Ja, Daniel Blake – człowiek kontra instytucja

Kiedy zobaczyłam początek tego filmu, uśmiechnęłam się mówiąc ‚ooo, film o ZUS-ie’, choć nie wierzyłam, że to tak naprawdę mam rację.

Okazało się że mam rację i jednocześnie jej nie mam. Ten film jest czymś więcej niż pokazaniem faceta, który nie chce dać się złamać Organizacji, jest też pokazaniem faceta na wskroś uczciwego, o dobrym serduszku. I babki, której się noga powinęła. I o tym, że dobrzy ludzie będą się dzielić dobrem mimo wszystko.

Oczywiście zabrzmię banalnie jak powiem, że mnóstwo tu Kafki. Urzędy często są kafkowskie. No to zobaczcie.

ja, daniel blakeDaniel, na oko pięćdziesięcioletni facet stara się o zasiłek po zawale serca. Jego lekarz zabrania mu pracować, ale to, że potrafi wyjąć coś z kieszeni i może przejść 50 metrów dyskwalifikuje go w oczach zasiłkodawcy. Brakuje mu punkcików. Nie może złożyć odwołania, odebrał telefonu potwierdzającego list. Wybieranie się do urzędu osobiście skutkuje tylko większą frustracją i niechęcią ze strony większości pracowników.

Daniel zostaje postawiony w absurdalnej sytuacji. Żeby mieć jakikolwiek dochód  musi wykazywać się szukaniem pracy, której nie może podjąć. I wszystko online. A komputerom  Daniel jest tak daleki jak ja stolarce (bohater jest stolarzem z zawodu). Tytułowy bohater jest wojownikiem, ale nie chce być. Chce być uczciwie traktowany w zamian za swoją uczciwość.

To tylko jeden z aspektów filmu, nie wiem nawet czy najważniejszy, ale tak bardzo przystaje do rzeczywistości mojej (te miesiące bez żadnego dochodu…) i ludzi z którymi rozmawiam online, że ciężko mi to wyrazić. Film wywołał wielką dyskusję w Wielkiej Brytanii, wielu ludzi mówi, że łagodzi obraz okrucieństwa biurokracji. Moim zdaniem też jest łagodniejszy niż rzeczywistość bo niestety nie oddaje strachu o dzień jutrzejszy. Niewiele rzeczy da się porównać do strachu o swoją głodową rentę, kiedy faktycznie nie można pracować i ten strach nie jest tu oddany moim zdaniem.

Ja sama nie spałam po nocach w obawie o jedyne źródło dochodu, mimo że rodzice mnie karmią i nie wyganiają z pięknego (zagraconego też!) pokoju. A co ma powiedzieć koleżanka ze stwardnieniem rozsianym i po udarze, która straciła prawo do renty bo „może pracować umysłowo”? Mówi, że niepotrzebnie studiowała, bo ma papier, ale nie jest w stanie na razie wrócić do pracy. Do strachu przed kolejnym udarem dochodzi strach o zabezpieczenie środków do życia. A dziewczyna jest z gatunku Daniela Blake’a (i mojego) – nie chce żyć na rencie całe życie, chce się rehabilitować i żyć godnie.

A co ma powiedzieć moja znajoma po udarze, która po kolejnych udarach porusza się coraz bardziej zdezorientowana po rzeczywistości? Każda komisja, czy to ta zusowska, czy orzekająca o niepełnosprawności to stres, bo już wiele razy została źle zdiagnozowana, leczona i oceniona przed komisjami. Może walczyć, ale wiara w zwycięstwo nie rośnie na drzewach niestety. W co drugiej wiadomości którą od niej dostaję widzę słowa „boję się”.

Niby system jest jasny. Niby też nie powinniśmy się czuć jak petenci wobec władzy. To nasze składki do nas wracają, nie dostajemy renty z ‚powietrza’. A jednak jedną z fraz z Googla dzięki której ludzie trafiają na moją Lewaczkę jest

boję się lekarza ZUS.

Daniel Blake jest filmem prawdziwym nie tylko dla brytyjskiego systemu opieki. Będzie prawdziwy wszędzie tam, gdzie system jest tym lepiej postrzegany, im mniej numerków (za którymi kryją się ludzie) ma w ewidencji. I jest prawdziwy emocjonalnie.

Ze mnie wycisnął ze 3 litry łez.

Polecam,

Kasia – Lewaczka;)  (opowiadająca się za mądrym socjalem, nie za rozdawnictwem, żeby była jasność)

PFRON a udar mózgu i dofinansowanie sprzętu rehabilitacyjnego

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia na ten temat szczerze mówiąc. Powiatowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych jest dla mnie organizacją tajemniczą.

Pomógł mi w dofinansowaniu mojego dziecka nowego, o którym napiszę w weekend, teraz macie zdjęcie;)

elliptical trainer

Wracając do PFRON to powiem że niewiele wiem, bo krewna pracująca na miejscu pomogła mi (mamie) we wszystkim. Wyszło przez przypadek, że PFRON może mi pomóc.

początkowo byłam przekonana, że nic z tego, bo nie mam orzeczenia o niepełnosprawności. A tu – hurra – okazało się że renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy się liczy, jakoś przelicza i mój ci on;D

Więc rada pierwsza –  trzeba pytać.

Oczywiście takie dofinansowanie sprzętu rehabilitayjnego (jak w moim przypadku) nie jest bezproblemowe. Z tego co wiem to orzeczenie (o niepełnosprawności lub o rencie) jest podstawą, a drugą podstawą jest dobry świstek od lekarza. W moim przypadku był to neurolog. o jeszcze? Proszę pytać mojej mamy:) Czytaj dalej

Pani rencistka po raz drugi:)

pracaJeszcze nie widzialam listu, ale ZUS mnie bardzo pozytywnie zaskoczył.

Jednak nie został powołany do życia, żeby być upierdliwym.

Nie ciągali mnie na drugie badanie, żeby sprawdzić, czy ich nie oszukuję i uznali chyba, że drugi udar nie jest raczej okolicznością która zwiększyła moją zdolność do pracy;)

Dostałam wczoraj list (polecony!) w którym orzeka się

ŻE JESTEM NIEZDOLNA DO PRACY

Jeden z problemów,  tym razem bytowy, sam się rozwiązał.

Jestem zaskoczona.  Ale też nie chcę wielu rzeczy wyjaśniać,  bo jeszcze dojdą do wniosku że jednak powinnam pracować :)

Teraz oczy mi się kleją. Może ZUS mi się przyśni nie w roli potwora, tylko zbawcy;) zobaczymy! (;

Moglo byc lepiej, moglo byc gorzej…

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

Naprawdę myślałam,  że stres dziś się skończy. Że wrócę do domu z orzeczeniem do niezdolności do pracy. Bo przecież jestem niezdolna.

Ale.  nie otrzymałam ani orzeczenia, ani decyzji o nieprzyznaniu renty. 

Wróciłam do domu z terminem dodatkowego badania neurologicznego.  Jestem wściekła i przesmutna.

Dlaczego wściekła? Bo będę się stresować kolejne 2 tygodnie. Będę cały czas w złym humorze, zamartwiona i zestresowana. A wiecie, przewlekły stres to nic dobrego. Plus. Kurde, przecież w tym zusie mają we wniosku dlaczego wnioskuję o rentę. Serio, mogliby od razu dać lekarza,  który ma pojęcie o neurologii.

Teraz,  nawet jeśli mi przyznają prawo do renty, pierwszą kasę wypłacą mi jeszcze później (zgaduję że w październiku, ale z jakim wyrównaniem!), a legitymacji dorobię się pewnie w listopadzie. A zniżki do multikina? Tańszy karnet na jogę? Zniżki na komunikację miejską?  kiedy ma się niski i niepewny dochód miesięczny To są ważne pytania.

Oni chyba nigdy nie byli rencistami. Nie wiedzą jaki to koszmarny stres.

Żeby oddać sprawiedliwość.

1. Pan lekarz orzecznik był milion razy ludzki i miły niż pani z zeszłego roku (oprócz tego,  że nie odpowiadał na do widzenia). Nie dostałam nawet po uszach nawet za porównanie swojej pamięci do pamięci mojej 85-letniej babci.

2. Nie są pewni, to nie skreślają cię od razu.

3. Dziś po południu nie było żadnej kolejki do okienka.

Boję się zusu

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

Za tydzień kolejna komisja ZUS. Oczywiście list jeszcze nie doszedł, ZUS został wydzwoniony.

Oczywiście wiem,  że nie ma co się bać,  zdrowy rozsądek podpowiada że powinni mnie ocenić uczciwie.  Ze nie trzeba kombinować,  ale po zeszłorocznych doświadczeniach nie myślę o ZUS dobrze i wiem,  że interes instytucji nie musi równać show mojemu interesowi.  Plus niewidzialnej choroby lekarz może jej po prostu nie zauważyć.  I wtedy mogę zostać z niczym.  Bez pracy,  bo jestem za słaba,  żeby pracować, bez pieniędzy i bez ubezpieczenia.  Coraz częściej słyszę ‚wiesz,  jak się nie uda,  to się nie załamuj, damy radę’. Ale ja się boję.  Również tego,  że się załamię.  No,  zobaczymy.  Póki co czeka mnie joga,  przedostatnia że zniżką rencisty.  Dobrze, że zaczęłam medytować,  nie idzie mi,  ale się staram. Za tydzień spokój na który pracuję tak ciężko, może się bardzo przydać.

jestem oazą spokoju

relax, meditation, acceptancewiecie co, wczoraj (już przedwczoraj) zepsuła się lokomotywa w pociągu, którym jechałam. Podróż przeciągnęła się do 11 godzin (zamiast 6) i uświadomiłam sobie ważne rzeczy.

Jestem superemocjonalna, ale.. mimo to stałam się oazą spokoju.  Byłam chyba jedyną spokojną osobą w pociągu. Patrzyłam na ludzi, którzy wydzierają się na konduktorów, chodzą po pociągu szukając  kogoś, komu można się pożalić na los. Ja byłam rozdrażniona, ale nie miałam żalu do losu.

Kiedyś tak nie było. Doskonale wiem, co mnie zmieniło.

Udar.

To doświadczenie pokazało mi, że tak naprawdę nie jesteśmy sobie ‚sterem, żeglarzem i rybą’. Serio. Jednego dnia można jechać do domu na święta, a zamiast   tego trafić na SOR. Rzeczy, na które nie mam wpływu, odpuszczam. Nie ma się co szarpać. Można się starać z całych sił, ale na moc ślepego losu nie ma siły.

wkurzanie się na zepsutą lokomotywę, deszcz, który popsuł nam plany na weekend, czy udar, nie ma sensu. Nic się z tym nie zrobi, a złość piękności (i zdrowiu) szkodzi. I nawet się nie przejmuję. Naprawdę dużo mniej rzeczy wyprowadza mnie z równowagi.

Poza tym, obojętnie jak by nie było, zawsze może być gorzej. e

To też jakaś pomoc w przetrwaniu… Podejście pracuję dużo, ale ‚biorę co los da’ to chyba jedna z bardzo niewielu pozytywnych zmian które nastąpiły po udarze. Bez tej akceptacji istnienia ślepego losu/boskiej woli/pecha/kolei rzeczy byłoby dużo gorzej:)

PS

do listy miast, które odwiedziłam, dołączam Łowicz!:P

dworzec w łowiczu

wzrosła mi renta!

hurra, dostałam PODWYŻKĘ RENTY!

o całe 1,92 zł na rękę!

tyle dorzucili mi do renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy.

Mogę wydać to na wiele sposobów!

  • kupić 6 bułek w dyskoncie
  • kupić ze 4 bułki (białe;p) w piekarni
  • kupić fajeczkę na sztuki (niby już nielegalne, ale gdzieniegdzie się dostanie…)
  • zużyć jakieś 200 l wody więcej (kranówki i to z opłatami za ścieki)
  • kupić ulgowy bilet na 15 minut  szczecińskiej komunikacji miejskiej,
  • kupić ulgowi bilet 20 minutowy warszawskiej komunikacji miejskiej
  • kupić drożdżówkę albo pączka,
  • kupić cytrynę w sezonie
  • 3 ołówki z gumką (ostatnio kupiłam po 60 groszy)
  • kupić ze 2 cukinie w sezonie
  • wrzucić całą kwotę biednemu panu pod kościołem do kapelusza,
  • kupić ze 4 listki gumy do żucia
  • gumkę do włosów (albo kilka!)
  • kupić sezamki!
  • rozmienić na grosiki i wrzucać do każdej napotkanej fontanny z prośbą o wygraną w totka (na znalezionym losie, bo z podwyżki kuponu na dużego lotka się nie kupi)
  • wysłać kilka (kilkadziesiąt smsów narzekających na system)
  • kilka najtańszych zupek chińskich,
  • jedną normalną
  • hot doga z ikei
  • piwo Tesco value lub keniger z biedronki
  • kilogram ziemniaków (czasem:P)
  • „Fakt”
  • zapalniczkę
  • rolkę papieru toaletowego (albo nawet dwie!)

Jeśli jednak wykażę się cierpliwością odkładając nadwyżkę renty przez cały rok, będę mogła kupić sobie na przykład:

  • zestaw 32: Golonka luzowana pieczona podawana z frytkami i ogórkiem kiszonym Cena: 23 zł
lub
  • Zestaw 35: Pierś z kurczaka z grilla na szpinaku z sosem pleśniowym podawana z ryżem i warzywam-i Cena: 23 zł
lub
  • Zestaw 34: Makaron penne salmone z łososiem i szpinakiem sosem śmietanowym lub Makaron penne Alfredo z szynką dojrzewającą, suszonymi pomidorami, rucollą i sosem śmietanowym Cena: 23 zł

(menu restauracji Staroświeckiej)

 Jeśli natomiast wykazałabym się większą cierpliwością i odczekałabym dodatkowe 3 miesiące, mogłabym sobie kupić więcej rarytasów, wśród których znalazłyby się nawet ryby (pamiętajcie o zdrowym tłuszczu!) . Za nadwyżkę można zawsze spróbować kupić zapałki na sztuki;)
Można też rozmienić pieniądze na groszówki i się nimi rehabilitować rehabilitować;)
pieniądze
na fasolki już wtedy nie starczy…
groch i fasola
Ale co będę wołać o pomstę do nieba. Powinnam się cieszyć, w końcu dodali, a nie zabrali. Skoro mamy deflację, powinni raczej zabrać… ((;
PS
mój kochany braciszek pomógł mi bardzo przy pisaniu tej notki, kilkoro znajomych pomogło w szukaniu pomysłów także. Ale ich wyobraźnia chyba za bardzo nie ogarnia, doniosłości tematu i nie wysilili się za bardzo.
PS 2
Jeśli macie jakieś inne pomysły, jak spożytkować tyle dobra, czekam na komentarze;ppp
PS 3
https://www.youtube.com/watch?v=mxgFKSCtIeo&nohtml5=False

Dziękuję moim przyjaciołom. Są najlepsi na świecie.

DSC_0193

część jedzenia, które zrobiłam (z pomocą!) na przyjęcie wydane w podziękowaniu dla moich kochanych gości. Zaproszeni byli tylko ludzie, którzy mnie odwiedzili w szpitalu. I dobrze, że nie wszyscy mogli wtedy przyjść, bo by się nie pomieścili na chacie;)

Osoba po udarze jest często zupełnie zależna od rodziny (to można poczytać o mojej mamusi, tacie, i Radku, zwanym również ostatnio Ryjem Niemytym). Ale czasem równie ważni są przyjaciele.

W moim przypadku byli tak ważni, że nie mam pojęcia, jak bym przetrwała, pierwsze, najcięższe miesiące w szpitalu, które były naprawdę ciężkie. Bez przyjaciółki prawdopodobnie w ogóle bym nie przeżyła.

To Stefan znalazła mnie w łazience, to ona, a nie mój ówczesny chłopak, pojechała za karetką do szpitala, to ona powiedziała lekarzom, na co choruję, to ona zaalarmowała moich rodziców, żeby mogli się zjawić u mnie tej samej nocy. I to ona była organizatorem mojego pierwotnego szpitalnego życia towarzyskiego:) Tak doskonałym, że lekarze nie mieli za dużo pretensji o pielgrzymki na mojej sali. Stefan była i jest kochaną przyjaciółką i powierniczką, której teraz jeszcze zawdzięczam życie i pierwsze poudarowe uśmiechy. How cool is she? ((:

Resztę przyjaciół mogłabym tu wymieniać po kolei, chciałabym każdemu poświęcić wpis, ale chyba życia by mi nie starczyło, gdybym miała wszystkich tych kochanych ludzi, którzy pokonywali kilometry albo setki kilometrów żeby mnie podtrzymać na duchu. Naprawdę, większość ludzi, których uważałam za przyjaciół, zdało ten ciężki egzamin śpiewająco. Inni, którzy nie zdali na celujący, dostają niższe noty, ale nie mierny. Nie każdy potrafi się odnaleźć w ciężkiej sytuacji. Rozumiem to. Są osoby, na których się zawiodłam, ale to kropla w morzu przyjaźni i uśmiechu wokół.

Nigdy nie przestanę się temu, ilu mam wspaniałych przyjaciół i znajomych. Nawet tych dalszych, o których nie pomyślałabym, że chcieliby się pofatygować do smutnego szpitala z truskawkami czy przemycaną butelką coli(; Chyba po prostu niektórzy ludzie mają dobre, życzliwe serduszka. A jeśli nie, to są przyzwoici. A jeśli nawet nie są przyzwoici, to przynajmniej mnie lubią( ;

A udar jest naprawdę ciężkim sprawdzianem dla przyjaźni. Wymaga masy zrozumienia, cierpliwości i optymizmu i z tego, co widzę, więcej ze strony przyjaciół, niż udarowca. Ja się czułam głupio za każdym razem, kiedy zasypiałam podczas wizyty przyjaciół, ale co mogłam zrobić.

Problem w tym, że nawet najbliższa osoba nie do końca zrozumie twój pierdolnik w głowie. I te zmiany, z którymi się zmagasz. I tu trzeba dużo zrozumienia. Ja mam łatwą do wprowadzenia strategię. Niektórych rzeczy nie tłumaczę. Nie staram się. Nie mam na to słów. Czytam o nich,  podpytuję innych udarowców, którzy ‚tam byli’ i łatwiej im przychodzi zrozumienie moich zmian.

Rok temu moi przyjaciele ze studiów zorganizowali mi przyjęcie urodzinowe. Było cudne. Czułam się prawie jak na wolności. Urodepresja była wcześniej.  Dostałam czekoladowy tort, najlepszy na świecie, którym najpierw wyświniłam całą salę (nie utrzymałam swojego kawałka) potem zjadłam kawał bez wyrzutów sumienia. Siedzieli u mnie do czasu, aż ich wyrzuciła pani doktor. I imprezę miałam dobrą. Naprawdę fajną:)

urodziny w szpitalu

Już wtedy mogłam chodzić z balkonikiem!

Dziękuję wam wszystkim. Kocham was bardzo i chciałabym, żebyście wszyscy wiedzieli, że doceniam was bardziej, niż to widać. Jak wygram 10 milionów to mi nie starczy forsy, żeby się wam odwdzięczyć, wszystkie moje Syny i nie Syny. Nie szkodzi, bo wszyscy dobrze wiemy, że nikt z was nigdy nie będzie z takim bidokiem-rencistą dla pieniędzy;)

Teraz oddalam się z bloga, pogrążać się w dorocznej urodepresji i zamknąć najbardziej obfity w święta okres w roku.

PS

dziękuję wam również za to, że rozumiecie moją niedyspozycję po udarze mózgu. i to, że czasem muszę wyjść z imprezy, zanim się zacznie. Nie Daruś, nie Tobie. Do Ciebie nigdy nie dotrze, że naprawdę nie mogę już łoić wódy jak niegdyś…

PS2

naprawdę ciężko jest być samotnym w szpitalu. dzięki każdej waszej wizycie chciało mi się walczyć trochę bardziej. gdyby nie wy, nie byłabym tu, gdzie jestem:)

Zwolnienie z pracy na chorego członka rodziny

left handSzczęka mi opadła, kiedy okazało się, że moja mama może sobie wziąć na mnie zwolnienie lekarskie. A może!

Na chorego, takiego jak ja, przysługuje członkowi rodziny opieka na chorego – 14 kalendarzowych. Jeśli chory i opiekun są spokrewnieni (rodzice, rodzeństwo, małżonek, dzieci, nawet teściowie) i mieszkają razem.

Takie zwolnienie/opiekę wystawia lekarz rodzinny chorego! Więc potrzebując takiego wsparcia, tuptamy do lekarza razem i prosimy o świstek.

W naszym przypadku rodzice najpierw wykorzystywali urlopy, dopiero na wyjazdy do szpitali mama korzystała z tego przywileju, płatnego w wymiarze 80% zarobkówr. Mojej mamie zostały już tylko 3 dni i węszę problem, bo czeka mnie rehabilitacja, podczas której będę musiała być z opiekunem.

No, internety piszą, że inny członek rodziny, też będzie mógł wziąć na mnie opiekę. Zobaczymy jak to będzie. w każdym razie, ja nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe. Żaden pracodawca nie będzie zachwycony puszczając pracownika, żeby opiekował się swoją babcią, ale są sytuacje, w których to jest bardzo potrzebne i warto pamiętać o przysługujących nam prawach.

Przychodzi baba do zusu

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

nie wiem jak zrobić attribution, więc napiszę, że zdjęcie jednej z siedzib ZUS wzięte z polskiej wikipedii. dzięki!

A w zusie też baba. A cała historia zaczyna się dużo wcześniej.

Swoje kontakty z ZUS rozpoczęłam przy okazji bałaganu w papierach i Instytucji, i firmy, w której pracowałam.  Przez pewien czas wszystko o czym mogłam myśleć zamykało się w myślach jak zaczną splywać do mnie faktury za szpitale, nie wypłacę się do końca życia. 

Potem jednak wszystko zostało wyprostowane i nastał okres uśpienia czujności – kontakty były bardzo przyjemne, okienko, błyskawiczne załatwienie, ciach, uśmiech, do widzenia, załatwione.

Kiedy leżalam w szpitalu z moimi reumatyczkami czekającymi na komisję, uspokajałam je, że ZUS wcale nie jest taki straszny, i że badanie to badanie i ich powykręcane ręce są wystarczającym na pewno dowodem na to, że naprawdę nie mogą pracować.

Sama na swoją ‚komisję’  zostałam wezwana dzień po jej terminie. Za to winię pocztę, ZUS kulturalnie do mnie zadzwonił wyjaśnić sprawę i powiedział, że jeśli kolejne wezwanie nie przyjdzie w ciągu 5 dni, dzwonić na numer…

W końcu dotarlam do ZUS, mama zdenerwowana, ja spokojna. Wizyta odwróciłam wszystko o 180 stopni. Poczułam gdzie jest miejsce petenta wobec Instytucji i dziś myślę, że nawet jeśli masz ręce wywrócone na lewą stronę, jeśli nie powiesz nazwy tej przypadłości, o świadczenie może być ciężko.

Oczywiście nie wypuszczono moich rodziców ani na badanie, ani na ‚ogłoszenie wyników’. Wypuszczają `tylko z ubezwłasnowolnionymi’, jak to powiedziała pani w okienku. Ja na szczęście nie jestem ubezwłasnowolniona, na nieszczęście ciężko mi się precyzyjnie wysłowić.

Podczas badania kilka razy dostałam lekarską (czyli delikatną, lecz stanowczą) zjebkę, za to właśnie chyba że nieprecyzyjne się wyraziłem. Proszę pani, jest pani na rozmowie kwalifikacyjnej, a nie ma pogawędce.  

pani doktor, naprawdę nie przyszło mi do głowy, żeby z panią gawędzić – pomyślałabym przed udarem, kiedy mogłam ogarniać więcej niż jedną rzecz na raz. Teraz niestety byłam zajęta popadaniem w rozpacz, że nie umiem fachowo opowiedzieć co jest nie tak z moją buzią.

Pani doktor, zabrawszy moje kopie ostatnich dwóch wypisów ze szpitala (wkurzyło mnie to, ale nie potrafiłam zaoponować) wypuściła mnie z instrukcją, by oczekiwać na korytarzu na decyzję.

Na korytarzu lekka irytacja zmieniła się na strach, który chyba czuły te panie w szpitalu, kiedy je pocieszałam. A co będzie, jeśli nie dostanę świadczenia?  Jeśli nie będę ubezpieczona, zaraz się wykopyrtnę i wezmą mnie znowu na tomografy? A co będzie, jak zostanę bez środków do życia (nie myślałam, ale panie na pewno myślały, bo były w wieku, w którym rodzicom raczej się pomaga, niż się na nich liczy)?

Zostałam wezwana przed oblicze, ale nie dostałam świadczenia rehabilitacyjnego, tylko rentę, pani doktor niby coś mi tłumaczyła, ale ja tylko zapamiętałem że mam złożyć złożyć wniosek o rentę, bo Instytucja nic mi nie da jeśli się o to nie ubiegnę( ; To ładne cwaniakowanie, bo ZUS dobrze wie, że renta będzie niższa niż świadczenie rehabilitacyjne.

Podziękowałam z 4 razy i wyszłam, i z pustki mózgu powtórzyłam rodzicom co i jak. Oczywiście źle.

Po godzinie wyjaśniania okazało się że renta wcale mi jeszcze nie przysługuje, bo nie mam 4 ostatnich lat składek ciągiem. Ale że od ukończenia studiów do podjęcia pracy nie minęło więcej niż 6 miesięcy,  może być dobrze.  Tylko teraz czeka mnie ciężka przeprawa z uczelnią i z ostatnim zakładem pracy. O uczelni napiszę kiedyś przy okazji. 

A oto, dlaczego zwykły człowiek,  zwłaszcza z problemem neurologicznym, jest wkurwiony w starciu z instytucją:

1. Nie może mi towarzyszyć bliska osoba. Podczas badania – rozumiem, byłaby przestrzeń do naciągania faktów i kombinowania, ale w czasie ‚ogłoszenia wyniku’ naprawdę potrzebowałam kogoś, kto by za mnie rozumiał pewne rzeczy i był bardziej przytomny. Moim największym problemem jest to co mam we łbie, a nie drętwiejąca łapa i to że bardzo źle piszę na komputerze. Gdybym była bardziej przytomna, to bym zapytała z czym wiąże się zmiana kwalifikacji świadczenia o które się ubiegam, może bym inaczej powiedziała o swoim przebiegu zatrudnienia (czy niezatrudnienia), może bym poprosiła panią doktor, żeby zapisała mi gdzie mam się udać po kolei…

2. Na ch.j w ZUS-ie są komputery? ZUS wie świetnie kiedy nikt ci nie opłaca składek, kiedy musisz udowodnić że świadczenie przysługuje ci zgodnie z obowiązującymi zasadami, ty, chory niezdolny do pracy, musisz dostarczyć im odpowiednie świstki.

3. Jeśli dostajesz list wzywający na komisję dzień po terminie komisji, ręce ci opadają. Nie z twojej winy przez kolejne dni nie jesteś objęty ubezpieczeniem, a już wiesz, że niewiele jest w życiu ważniejszych rzeczy niż ubezpieczenie zdrowotne. Drugie wezwanie już ładnie wysłane poleconym.

4. Na ch.j w ZUS-ie komputery (ii) – już tyle korespondujesz z Instytucją, że w końcu zakładasz sobie (w okienku) profil zaufany epuap (internetowy), żeby kontrolować twoje sprawy związane z ZUS. Tylko w systemie nie ma informacji o terminie twojej komisji, nie pofatygowal się też wysłać ci e-maila, żeby poinformować cię o sprawie, która jest dla ciebie niezwykle ważna, a której informacja została wysłana równie skutecznie jak list w butelce. Czyli daleko po terminie.

5. Pani w jednym okienku mówi co innego niż pan w drugim okienku, który mówi jeszcze co innego niż pan z infolinii… 

Co jest spoko – dwie rzeczy.

1. Panie w okienkach z biura obsługi petentów (te obcujące z petentami na co dzień) są naprawdę życzliwe i starają się pomóc – nawet podpowiadają jak niegroźnie obejść system, dzięki czemu już od dzisiaj powinnam być ubezpieczona.

2. W znanych mi ZUS-ach mają klimatyzację, marmur też ładnie chłodzi w upały.

Kiedy moja osobista kadrowa* tłumaczy mi te zawiłości, gubię się przy drugim zdaniu i mam wrażenie, że nie tylko przez to, że jestem po udarze. W innej notce postaram się dać kilka rad neurologicznym i ich bliskim którzy przygotowują się do badania lekarskiego:) będzie ich mało, ale mogą się przydać!

* mama