jestem atletką! i jestem również po pierwszym turnieju niepełnosprawnych… 2018 World Shooting Para Sport Grand Prix in Szczecin

ci, którzy (mądrze!) obserwują moją lewaczkę na fejsiku [klik] wiedzą już, że zostałam ATLETKĄ. Podczas 2018 World Shooting Para Sport Grand Prix in Szczecin otrzymałam…

swoją międznarodową legitymację strzelecką i ją kocham. Bo mogę(;

athlete sport id legitymcja

No ale sama nie strzelałam. Tak wyszło. Może na następnych zawodach się uda, póki co patrzyłam na kolegów z klubu (na konkurencje koleżanek nie dotarłam…) i mam masę przemyśleń.

Mniej na temat samego strzelania, więcej na temat niepełnosprawności i sportu niepełnosprawnych. Czytaj dalej

Czego nauczyłam się po udarze? (VI): szydełko:)

Niestety lub stety sporo czasu spędzam na fejsbuku. Należę też do takiej fotograficznej grupy, gdzie połowa babek robi przepiękne rzeczyna szydełku.

I zachciałam zrobić se sama takie same. No i, hm, kupiłam moją ulubioną,  grubą włóczkę, i se zrobiłam:

Jakbyście mieli wątpliwości,  jest to kaptur na łeb. Tadam!

kaptur, hood

OK: daleko mi do robienia kubraczków dla pingwinów i ośmiorniczek dla wcześniaków, ale zrobiłam to SAMA. Czytaj dalej

„Yes woman” – jak rzucam się na wszystko i jak to wpływa na moje zdrowienie

oman arabPisałam tę notkę odmrażając sobie tyłek na parapecie. Rozwlekłam ją tak, że uciekło mi sedno tego, co chciałam powiedzieć.

Zacznę zatem w zupełnie inny sposób. Myślę,że w dużej mierze, określa mnie fakt, że mówię TAK. Mówię TAK zadaniom, okazjom, ludziom, mówię tak, zrobię to, tak – wejdźmy w to.

Wchodzę we wszystko z nadzieją, że będzie lepiej, że kolejna okazja zmieni mnie lub świat na lepsze. Że wykonanie zadania przyniesie korzyść i satysfakcję.  Czytaj dalej

czego się nauczyłam po udarze (III.2): una cervesa por favor!

Notatka na marginesie

marzyłam sobie, że jak pojadę do hiszpanii, moimi pierwszymi słowami po hiszpańsku będzie

una cervesa, por favor! – czyli piwko, proszę:)

Cóż, słowa były inne, trzeba było kupić bilet na autobus i pojechać z lotniska do miasta.

Wiecie, zaczęłam się uczyć hiszpańskiego prawie rok temu, pół roku po udarze i w chwilach zwątpienia (mam ich oczywiście bardzo dużo, ostatnio wręcz mnóstwo) to ten język trzyma mnie na powierzchni. Bo coś tam w tym pustym łbie się zatrzymuje.

Więc ze zwrotu podatku i premii dla rencisty kupiłam sobie bilet do Barcelony i pojechałam. Na króciutko, ledwie dwa dni, ale podróż była bardzo wymagająca, bo jechałam sama i nie do braciszka. Wszystko sama ogarnęłam, sama włóczyłam się po mieście i w końcu zamówiłam to piwko, po hiszpańsku, bo czemu nie. Miałam tam niby kolegę, ale to coś innego niż troskliwy braciszek na miejscu. Więc przygoda była! sprawdziłam mnóstwo swoich umiejętności, ale przede wszystkim mogłam ocenić swój hiszpański:)

cóż, doskonały to on nie jest, gadam wciąż słabo, to przez brak konwersacji w czasie nauki, ale wciąż COŚ gadam. Z rozumieniem Hiszpanów jest różnie. Spotkałam jednego takiego co mówił tak szybko, że nie rozumiałam nic. Dopiero jak poprosiłam, żeby mi napisał to, co mówił, okazało się że nic tam trudnego nie ma. Generalnie było dobrze:)))

I teraz oceniam siebie na takie B1, bo jak chodziłam na niemiecki na poziomie B1 radziłam sobie z nim dużo gorzej niż z hiszpańskim teraz. Czyli… można powiedzieć, że już trochę znam ten język. Co mnie bardzo cieszy.

Wrzucam kilka zdjęć kilka(naście) zdjęć:)

 

serio, jak bede mieszkac w miejscu, w ktorym sa takie owoce i soczki owocowe za euraka, to rzucę coca colę!

polski akcent w zagranicznym kościele. nie wiem, nie pytałam (nie było kogo)