwano mnie od przyjaciół w warszawie itd. Dlatego zostawię to tak, jak jest. Do większości powyższych punktów mogłabym też dodac ‚ale’, ale tu minusy, nie przeważają plusow. Dlatego żeby nie było zbyt negatywnie, proszę wszystkich, żeby pijąc dzisiaj wodę/piwko/kawkje/cole zero wypili łyk za moje zdrowie. A na koniec zdjęcie kozy, bo kozy są cudowne, głupie i najśmieszniejsze na świecie

koziczka