jednoręcy też sobie radzą:)

stanie na jednej ręceJa jestem dwuręczna. To, że lewaczka jest mniej sprawna, to nie znaczy, że jej nie używam. Wręcz przeciwnie.

Ale jest cała masa ludzi, którzy po udarze pozostali z jedną tylko ręką sprawną, a drugą mają zupełnie nieruchomą.

Zapraszam na wpis typu ‚co by było gdyby’. Gdyby lewaczka była o prawaczce, czyli o radzeniu sobie z jednorękim życiem.

Niektórzy jednoręcy, zwłaszcza ci, którzy  są niesprawni bardzo długo, mogą zrobić niemal wszystko – od podrapania się po nosie, przez otwarcie słoika, po grę w bilard. Serio!

Oczywiście wszystkie umiejętności przychodzą z czasem, praktyką i – niekiedy – przyrządami (niekiedy gadżetami). Można je znaleźć w internetach:)

zapraszam na subiektywną listę niesamowitych rzeczy, które można zrobić jedną ręką.

  1. otwarcie słoika. tak. okazuje się, że jest wiele gadżetów, które ułatwiają to trudne (nawet dla sprawnych) zadanie i butelek, różnorakich zakrętek.
  2. ubranie się. czynność, której od udaru dalej nienawidzę, mimo że rączkę mam operatywną. Jak to zrobić jedną ręką? Podobno się da! Wierzę na słowo tym, którzy sobie radzą.
  3. gra na komputerze/konsoli. Gry komputerowe mają to do siebie, że jakoś się personalizują. A co do konsoli – produkuje się kontrolery dla jednorękich.:) więc jak ktoś tęskni za Mortal Kombat, ma jeszcze szansę na dokopanie znajomym.
  4. zapalenie zapałki. Tak! tu aż wrzucam wideo.

pamiętam, że kiedyś (w liceum chyba) próbowałam to robić. ćwiczyłam i ćwiczyłam. prawie się udało:)

5. przygotowanie obiadu. tak… i to można. łącznie z krojeniem, siekaniem, trzymaniem patelni na ogniu (dostępne są specjalne deseczki i noże dla niesprawnych, które pomagają w gotowaniu:)

6. wiązanie butów. takkk!

8. gra w karty. i nie tylko w wojnę:) trzymadełka do kart już ktoś wymyślił.

9. nałożenie pasty na szczoteczkę. najmniejsze rzeczy mogą sprawiać masę kłopotów!

10. gra w bilard. niestety nie mogę wrzucić zdjęć, bo to prywatne zdjęcia pewnej kobitki i jej męża. Przed udarem facet uwielbiał bilard. I po udarze wymyślił ‚jak to się robi. Grał z jakimś urządzonkiem podtrzymującym kij na brzegu stołu, kij opierał sobie o ramię (jeśli się nie mylę). Żona napisała, że radził sobie nieźle. A jak się cieszył!

MNIE IMPONUJE.

Pani Madzia by mnie zabiła za próby nauki takich trików, bo w przypadku rehabilitacji bardziej sprawdza się próbowanie robienia wszystkiego chorą ręką, ale ja już nie jestem jednoręczna. I – mam nadzieję – nigdy nie będę.

A tym, którzy muszą radzić sobie z jedną ręką na co dzień, życzę powodzenia, pogody i uśmiechu!

PS

to tylko kilka z wielu stron dostępnych na ten temat:)

www.zyjlatwiej.pl

www.pomocedlaseniora.pl

http://www.onehandcanshop.com/

http://www.eatonhand.com/hw/hw107.htm

https://www.amazon.com/gp/richpub/listmania/fullview/RIKD5FM6WHIT7

http://www.toysrbob.com/onearm/

Na nudę – Kaczor Donald:)

donald duck, comic bookTo spadło na mnie nagle. Poczułam, że pragnę go bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. I nie ma, że boli, musiałam go mieć, bardziej niż jakąkolwiek inną, szpitalną rozrywkę.

w końcu się doczekałam i wybłagałam o Kaczora Donalda.

Był akurat na moim poziomie, z wypiekami na buzi przeczytałam historię miłosną Sknerusa. Tylko mało go było… No ale rozbawił mnie i trochę oderwał od rzeczywistości. No, i jeszcze super zabawki mi dali, sztuczne karaluchy i dżdżownice. Udało mi się kilka osób przestraszyć. Dżdżowniczek już nie mam, ale karaluch dumnie straszy i zdarza się mu nabrać kolejnych gości:)

Po co to piszę? Ponownie naszło mnie na temat nudy. Pisałam już o pani Teresce, która oglądała obrazki. Wiecie, nawet tłum gości nie rozwieje smutku przymusowego, samotnego wieczoru.  Mi sama myśl o karaluchu rozwiała nudę na kilka wieczorów. Trochę się cofnęłam w rozwoju, ale to nic, trudno, co zrobić, wraz z Donaldem kumplujemy się do tej pory, kupuję komiks raz na jakiś czas. Niezbyt często, bo drrrogi jest wielce.

ba4cfaae-f79b-47d3-9c45-1b6144be64c2

Trzeba szukać swoich sposobów na zabicie nudy. Dobre to będzie też dla mózgu, kombinowanie mu nie zaszkodzi:)

Na drutach też zaczęłam robić z nudy.

Komiks jest tylko jedną z dróg(:

 

idzie mi źle (postanowienia noworoczne)

Notatka na marginesie

new years evemuszę się do czegoś przyznać. Daję ciała po całości. Realizacja moich postanowień noworocznych nawet nie została rozpoczęta. A przecież miało być tak pięknie… Ech!

  1. dalej się ładnie rehabilitować bez marudzenia – cóż, rehabilituję się, ale mniej.  I marudzę. więc nie jest pięknie
  2. wrócić do gry na gitarze (co wymaga większej sprawności w lewej łapie) i gry na pianinie! – gitary nie dotknęłam, na pianinie ćwiczę sporadycznie. Może jutro coś się zmieni?
  3. nauczyć się hiszpańskiego na tyle, żeby móc go sobie wpisać do CV – tu jest różnie. Przez wakacje zaniedbałam hiszpański, ale teraz ładnie wracam.
  4. znaleźć (lub wymyślić) fajną robotę i wrócić do pracy, która przynosi pieniądze – no no no nono, no gut.
  5. nigdy nie zaniedbać mojej lewaczki.pl – piszę rzadziej, ale się staram. Więc tu jest dobrze.
  6. wrócić do podróżowania (sorry mamo;) – powolutku, coś tam się dzieje, niezbyt dużo.
  7. zaśpiewać płynnie całą piosenkę:) – absolutnie nie. Nie daję rady.
  8. trzymać zdrowy dystans – i tu jest i dobrze, i źle. W zależności od tego, w jakim nastroju jestem.
  9. schudnąć – najgorzej. Nie pytajcie.
  10. uratować świat – :))) jeszcze się zdarzy!
  11. Zrobić tak, żeby następny rok był lepszy od poprzedniego – wiecie jak jest. ewaluacja dopiero za kilka miesięcy:)

Dopiero pierwszy kwartał się kończy. Czasu jest sporo wciąż. ;)

 

Dziękuję moim przyjaciołom. Są najlepsi na świecie.

DSC_0193

część jedzenia, które zrobiłam (z pomocą!) na przyjęcie wydane w podziękowaniu dla moich kochanych gości. Zaproszeni byli tylko ludzie, którzy mnie odwiedzili w szpitalu. I dobrze, że nie wszyscy mogli wtedy przyjść, bo by się nie pomieścili na chacie;)

Osoba po udarze jest często zupełnie zależna od rodziny (to można poczytać o mojej mamusi, tacie, i Radku, zwanym również ostatnio Ryjem Niemytym). Ale czasem równie ważni są przyjaciele.

W moim przypadku byli tak ważni, że nie mam pojęcia, jak bym przetrwała, pierwsze, najcięższe miesiące w szpitalu, które były naprawdę ciężkie. Bez przyjaciółki prawdopodobnie w ogóle bym nie przeżyła.

To Stefan znalazła mnie w łazience, to ona, a nie mój ówczesny chłopak, pojechała za karetką do szpitala, to ona powiedziała lekarzom, na co choruję, to ona zaalarmowała moich rodziców, żeby mogli się zjawić u mnie tej samej nocy. I to ona była organizatorem mojego pierwotnego szpitalnego życia towarzyskiego:) Tak doskonałym, że lekarze nie mieli za dużo pretensji o pielgrzymki na mojej sali. Stefan była i jest kochaną przyjaciółką i powierniczką, której teraz jeszcze zawdzięczam życie i pierwsze poudarowe uśmiechy. How cool is she? ((:

Resztę przyjaciół mogłabym tu wymieniać po kolei, chciałabym każdemu poświęcić wpis, ale chyba życia by mi nie starczyło, gdybym miała wszystkich tych kochanych ludzi, którzy pokonywali kilometry albo setki kilometrów żeby mnie podtrzymać na duchu. Naprawdę, większość ludzi, których uważałam za przyjaciół, zdało ten ciężki egzamin śpiewająco. Inni, którzy nie zdali na celujący, dostają niższe noty, ale nie mierny. Nie każdy potrafi się odnaleźć w ciężkiej sytuacji. Rozumiem to. Są osoby, na których się zawiodłam, ale to kropla w morzu przyjaźni i uśmiechu wokół.

Nigdy nie przestanę się temu, ilu mam wspaniałych przyjaciół i znajomych. Nawet tych dalszych, o których nie pomyślałabym, że chcieliby się pofatygować do smutnego szpitala z truskawkami czy przemycaną butelką coli(; Chyba po prostu niektórzy ludzie mają dobre, życzliwe serduszka. A jeśli nie, to są przyzwoici. A jeśli nawet nie są przyzwoici, to przynajmniej mnie lubią( ;

A udar jest naprawdę ciężkim sprawdzianem dla przyjaźni. Wymaga masy zrozumienia, cierpliwości i optymizmu i z tego, co widzę, więcej ze strony przyjaciół, niż udarowca. Ja się czułam głupio za każdym razem, kiedy zasypiałam podczas wizyty przyjaciół, ale co mogłam zrobić.

Problem w tym, że nawet najbliższa osoba nie do końca zrozumie twój pierdolnik w głowie. I te zmiany, z którymi się zmagasz. I tu trzeba dużo zrozumienia. Ja mam łatwą do wprowadzenia strategię. Niektórych rzeczy nie tłumaczę. Nie staram się. Nie mam na to słów. Czytam o nich,  podpytuję innych udarowców, którzy ‚tam byli’ i łatwiej im przychodzi zrozumienie moich zmian.

Rok temu moi przyjaciele ze studiów zorganizowali mi przyjęcie urodzinowe. Było cudne. Czułam się prawie jak na wolności. Urodepresja była wcześniej.  Dostałam czekoladowy tort, najlepszy na świecie, którym najpierw wyświniłam całą salę (nie utrzymałam swojego kawałka) potem zjadłam kawał bez wyrzutów sumienia. Siedzieli u mnie do czasu, aż ich wyrzuciła pani doktor. I imprezę miałam dobrą. Naprawdę fajną:)

urodziny w szpitalu

Już wtedy mogłam chodzić z balkonikiem!

Dziękuję wam wszystkim. Kocham was bardzo i chciałabym, żebyście wszyscy wiedzieli, że doceniam was bardziej, niż to widać. Jak wygram 10 milionów to mi nie starczy forsy, żeby się wam odwdzięczyć, wszystkie moje Syny i nie Syny. Nie szkodzi, bo wszyscy dobrze wiemy, że nikt z was nigdy nie będzie z takim bidokiem-rencistą dla pieniędzy;)

Teraz oddalam się z bloga, pogrążać się w dorocznej urodepresji i zamknąć najbardziej obfity w święta okres w roku.

PS

dziękuję wam również za to, że rozumiecie moją niedyspozycję po udarze mózgu. i to, że czasem muszę wyjść z imprezy, zanim się zacznie. Nie Daruś, nie Tobie. Do Ciebie nigdy nie dotrze, że naprawdę nie mogę już łoić wódy jak niegdyś…

PS2

naprawdę ciężko jest być samotnym w szpitalu. dzięki każdej waszej wizycie chciało mi się walczyć trochę bardziej. gdyby nie wy, nie byłabym tu, gdzie jestem:)

Noworoczne postanowienia + sylwester w szpitalu

A co!
myCały świat robi, zrobię i ja;)

 

  1. dalej się ładnie rehabilitować bez marudzenia
  2. wrócić do gry na gitarze (co wymaga większej sprawności w lewej łapie) i gry na pianinie!
  3. nauczyć się hiszpańskiego na tyle, żeby móc go sobie wpisać do CV
  4. znaleźć (lub wymyślić) fajną robotę i wrócić do pracy, która przynosi pieniądze
  5. nigdy nie zaniedbać mojej lewaczki.pl
  6. wrócić do podróżowania (sorry mamo;)
  7. zaśpiewać płynnie całą piosenkę:)
  8. trzymać zdrowy dystans
  9. schudnąć
  10. uratować świat

W zeszłym roku sylwestra spędziłam w szpitalu. Pani dr dyżurna wygoniła tatę i brata, chłopak poszedł sam z siebie wcześniej. Ja leżałam sama na sali, wiedząc że większość ludzi się gdzieś tam bawi. Mogłam włączyć sylwestra z dwójką, ale zdecydowałam się na chlipanie. Od lat impreza 31 grudnia była moją ulubioną w roku. A tu nagle… Teraz nie mam siły na całonocne hulanki wśród tłumów, więc będzie spokojnie, ale ładnie.

Przeżywanie wszystkiego po raz pierwszy po udarze chyba właśnie dobiega końca. Źle nie jest. Mogło być dużo gorzej.

Wszystkiego dobrego, pieniędzy, zdrowia, uśmiechu i samych dobrych ludzi wokół wam życzę na nowy rok. Do Siego!

11. Zrobić tak, żeby następny rok był lepszy od poprzedniego.

do zabawy! – ja i konsola w rehabilitacji

Kiedy moja rehabilitantka pierwszy raz postawiła mnie przed konsolą – Nintendo Wii bodajże – byłam zachwycona. Niklawiaturae jestem typem gracza, w życiu nie miałam playstation czy innej konsoli, nie mówiąc już o tych szczytach techniki czytających ruch. I tu nagle, po raz pewnie piąty w życiu, kazano mi się bawić, ku zdrowotności.

Grałam we wspinaczkę. Rąsia do góry – złap, druga rąsia do góry – złap, podciągnij się, skocz… oczywiście było ciężko:)

początkowo nie zorientowałam się, że konsola ‚widzi’ nawet moje dłonie i nie wiedziałam, że muszę łapać… potem, , jak to ogarnęłam, treningi były żmudne i trudne. Wyzwań było mnóstwo – od wyciągnięcia rąk w górę po koordynację.

Nigdy nie wygrałam swojego wyścigu wspinaczkowego, nawet na najłatwiejszych trasach, ale były już takie, w których nie byłam ostatnia, więc i tu widziałam efekty swojej pracy.

Problem w tym, że nawet konsola może się znudzić. po jakichś 2 tygodniach zajmowania się sobą miałam jej dość. Czułam efekty – naprawdę, przede wszystkim ręka się wzmocniła, nawet wydolnościowo było trochę lepiej – w sensie już pół godziny przed ekranem było do przetrwania;) – ale samo granie mnie nudziło. wróciłam więc do ‚tradycyjniejszej’ rehabilitacji:)

 

wg badań terapia kończyn górnych za pomocą konsoli wii działa;) tu można o tym poczytać:)

 

Budujemy wieże;)

Wczorajsza wyprawa do Biedronki przypomniała mi o tym, że chwytający już udarowiec, może stać się nieudolnym budowniczym. Tata próbował namówić mnie na domki z kart (hahaha), ale pani rehabilitantka postawiła na coś innego – klocki, w szczególności grę,  w którą lubiłam przedudarowo pograć: Jengę:)

jenga

 

Znacie to? Najpierw układa się wieżę, potem wyjmuje po klocuszku i próbuje nie rozwalić. Dla zdrowego początkowo łatwe, potem trudniejsze, na końcu i każdy zdrowy narobi rabanu rozwalającymi się klockami. Takie jest życie, każda wieża w końcu upadnie (czytaliście Władcę Pierścieni? Widzieliście Krzywą Wieżę w Pizie? czytaliście Biblię?).

No ale los udarowca jest taki, że musi budować swoje wieże od nowa;p W końcu może się okazać, że jeśli zmusimy znajomego do gry ‚nie tą ręką’ w końcu nie przegramy:)

Ja lubię też wersję szybszą, która pozwala na kontrolę postępów. Klocuszki kładzie się jeden na drugim, tworząc rosnący, równoramienny krzyż. Kilkanaście to świetny wynik, do którego doszłam po tygodniach ćwiczeń. Kilka klocków jeden na drugim były powodem do dumy. A każdorazowa wywrotka wieży powodowała krzyk rehabilitantki przez pół sali ‚ile?’ i śmiech drugiej ‚nic się nie stało, pani Kasiu, nic się nie stało’. Musiałam to policzyć. Uwierzcie, liczenie do dziesięciu było dla mnie wyzwaniem wtedy, teraz także czasem jest;) te kilkanaście to było też wyzwanie. liczyłam więc i  sobie budowałam dalej. Pół godziny.

To ćwiczyło nie tylko precyzję:) ale też uspokajanie dłoni. Jeśli łapa ci się trzęsie jak studentowi na kacu, dziesięciu klocków nie ułożysz nigdy. Uwierzcie mi, nie jest łatwo.

Nie polecam Jengi codziennie, raczej jako odmianę i odpoczynek od fasolek i innych ćwiczeń;) Szkoda, żeby się znudziła.

Szpitalna Jenga jest trochę mniejsza, więc krzywdy mi nie zrobiła;)

 

Znajdź sobie nowe hobby…

Na konferencji o której tyle pisałam padło zdanie, które kołacze mi się po głowie straszliwie.

„jeśli nie możesz kontynuować swojego hobby, znajdź sobie inne”.

I to jest takie ostateczne, że aż zachciało mi się płakać (wiecie, jestem bardzo emocjonalna jeśli chodzi o temat straty),jak wtedy, kiedy tata mi powiedział

„będziesz jeszcze pisać. Nie dostaniesz Nobla z literatury, ale pisać będziesz”.

Tata mówi, że nigdy mnie nie widział tak smutnej, jak wtedy, kiedy to powiedział.

I rzeczywiście, jechałam  na rowerze i robiłam wszystko, żeby się nie dać złom pocieknąć.

Oczywiście tata nie miał niczego koszmarnego na myśli, osatecznie nie napisałam samodzielnie żadnej książki, ale to dla mnie znaczyło mnóstwo rzeczy  ze sfery opuszczonych marzeń (nie zmienię nigdy niczyjgo życia tak, jak (tu wstaw nazwisko jednego z moich ulubionych pisarzy) niektórzy pisarze zmienili moje.  I nigdy już nie będę porządnie moimi 4/5 mózgu.

To, mimo wielu trudnych momentów,byl jeden z najgorszych. Nigdy nie powiedziałabym choremu ‚zrezygnuj z pasji’. Mogłabym powiedzieć ‚znajdź sobie coś zastępczego’ ale nie powiem ‚nawet nie myśl o tym’, wszystko może się wydarzyć, mózg to tajemnicza maszyna, a treningi mogą czynić cuda. Tak jak przed udarem, nie wszyscy, my udarowcy, mieliśmy dostać Nobla, ale nie widzę powodu dla którego trzebaby przestać o nim marzyć i robić co w naszych mocach, żeby go zdobyć. Nie na tym polega pasja? Czy hobby?

Ok, osoba niechodzaca nie pójdzie na poranny jogging, a ktoś kto stracił wzrok nie ułoży nawet kawałka tradycyjnego puzzla. Ale przecież można wciąż interesować się bieganiem i korzystać z takich puzzli. Dużo jest stracone, ale nie wszystko. Najgorzej jest stracić to, co się kocha.

Ja np.kocham pisać. I pisze, wciąż niedobrze, ale coraz lepiej, nawet ja to przyznaję.

Uwielbiam podróżować i mimo że łapie mnie non stop choroba lokomocyjna, nie odmawiam podróży jak tylko mogę (: wspomnienia zostają dobre, a nie złe :)

Kiedyś lubiłam biegać, docenialam oczyszczającą moc biegu. I po udarze nauczyłam się chodzić, ale nie mogłam pobiec. Nie powinno być przeciwwskazan, bo byłam już wystarczająco sprawna i co? Krok po kroku, z pomocą mojej pani Madzi, doszlam do truchtu. I teraz sobie truchtam czasem :)

Mam masę książek, które koniecznie chciałabym przeczytać, ale nie mogę. Ich skomplikowanosc nie pozwala mi przebrnąć dwóch stron. Ale w styczniu czytałam tylko krótkie notki in na głos… Więc wiecie,nie teraz, to kiedy indziej(: Są rzeczy, które bardzo bym chciała robić, ale nie mogę. Ale nie chce się na tym skupiać ma co dzień, lepiej myśleć, że czasowo nie daje rady.

Sama siebie nie poznaje w takim pozytywnym wydaniu.  Jak komuś powiem,że jestem pesymista, niech mi pokaże te notkę. Przyznam wtedy, że tylko w 90%:)

Jak jest mi bardzo smutno,  że czegoś nie mam /nie mogę, to trochę się z siebie nabijam i robię sobie painta. Dam wam zobaczyć kilka – bo czemu nie? (; fantazja jest pod tego żeby bawić się!

FB_IMG_1447954200711FB_IMG_1447954110259FB_IMG_1447954116520FB_IMG_1447954137739FB_IMG_1447954144090FB_IMG_1447954152926FB_IMG_1447954163510FB_IMG_1447954175743FB_IMG_1447954182925

Jak nie lubię telewizji. Szczególnie w szpitalu

pilotSzpital to środowisko, w którym raczej na sali nie poleżysz z przyjaciółką, z którą przegadasz całą noc. Szpital to środowisko, w którym cały czas trwa walka o dominację na sali. Wygrywa pacjent, który decyduje, kiedy i co się ogląda na sali. Mówię to serio.

To wszystko, co się dzieje wokół telewizora, jest bardzo zabawne. Najpierw wzajemne obwąchiwanie, kto ma jakie zwyczaje telewizyjne. Możesz mówić, że nie oglądasz, ale to nie ma znaczenia. Skoro stoi, to ma grać. Nieoglądający zazwyczaj wycofują się, bo skoro stoi, ma grać.

Jest jeden plusik – telewizja szpitalna jest przeważnie płatna. Niestety niedużo, za kilka złotych może grać od rana do wieczora. Idąc do szpitala, trzeba być przygotowanym na wydawanie dwuzłotówek. Dostawy zawsze w cenie, jak nie dla ciebie, to dla kogo innego się przyda. Po południu, czasem wieczorem, zaczynały się wędrówki ludów w poszukiwaniu dwuzłotówek, nieprzygotowanych zawczasu. Ach, jakie garści klepaków miałam w szufladzie w zamian za  okrągłe sumki. Ach, jak karnie się składałam na wieczór jazgotu, od którego odwracałam się plecami w słuchawkach.

Z jakim zainteresowaniem słuchałam awantury o telewizor w innym pokoju. Pani nr 1 chciała oglądać, druga chciała wyłączać. Rozumiem i jedną, i drugą, ale to nie do rozwiązania. Krzykana i były, wyzywanie, a salomonowy wyrok nie był możliwy. Koniec końców zasada została prosta – oglądanie do 22, nie dłużej.

Były i inne rzeczy. Zagadałyśmy się z panią Marią. Nagle usłyszałyśmy walenie pięścią w ścianę. Ok, za późno, za głośno i przeszłyśmy do szeptu. Nie usłyszałyśmy się, bo z tej pukającej sali zagłuszył nas telewizor.

Mój towarzysz stołówkowy, którego bardzo lubiłam, niestety imienia nie pamiętam… żalił się czasem na swoich współlokatorów. Robił to z takim humorem, że nie sposób było opuszczać posiłki;) jeden z tych współlokatorów, zyskał miano Telemaniaka. Telemaniak był gościem bezsennym. Miał swój telewizor (w Konstancinie nie było telewizorów na salach!) i ubytki słuchu. Wyobraźcie sobie mojego kolegę przy śniadaniu, uśmiechającego się mimo tego, że  do rana zasypiał przy telewizorze i od rana drzemał przy nim.

W Konstancinie była świetlica z telewizją. I odbiornik na korytarzu. Kiedy był mecz piłki ręcznej, cały szpital siedział i patrzył. Najzabawniejsza jednak była pora ‚Wspaniałego stulecia’, tureckiej telenoweli o życiu Sulejmana Prawodawcy. Była jeszcze w czasie zajęć, wszyscy idący, zwalniali, żeby popatrzeć. Wracając ustawiali się za kanapą i patrzyli. Miejsc było zawsze za mało:)

To rozwiązanie było dobre – przynajmniej na salach nie było jazgotu. Ludzie sobie mieli o czym pogadać potem, rozmawiali, tworzyła się fajna wspólnota osób, które były zamknięte razem na rehabilitacyjnej odsiadce.

Ja sama telewizor włączyłam raz, po wyjściu z SINN-u, na neurologii. Byłam sama na sali. Za 6 zł mogłam oglądać do nocy. NIC NIE BYŁO W TYM PUDLE. Nawet wiadomości. Obejrzałyśmy ze Świnią zły dokument o świniach, resztę pieniędzy straciłam. Jak pamiętacie, mnie hałas męczy. Więcej nie popełniłam tego błędu:)

 

grajmy sobie analogowo! – gry po udarze

games, pokerKiedy leżałam na pierwszej rehabilitacji, byłam zrozpaczona. Mimo pracy z neuropsychologiem, zadań domowych, oglądania filmów, prób czytania, uświadamiałam sobie, że ten syf, który mam w głowie, będzie porządkowany dużo dłużej, niż przypuszczałam początkowo.

Napisałam więc do swojej byłej wykładowczyni, która miała z nami przedmiot ‚psychologia komunikacji’, który w dużej mierze, z tego co pamiętam, opierał się właśnie na takich neuro-ćwiczeniach. Jeśli nie na koncentrację, to na kreatywność.

Odpowiedź, którą otrzymałam, bardzo mi się podobała. Graj, Kaśka, w gry. Nawet proste. Zapraszaj znajomych na partyjkę scrabbli. Obok tego sudoku się sprawdza do samodzielnej pracy. I o tamtej pory starałam się nie wypuszczać moich gości bez rozegrania partyjki czegoś. Graliśmy w makao (tego nienawidzę, tak przed udarem i po udarze), scrabble, Kolejkę czy jakieś ‚Pan tu nie stał’, państwa miasta,. Było super, przegrywałam jak zawsze (tylko w scrabble mi się udawało czasem zwyciężyć, ale w to przed udarem byłam mocno wyćwiczona), jak się nie skupiałam i coś źle robiłam, znajomi śmiali się i dokazywali. Kolejna rehabilitacja to byli inni goście, przychodzili już ze skomplikowanymi planszówkami, których uczyłam się powolnie, ale je pokochałam i mogę grrrraaaać. Teraz, przeszło pół roku później, jestem w stanie zagrać nawet w skomplikowane gry, jeśli ktoś dobrze wytłumaczy mi zasady. I chcę grać!

Tu na wczasach jest z tym słabizna. Kupiłam karty, chciałam przypomnieć sobie pokera, ale się nie udaje. Zapraszamy znajomych na poksa, a oni nie chcą grać. Zapraszam brata na partyjkę, ale zmęczony. A przez to, że na Cyprze hazard jest trochę zabroniony, przez sieć też nie przegram majątku.

Podobno granie synchronizuje półkule mózgowe. Rozwija też na pewno koncentrację, myślenie logiczne, ‚social-skille’, a ze wszystkim jestem trochę na bakier. I sprawia mnóstwo frajdy. I gry są naprawdę na każdym poziomie. Z dzieciakami gra się w najnudniejszą grę świata, wojnę. Są miliony gier, w które można grać z udarowcem, kiedy wyjdzie z fazy ‚chce mi się spaaaaaaaaaać, zostawcie mnie w spokoju’. Taka praca po godzinach, na pewno przyjemniejsza, niż męczenie się z tekstem z lukami od neuropsychologa;)

Jestem typem przegrywacza-pechowca, dlatego przegrane mnie w ogóle nie smucą i nie załamują. Powiem nawet więcej – jak wygrywam, zachowuję się bardzo źle. Tak źle, że nie daję zapomnieć innym, że PRZEGRALI ZE MNĄ. A teraz, że PRZEGRALI Z UDAROWCEM. Wyzywam też innych (najczęściej od dziwek bez szkoły… dlaczego? nie mam pojęcia)

Zachowuję się gorzej niż Hammond:

Jak nie wierzycie, zapytajcie moich przyjaciół;)

The efficacy of Wii-based Movement Therapy for upper limb rehabilitation in the chronic poststroke period: a randomized controlled trial