Żałoba po udarze mózgu

żałoba po udarze mózguNie wszyscy zdają sobie sprawę, że żałoba nie dotyczy tylko okresu po stracie bliskich. Można jej doświadczać też po stracie kogo/czegoś bliskiego, ważnego.

Ja doświadczyłam jej, właściwie dalej doświadczam.

zasadniczo chyba przyjmuje się, że ta żałoba ma 5 etapów.

  1. ZAPRZECZENIE – Nie, to nie może być prawda. To na pewno jakaś pomyłka.

  2. GNIEW – Za co to spotyka akurat mnie? Są na tym świecie gorsi ludzie, którzy na to zasłużyli.

  3. TARGOWANIE – Jak bardziej o siebie zadbam, to może się poprawi. Jak będę się więcej modlił, to wyzdrowieję.

  4. DEPRESJA – To wszystko nie ma najmniejszego sensu.

  5. AKCEPTACJA – Teraz już nic nie zmienię, muszę się pogodzić z losem. (za tą stroną:)

     

Mówią, że nie musi być w tej kolejności. Może czegoś brakować, pewnie może być więcej.

żałoba po udarze u mnie

nie jest łatwo. Dwa pierwsze etapy przeszły błyskawicznie. Może przez to, że nie rozumiałam, co się dzieje w sumie. jakby to się działo, ale się nie działo. zaprzeczenie właściwie przyszło i przeszło w pierwszym szpitalu a gniewu w formie „dlaczego ja” nigdy nie miałam. gniewałam się na świat, że nałożył mi wbrew mojej woli tyle pracy. Bezsensownej. Czułam że to nie fair, że kurde, wszystko w życiu przyjdzie trudniej, byłam zła na siebie, że sobie zapracowałam na udar. Że dodałam swoje kamyczki do koszyka. Pytanie „dlaczego ja” zadałam tylko raz. W chwili pierwszego wielkiego kryzysu. Od razu się zreflektowałam, dosłownie zaraz po zadaniu tego pytanie. Bo jedynymi odpowiedziami na to pytanie są „dlaczego nie”, „bo tak” i „dlaczego ktoś inny”. albo szereg samooskarżających bzdetów.

Jak już pisałam, żałoba po udarze może być poplątana.

Targowanie, depresja, akceptacja są  u mnie poplątanym kłębkiem.

Bo niestety nie mogę powiedzieć, że się z tym uporałam. Już myślę, że już przyszło pogodzenie się ze wszystkim i akceptacja… aż tu nagle coś mi uruchamia etap depresji.

Pani z powyższego .linka tłumaczy to tak: „Myśli automatyczne: Już nigdy nie będę normalnie żyć. Nikt mnie nie zechce. Nienawidzę się. Zachowania: Zachowania autodestrukcyjne. Unikam lekarzy, artykułów i innych bodźców związanych z chorobą. Odsuwam się od ludzi”. Cóż. Zauważam odsuwanie się od ludzi i zwątpienie w lekarzy. I te myśli… z których najbardziej bolesna jest „już nigdy nie będzie normalnie. Nie mam szans”. Staram się to zwalczać logiką na wszelkie sposoby. To jak marsz pod wiatr. Dołujące myśli smagają mnie po twarzy a ja zmuszam się do pójścia w przeciwnym kierunku. Często działa. Czasem muszę odpuścić. gdyby depresja była zbyt głęboka, dzwoniłabym do swojego psychiatry. Póki co jego rady działają nieźle.

Ale chyba nie chodzi o takie chwilowe dołki. To trwa dłużej. I kiedy w końcu się wykopię z kupki nieszczęścia odkrywam coś nowego. I jakoś ta akceptacja nie następuje. Być może nigdy nie nastąpi i zostanę przy wiecznym targowaniu? Temu samodzielnemu pędowi ku poprawie i wierze w to, że się da? Póki co wytargowałam sporo. I tak swoją drogą: myślę, że akceptacja przyjdzie u mnie dopiero jak się wyprowadzę od rodziców. Póki co wieszczę sobie długie targowanie.

Mój znajomy powiedział, że u niego żałoba po udarze trwała dość długo,

ale kiedy przyszła akceptacja doszedł od razu do wniosku, że jego życie po udarze jest lepsze niż było przed nim. Nie wiem na czym polega ta lepszość, ale wiem, że poznałam go jako radosnego, otwartego, faceta, z którego promieniowała ciekawość historii i spokój. Bardzo mi się spodobał. Spodobała mi się również ta jego samoświadomość i akceptacja zmian, które przyniósł mu udar.

Jedno z Was, moich czytelników, napisało mi, że jest przeciwne zbyt długiej żałobie po udarze. To przeszkadza w terapii. Ja się zgadzam i nie. Bo dla mnie żałoba jakoś nie znaczy tego, że się nic nie robi i użala nad sobą. Raczej na tym, że się opłakuje byłe życie. Jak zmarłą babcię. Tęsknimy i chcielibyśmy żeby była z nami, ale niekoniecznie uważamy się za bardziej biednych od innych. Moim zdaniem:

użalanie się nad sobą: nie,

żałoba po udarze: czasem można.

Aż do pełnego pogodzenia. Bo jakoś wierzę że większość doświadczeń można wcześniej czy później zaakceptować.

 

przyczyny udaru (VII): kortyzol – moja nadzieja na diagnozę

peer stress Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby z udarowymi sprawami iść do endokrynologa. ale trafilam. Przez koszmarna wagę, której nie mogę zrzucić i rozmawiamy.

o cyklu miesięcznym, który zanika, o tym, że nie tylko tarczyca stanowi o hormonach, o moich problemach. i jest jedna rzecz, która może powodować

  1. otyłość (w tym brzuszną) – ja
  2. zwiększoną krzepliwość krwi – ja
  3. depresję – ja.
  4. bardzo  nieregularne miesiączki – ja.

KORTYZOL – hormon produkowany przez nadnercza.

piszą o nim ‚hormon zabójca’, hormon stresu… I mam nadzieję, że to z nim mam problem. bo podobno ślicznie się leczy tabletkami:)

kortyzol jest hormonem wydzielanym przy stresie. długotrwały stres jest naszym zabójcą:) kiedy pani endokrynolog zapytała czy jestem od dziecka zestresowana, tylko spojrzałam na mamę i powiedziałam ‚wie pani, z taką matką…’

w ten sposób doszłyśmy do tego, że mój możliwy zwiększony poziom kortyzolu może nie być związany z całożyciowym, chronicznym stresem od dziecka (z tego co pamiętam, rodzice mnie nie bili pasem na okrągło)

Jestem w trakcie diagnozy i jestem szczęśliwa, że pani doktor nie potraktowała mnie jak oszusta, który chce usprawiedliwić swoje podjadanie.

oczywiście chciałabym, ale nie w taki sposób;)

i trzymam kciuki, żeby mój organizm miał problem z kortyzolem. jeśli tak by było, znalazłabym przyczynę połowy moich problemów:))))

 

 

bać się czy nie bać? zaburzenia lękowe po udarze mózgu…

Notatka na marginesie

tabletkiMasz spore szanse, że po udarze trafi cię przytłaczające uczucie lęku. O przyszłość, tę odległą i tę najbliższą, strach przez możliwość pojawienia się kolejnego udaru. Czasem strach narasta tak bardzo, że nie można go opanować, zdarzają się ataki paniki i wtedy z normalnej obawy zmienia się w chorobę. Często powiązaną z depresją, z którą też masa udarowców się zmaga z nerwicami i różnymi takimi nieprzyjemnymi stanami.

Powiem Wam, że nawet ja – od początku na antydepresantach – miałam kilka takich momentów, w których po prostu się bałam. Już teraz nie potrafię powiedzieć, czego konkretnie, pewnie kolejnego udaru, pamiętam przytłaczający lęk, który później się zmieniał w świdrujące zmartwienie, nie do opanowania, niekonkretne nawet, martwiłam się o przyszłość, o wszystko i nic. Na szczęście udawało mi się uspokoić samodzielnie i doczekać do wizyty u psychiatry, który nic nie zmienił w moim leczeniu. Moje stany lękowe nie były trwałe „i umówmy się, pani Kasiu, nikt po udarze by nie skakał z radości”. Dostałam jeno zapas uspokajaczy, które trzymam w szufladzie. Nie przydają się od dłuższego czasu.

Zdrowa dawka lęku nie będzie wielkim problemem, może działać wręcz mobilizująco. Jak lekka trema u aktora czy sporowca może pomóc, tak lekki lęk może nas motywować do lepszych ćwiczeń. Problem zaczyna się, kiedy ten strach uniemożliwia nam działanie, staje się naszą obsesją.

Ja wrzucam ten przytłaczający strach i obsesyjne martwienie się do jednego worka z depresją – leczy je lekarz psychiatra docelowo, ale warto rozmawiać o tym z neurologiem i lekarzem pierwszego kontaktu. tzw. anxiety disorder stanowi poważną przeszkodę w dobrej rehabilitacji, tak jak depresja… do tego mogą dochodzić zaburzenia poznawcze i mozaika jest bardzo skomplikowana.

Zdrowie psychiczne człowieka w ogóle jest dość kruchą konstrukcją, u udarowca są większe szanse na zepsucie go. Więc warto prosić o pomoc specjalistów. Zawsze – strach to nie wstyd, tak samo jak depresja to nie jest wstyd

PS

na anglojęzycznych stronach oczywiście znajdzie się więcej informacji, ale wszystko sprowadza się do tego: jak problem jest duży, lepiej pogadać z lekarzem.

https://strokefoundation.com.au/about-stroke/help-after-stroke/stroke-resources-and-fact-sheets/depression-and-anxiety-after-stroke-fact-sheet

 

 

 

o depresji poudarowej

 

 

 

 

brainOstatnio któryś z polubionych przeze mnie fanpejdży zaatakował mnie infografiką wg której na depresję poudarową cierpi 1/3 z tych co przeżyli udar.

Znacie jakieś statystyki dotyczące depresji u ‚nieudarowców’? Ostatnio czytałam, że podobno 1 osoba na 6 w ciągu życia jej w jakimś momencie doświadczy, a przeważnie 1 osoba na 20 na nią cierpi*. To dużo, a po udarze jeszcze więcej.

Ja sama miałam raz konsultację psychiatryczną, ale o psychoterapii na oddziale udarowym nie ma mowy. Moja konsultacja nie wynikała z tego, że rutynowo przepytywano wszystkich neurologicznych, niestety, lecz z tego, że już wcześniej byłam pod opieką lekarza psychiatry i moja dr prowadząca chciała się upewnić, czy na pewno ma mi dawać niektóre lekarstwa.

Dodajmy do tego, że osoba z nieleczoną depresją jest przeważnie bardziej zobojętniała, apatyczna, drażliwa, nic się jej nie chce, nie ma wiary w powodzenie swoich akcji, widzi świat w czarnych barwach i negatywnie patrzy w przyszłość. Dodajmy do tego fakt, że wielka część Polaków, wierzy, że psychiatrzy to szarlatani-naciągacze, a depresja to wymysł bogatych ludzi sukcesu, nie prawdziwa choroba… i jak to dodamy, zapytajmy jak rehabilitować udarowców, którzy przechodzą poudarową depresję i jak się takimi osobami opiekować.

Nawet Zachodnie strony przyznają, że poudarowa depresja jest niedodiagnozowana i stanowi poważną przeszkodę w leczeniu. Jeśli jest tak w świecie, który nie zamiata tego problemu pod dywan i na wielu stronach dla tych, co przeszli udar i ich opiekunów znajdują się strony informacyjne takie jak ta, jak źle musi być u nas?

Jedna z moich rehabilitantek powiedziała, że chciałaby, żeby u niej na oddziale rehabilitacyjnym pracował etatowo psychoterapeuta i psychiatra, bo ci co się rehabilitują, często sobie sami nie radzą ze swoimi emocjami. Ja się z tym zgadzam w 100% – bo naprawdę ciężko jest samodzielnie przepracować chorobę czy kalectwo. A depresja hamuje zdrowienie i generalnie jest samym złem.

Nam cały czas brakuje przykładów osób, które wyszły z udaru i powróciły do normy mniej więcej. Gdybyśmy mieli przed oczami takiego Bogusława Kaczyńskiego, który po udarze wrócił do pracy w radio, wiedzielibyśmy do czego dążymy. Tymczasem słuchamy tylko o kalectwie i ograniczeniach życia, podczas gdy anglojęzyczne strony ociekają pozytywną energią ocaleńców udarowych, którzy dzielą się przykładem i swoim dobrym duchem.

Ja dalej miewam dni, w których wszystko wydaje mi się bez sensu, wydaje mi się, że ćwiczenie nic już nie poprawi, kiedy rzucam w eter najgłupsze pytanie świata: ‚dlaczego ja’, dalej miewam dni, kiedy kulę się w łóżku i chcę zniknąć, pomstuję na los i złorzeczę mu bardzo. Na szczęście te gorsze godziny nie utrzymują się bardzo długo i zamiast patrzeć w ścianę, biorę się do pracy z energią, po której byście nie poznali mojego wcześniejszego załamania. Nie pogodziłam się ze swoim udarem do końca, ale też nie jestem jęczybułą i wiem, że jeśli nie będę pracować, będę potrzebowała opiekunów, a jestem samodzielna.

Na szczęście udar nie pogłębił moich wcześniejszych problemów, ale ich też nie wyleczył. Taka stała jest całkiem niezła. Mam nadzieję że będzie tylko lepiej.

 

*ponieważ w różnych źródłach są różne dane, polecam wygooglowanie źródeł samodzielnie.