Mój drugi udar

bicyclewydarzył się, gdy z mamą uskuteczniałyśmy zdrowy tryb życia.

Pojechałyśmy na wycieczkę rowerową, miałyśmy w planach nieco ponad 30 kilometrów. Czerwona flaga, brak pogody na plażowanie, ale mnie jakoś morze uspokaja, jak nie ma przy nim tłumów. Było ślicznie, początkowo pachniało lasem, później morzem, na końcu mżawką, która nagle zmieniła się w ulewę.  Ok, zrobiło się zimno, ale jakoś się jechało.

Strasznie mi zdrętwiała lewa ręka, aż musiałam się zatrzymać, żeby ją rozprostować z pomocą prawej. Oczywiście myślałam, że jestem tak wydelikacona, że to przez ziąb.  Mama patrzyła

na mnie tymi przestraszonymi oczami, więc umówiłyśmy się że dojedziemy do Dziwnówka, zjemy rybę i ona pojedzie po auto. Dojechałyśmy do smażalni i mama uznała że nie będzie czekać, co było sensowne, bo obie ociekałyśmy. Postanowiłam, że jak wróci, to zadzwonimy do mojej neurolog zapytać o radę.

Zamówiłam rybę i sok pomarańczowy. I nagle zorientowałam się, że nie jestem w stanie go odkręcić, a potem, że nawet utrzymać w dłoni. No to było coś. Podeszłam do pani przy kasie i zapytałam

Przepraszam, czy opada mi pół twarzy?

DCF 1.0

DCF 1.0

a ona się rozchitotała. Sama wiem, że to było dziwne pytanie, ale potem powiedziałam jej, że chyba przechodzę udar mózgu i  wytłumaczyłam jej skąd wiem. Nie wiem jak, bo czułam się bardzo, ale to bardzo zdezorientowana i żałowałam już, że wysłałam mamę po auto. Kiedy zorientowałam się, że nie jestem w stanie odwinąć sztućców i ze jest coraz gorzej zdecydowalam, ze czas zadzwonic po pogotowie i sprawdzilam godzine z paragonu, zeby wiedziec mniej wiecej o której pojawily sie objawy. W zgłaszaniu pomagało pół smażalni Przystanek Alaska w Dziwnówku, bardzo wszystkim dziękuję za pomoc i życzliwość:)

ja: Dzien dobry, chyba przechodzę udar mózgu

pani: a skąd pani wie?

ja: bo kiedyś już miałam…

pani: kiedy?

ja:no z 2 lata temu

pani: a jakie ma pani objawy?

ja: no na pewno niedowład, ale nie straciłam przytomności.

Pani: no i co by pani chciała?

ja: …

Pani? Wezwać karetkę?

Ja: tak.

no i tu nastąpiła długa próba przypomnienia sobie i dowiedzenia się gdzie jestem. 

I udało się:) W momencie w którym pojawiła się moja rybka na stole, wróciła mama i zajechała karetka. Zostałam zbadana, pan ratownik bardzo ładnie się mną zajmował, jechałam częściowo na sygnale i wszystko pamiętam! Z karetki zadzwoniłam do braciszka, nawet na kamerze. I powiedział mi, że wygladam dużo lepiej niż za pierwszym razem i żebym się nie bała.

Oczywiście że się bałam, ale nie śmierci, tego się raczej nie boję, ale tego, że znowu czeka mnie mnóstwo pracy i że drugi udar jeszcze bardziej mnie zdołuje. I mój powrót do świata aktywnych pewnie znowu się odwlecze o kilka lat. Bardzo się tego bałam i dalej się boję.

pogotowieW szpitalu pamiętam wszystko jakby mniej. wszystko mnie irytowało, Bo już byłam zmęczona naprawdę i coraz mniej potrafiłam sobie przypomnieć. Oczywiście powiedziałam wszystko, co pamiętałam… W końcu się pani doktor zdecydowała się na trobolizę. Objawy trochę mi się zmniejszyły, ale nie do końca, a skany głowy nie były tak  czytelne, bo nie było wiadomo, które ubytki są nowe, a które stare, i nie wiadomo było zbyt wiele. ile razy słyszałam w tym szpitalu „no nie widziałam/em pani przed udarem”, nie policzę.

Koniec końców nawet nie zauważyłam kiedy podano mi trobolizę na którą zgody nie pamiętam, ale pewnie ją wyraziłam, a kiedy tata, mama i ich przyjaciel stali patrząc na mnie tym wzrokiem. I poszli. A ja zostałam namówiona na tabletkę nasenną i spałam świetnie.

PS

Nie jestem lekarzem, ale rozonałam u siebie udar po niedowładzie i „dziwnym” czuciu się. Świat nie wirował, ale był odrobinę inny.  I wiecie, jak trudno wytłumaczyć to lekarzowi? Rozmowa kwalifikacyjna to przy tym pikuś.

 

umiesz liczyć? licz na palcach!

od udaru mam straszne problemy z liczeniem. Przeliczenie pieniędzy w portfelu jest zazwyczaj ponad moje siły, mimo że pieniędzy nigdy nie mam dużo;)

największe sprawia mi nie mnożenie, dzielenie czy odejmowanie, tylko proste odliczanie po kolei. Często policzenie do 10 czy 20 wymaga kilku prób. A to przecież jest potrzebne!

swoje kominy robię na 30 oczek (czyli muszę doliczyć do 30;p0

na basenie zazwyczaj przepływam 20-36 basenów (1 km-1,8 km)

w zagadkach logicznych muszę liczyć… kaskę muszę policzyć czasem, łyżki mąki do ciasta, wiecie, najprostsze rzeczy sprawiają mi takie trudności, że czasem nawet się poddaję – ostatecznie, jak zrobię 1400 m, a nie 1500, nikt nie umrze.

nie wiem, od czego to zależy. prawdopodobnie koncentracji mi nie starcza. ale na policzenie do 10? szczerze mówiąc łatwiej mi policzyć do 10 po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, a nawet koślawym arabsku, niż po polsku – nie mam pojęcia dlaczego. Może dlatego, że po polsku nie liczę po to, żeby liczyć, tylko po to, żeby COŚ POLICZYĆ? A może dlatego, że kiedy liczę w obcym języku inne ośrodki w mózgu się uruchamiają – bardziej ‚lingwistyczne’ niż ‚matematyczne’?

ale szukam na to liczenie sposobów. na szybkie przeliczenie łączę w trójki i nadaję śpiewny rytm wypowiedzi, jakbym nuciła cyfrową piosenkę. na wielokrotnościach cyfry 3 (i 5, jak coś jest podzielne przez 5) się zatrzymuję na chwilkę, zbieram koncentrację, a potem lecę dalej. i jakoś gra.

klepaki (monety;p) łączę w kupki i jakoś leci. do tej metody trzeba stołu niestety:(

na basenie skupiam się na drugich pięćdziesiątkach, wyśpiewuję sobie w myśli na przykład dwieeeeeeście czteeeeeeeeeeryyyy dwieścieeeeeeeeeee cztery, co znaczy, że jak skończę basen, będę miała zrobione dwieście metrów przez przepłynięcie czterech basenów. Czasem się udaje bez niczego policzyć, a czasem to się tak wbija w głowę, że musisz pomyśleć ‚hejże, już płynęłam raz te dwieeeeeeeeście metrów, jestem na trzyyyyyyystaaaaaa już’. Na szczęście moja mama pływa obok i liczy mi też baseny, zazwyczaj nasze rachunki się zgadzają;)

i takimi sposobami sobie jakoś radzę w tych podstawowych rachunkach. dziś drugi raz w życiu wyszedł mi obrazek logiczny. Poziom 1, najłatwiejszy, ale jestem mega dumna, bo znaczy, że wszystko odliczyłam dobrze;p

grinders, logi, logimix

mój Nootropil, lek prokognitywny troszkę pomaga na to. Myślę, że to nie przypadek, że lepiej idą mi te obrazki na prochach, niż bez nich (;

ćwiczenie czyni mistrza. to sobie spróbuję z kolejnym obrazkiem:)

PS

alfabetu też nie powiem. nie ma mowy. szukanie w słowniku przebiega u mnie tak. mam literkę – na czuja oceniam w której części alfabetu jest (do ‚ł’ to dla mnie pierwsza część;p) potem oceniam w pobliżu których innych literek się znajduje np ‚mnopqr’ to jedna grupa dla mnie. i potem idę do odpowiedniej części alfabetu i jak strzała mówię sobie go w myślach i gdzieś tam powinna być literka;) po angielsku śpiewam sobie piosenkę

zacinam się przy V, czasem w ogóle nie(; na szczęście nikt (poza panią Magdą!)nie wymagał ode mnie recytowania alfabetu. ale umiejętność może być przydatna – w ostatniej pracy, gdzie musiałam wyszukiwać umowy czy potwierdzenia, znajomość alfabetu się przydawała;p

 

29 października – refleksja na światowy dzień udaru mózgu

left hand29 października obchodzimy  światowy dzień udaru mózgu. I w związku z tym zastanawiam się nad tym, dlaczego prowadzę tego bloga. Kołacze mi się to od jakiegoś czasu to pytanie, bo zdałam sobie sprawę z tego, że od kilku miesięcy sprzedaję prawie najbardziej intymne szczegóły swojego życia. Pal sześć fasolki, ale o niektórych rzeczach naprawdę ciężko mi się mówi nawet lekarzom. Albo najbliższym przyjaciołom. O niektórych nikomu nie mówię, bo jest ciężko i po prostu piszę. To nie zawsze przychodzi z łatwością i to nie dlatego, że lewa ręka źle pracuje i że formułowanie pełnych zdań było kiedyś łatwiejsze.

Myślę, że robię to przez coś, co na anglojęzycznych stronach oznacza się hasztagiem #StrokeHero.

Pod nim można przeczytać dziesiątki (setki?) inspirujących udarowców, którzy są inspirujący, są ważni dla swoich bliskich i przede wszystkim nie poddali się.

Po udarze cały czas słyszałam udar, udar, wylew, udar, wylew… i nie wiedziałam o co chodzi, nie wiedziałam co się dzieje. Kiedy oddano mi telefon, w końcu mogłam sobie wygloogować o co chodzi, dlaczego wszyscy mają takie smutne oczy i się przeraziłam. Umówmy się – po udarze nie byłam (i nadal nie jestem) najlepszym researcherem na świecie, ale miałam być niezdolnym do niczego kaleką. Do końca życia. Szukałam więc blogów. Były jakieś, ale też jakoś nie dawały:

  • nadziei
  • porad
  • wglądu do świata udarowca.

Może są takie polskie blogi, nie twierdzę że nie, ale ja ich wtedy nie widziałam. Nie wiedziałam, choć w przybliżeniu, co może mnie czekać. Przez jakie bitwy będę musiała przejść… I wtedy zobaczyłam, że warto o tym napisać, zostawić swoje świadectwo trochę dla mnie, trochę dla innych. Wiedziałam wtedy, że czeka mnie walka taka, której nie mogę przegrać, bo przegram życie. A kto chciałby tyle przegrać? ( ;

Mówiłam sobie wtedy, że jeśli będę o tym pisać, szukać informacji, będę powoli wracać do formy intelektualnej. Będę mogła się sobą lepiej zajmować, lepiej się rehabilitować, lepiej walczyć. Ok, to dla mnie. Ale mówiłam też, że jeśli mój blog pomoże choćby jednej osobie, to będę wiedziała, że naprawdę warto było. I dostałam pierwsze komentarze od pani Ani, której mama jest po udarze . Poryczałam się po nich ze szczęścia – bo wiedziałam, że warto było sprzedać intymność.

Absolutnie nie uważam się za StrokeHero, ale wiem, że warto próbować nim być. I że każdy po udarze musi cały czas pracować nad tym, żeby jego pani Madzia nie powiedziała nagle ‚no, pani Kasiu, chyba nie za bardzo ćwiczy pani buzię, jest gorzej’. I naprawdę, naprawdę, najbardziej chciałabym, żeby w tej paskudnej przypadłości, każdy udarowiec, czy może jego bliski (…) odnalazł sobie trochę motywacji i uśmiechu. Mówię to ja, ze stwierdzoną (leczoną) depresją i widząca wszystko w czarnych barwach. Tak jest łatwiej, naprawdę łatwiej.

Wszystkim w jakiś sposób dotkniętym udarami w ten dzien i zawsze w ogóle życzę zdrowia, cierpliwości i możliwości dostrzeżenia, ze każdy krok, który robimy, jest powodem do dumy:)  ja z siebie jestem dumna bardzo dumna;p

PS

można się śmiać, że wszystko, od tabliczki mnożenia, przez niepodległość, do naszych mam ma swoje święta. Ja też się śmieję. Ale skoro dzięki temu może ktoś zwróci uwagę na udar mózgu, jest git – śmiejmy się razem.

Weekend wyjazdowy (i skutki weekendu)

beautiful chairJeszcze w pierwszym czy drugim szpitalu powiedziałam mamie, że nawet dobrze, że jestem na chorobowym, będę miała czas na podróżowanie. Mama (z bardzo zmartwioną miną) odrzekła wtedy, że trochę będę musiała przeczekać i najlepiej żebym przez pierwsze pół roku siedziała w domu. Później nie mogłam spać kilka nocy, bo tak przeżywałam swoje uziemienie.

A tu weekend wyjazdowy, urodziny kumpla. Impreza, rozmowy do rana, śmiech do bólu brzucha, powrót do domu, od razu rehabilitacja, film i sen.

Było nieźle chyba – kolega powiedział że nie widzi różnicy (!) między mną sprzed i po u., ale różnica może być taka, że wcześniej mogliśmy nigdy nie widzieć się na trzeźwo lub bez kaca.

Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach, żeby podołać. Na szczęście nikt nie oczekiwał, że będę brać udział w dyskusji, a kiedy już się odzywałam, raczej się nie wcinano i spokojnie dawano mi dokończyć:)

Fizyczne zmęczenie ogromne, ale do ogarnięcia na tyle, żeby przemieszczać się z lokalu do lokalu, z taksówki do parku, z parku do restauracji, z restauracji na Wildę.

Po 2,5 dnia powrót, ledwie się przebrałam – rehabilitacja i łóżeczko.

Wczoraj i dziś się zbieram owoce, same zgniłki:

zły nastrój, ból głowy, mdłości nawet bez samochodu, w samochodzie dużo gorsze niż podczas kilkugodzinnej podróży do Poznania, zmęczenie jak po maratonie, nie ma mowy o hiszpańskim i o zagadkach logicznych, zrealizowałam plan minimum i to wszystko. Ogólnie stan psychofizyczny balonika z którego spuszczono powietrze.

Po podróży – każdej podróży, nie chodzi tylko o imprezy urodzinowe – chodzi też o podróż do szpitala, na uczelnię po papiery itd. powrót do bezbolesnej normy trwa u mnie mniej więcej 3 dni. Zgaduję, że obecnie mam 1 to go. 

Podróż to chaos w którym się nie odnajduję, wysiłek do granic wytrzymałości, robienie dobrej miny do złej gry i długi powrót do normy.

To wszystko mówi osoba, która czuła się chora, jeśli nie miała w przewidywalnej perspektywie czasowej zaplanowanej wycieczki, która wiecznie spłacała pożyczki zaciągnięte na podróże. Która potrafiła pojechać przez pół polski, żeby zobaczyć jakiś koncert, i jeszcze tej samej nocy wrócić. A teraz podróżowanie nie jest dla mnie, bo boli. I nie pozwala mi dobrze ćwiczyć nawet po powrocie – jestem rozbita, z bólu i zmęczenia. I nie mam ochoty na nic. I marzę sobie o tym, żeby wrócić do pełnego zdrowia. I żeby mieć siły (i środki) na to, co mi kiedyś sprawiało największą przyjemność.

I nie piszę tego, żeby się żalić – bardziej po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, że zmiany w każdej sferze życia, nawet w takich pierdołach, jak podróże, mogą bardzo doskwierać. Szczerze mówiąc, obecnie (pewnie to przez lato) bardziej mi doskwiera to że nie mogę sobie wyjechać jak chcę, niż to, że mam problemy z pokrojeniem pomidora i z pisaniem na klawiaturze.

Dobrze, że tym razem warto było – najgorzej jest wtedy kiedy nie jedzie się dla przyjemności, tylko z obowiązku. Albo wtedy, kiedy wyobrażam sobie, że będzie super, a cały czas leżę, jęczę, że jestem zmęczona, że boli, ani się z nikim nie spotkam, ani nic sensownego nie zrobię. Weekendów, podczas których boli brzuch od śmiechu, nie ma co żałować, nawet jeśli potem jest się zgniłkiem – wtedy przypomina się sobie o tym, że wciąż się żyje ( ;

żeby mi się chciało, jak się nie chce…

readingNic mi się nie chce. Ćwiczyć się nie chce. Uczyć hiszpańskigo się nie chce. Robić na drutach, chodzić na spacery, gotować się nie chce. Układać puzzli się nie chce. Pisać bloga się nie chce.

Nic mi się nie chce. Jeszcze kilka dni temu, każdemu, kto pytał, mówiłam, że nie mam pustych przebiegów, że moja rehabilitacja trwa cały czas, którego nie przesypiam. Że nawet kiedy wybieram sobie rozrywki, staram się, żeby były przydatne mojemu mózgowi lub organizmowi. Pracowałam sumiennie, rzetelnie, codziennie, a kiedy robiłam dzień przerwy, to przez wielkie zmęczenie, albo złe samopoczucie.

A teraz, może od tygodnia, nic mi się nie chce, a na dodatek szukam wymówek, które nie chcą jakoś przyjść. ok – jutro i pojutrze jakieś mam, ale dziś, wczoraj, przedwczoraj? Jednak nie bardzo. Wyrzuty sumienia mam ogromne, mimo że oczywiście i tak coś robię, ku ich zagłuszeniu. Ale jest powoli – tu przez godzinę robię sobie kawę i ją piję, tu głaszczę pieski (moja ukochana ma kolejnego guza…), tu przekładam rzeczy z miejsca na miejsce udając, że sprzątam… Mało w tym konkretu, dużo rozlazłości.

Moja rutyna była męcząca, ale satysfakcjonująca. Doskonale wiem, że szybko muszę wrócić do roboty.

Może to powoli zmęczenie materiału i właśnie przerobiłam tegoroczny urlop? Może potrzeba mi zewnętrznej motywacji? Może bata nad głową?

Wyrzuty sumienia są koszmarne, szczególnie że po każdej kilkudniowej przerwie (jak np. wtedy, kiedy pojechałam do Warszawy i zmarnowałam to na mdłości, albo u przyjaciół na wsi) widzę regres. Odbudowanie formy nie trwa bardzo długo, ale zawsze jest to przechodzenie drugi raz tej samej drogi.

Coś czuję, że potrzebowałabym kogoś takiego jak jeden z moich dawnych wykładowców. Patrzył na problem, rozmawiał z tobą 2 minuty i nagle znowu chciało ci się działać, robić i żyć, całe wątpliwości, które nosiło się w trzewiach, były natychmiastowo, bezboleśnie usuwane. Póki co nie mam tu kogoś takiego, dlatego na poniedziałek umówiłam się na rehabilitację. Prywatną, relację oczywiście zdam ( ;

Dwie nowe ery

left handNie wiem nawet kiedy zaczęłam dzielić życie na to przed udarem, i na to po udarze. Ale zaczęłam to robić na co dzień i ostatnio ktoś to zauważył. Granica jest bardzo wyraźna, bo i zmiany są ogromne.

Swoje osiągnięcia dzielę na dwie ery, tak jak osiągnięć naukowych pięciolatka nie zestawia się z osiągnięciami noblisty.

Często używam zwrotu ‚przed udarem….’ było tak, myślałam tak, osiągnęłam to, przebiegłam tyle, żyłam tak – jakby w moim nowym życiu miało to znaczenie. Ze starego została rodzina i przyjaciele, strzępki informacji i poszarzałe wspomnienia.

W praktyce dobrze (nawet bardzo) odnajduję się w nowej rzeczywistości, naprawdę jednak wciąż jestem mocno zdezorientowana. I bardzo chcę, by ten paskudny udar wyszedł z mojej głowy i nie był pierwszą rzeczą, o której myślę rano i ostatnią o której myślę wieczorem. I żebym po leniwym dniu nie miała dławiącego poczucia winy, że zrobiłam zbyt mało, żeby dojść do starej formy. Oczywiście nie wiem, czy to jest możliwe. Może wtedy ten podział przestanie mieć znaczenie.

W nowym życiu, chcąc użyć wyrażenia tabula rasa, muszę je wygooglować, chociaż ten wierszyk umiem powoli wyrecytować. Może gdybym była mniej zmęczona, byłoby na odwrót – jedną z największych tajemnic, jestem dla siebie sama. Jeśli zacznę liczyć czas w latach ‚przed udarem’ i ‚po udarze’ (będzie łatwo, grudniowy udar nie wymaga odchyleń od standardowego przełomu lat, sylwestra będziemy spędzać razem), to znaczy, że ześwirowałam i jestem bardzo dobrym materiałem na serial.

Spokój mi tu!

tutaj biegłamPrzed udarem byłam dość aktywna, często wypadałam na koncerty, mogę policzyć przypadki, kiedy odmówiłam imprezy, lato bez festiwalu muzycznego było dla mnie udanego lata (nawet kiedy nie miałam ochoty ruszać tyłka), hałas dworca, chaos lotniska i ruch Nowego Jorku w godzinach szczytu nie były mi straszne, wręcz przeciwnie, potrzebowałam ich jak powietrza. Byłam dzieckiem z miasta, wiecznie zajętym, wychowanym w hałasie centrum i myślałam, że jeśli będę się wybierać na wakacje na wsi to po to, żeby wziąć udział w jakiejś imprezie.

Aż tu nagle bach. Na początku, kiedy leżałam w szpitalu, nie widziałam że coś się dramatycznie zmieniło, ale kiedy wyszłam na wolność do całego chaosu świata, okazało się, że hałas, zgiełk i głośność są bardzo irytujące i męczące. Wyjście do sklepu osiedlowego jest dla mnie ok, lecz centrum handlowe wywołuje chęć ucieczki. Komunikacja miejska to chyba największy koszmar dla mnie: nie dość że mam mdłości, to jedni gadają, drudzy kłócą się przez telefon, inni mimo słuchawek dzielą się ze wszystkimi tym, czego akurat słuchają.

Mój dom rodzinny jest z kolei domem, gdzie na okrągło słychać radio albo telewizor, a ponieważ nie robimy się coraz młodsi, głośność jest co chwilę podkręcna. Oczywiście nie przeszkadza to w rozmowach. Dlatego jak jestem sama, telewizor jest bezwzględnie wyłączany, chyba że coś oglądam/ćwiczę przy jutubcu. Dlatego cały czas drę buzię na rodziców, kiedy wychodzą z mojego pokoju i nie zamykają drzwi.

Przestałam też słuchać muzyki, a jeśli już, to już nie puszczam jej na pełen regulator, żeby było słychać salon przy sprzątaniu łazienki, lecz po cichu, na słuchawkach. I szybko się męczę.

Wyjście na imprezę jest możliwe, ale szczerze mówiąc wolę spotkania w kilka osób i spokojne, gdzie nie muszę za dużo ogarniać (na raz). Dużo ludzi mówiących na raz to mój koszmar senny ; p ale mam na to sposoby:) jednym z nich jest zamknięcie się w kiblu na chwilę.

cropped-czytanie.jpgOd udaru byłam tylko 3 razy na koncercie, z czego raz w filharmonii i raz w teatrze. A kiedy szłam na te nieszczęsne juwenalia, żałowałam tej decyzji już od otworzenia drzwi w samochodzie. Bawiłam się nawet dobrze, na tyle, na ile można bawić się dobrze w pralce, która kręci, odwirowuje, potem wypluwa. Trzymałam się blisko znajomych, bo bałam się, że to wszystko mnie przytłoczy albo rozchoruje – dostanę ataku paniki, co nie jest wskazane, bo po nim tylko kłopoty. Szczerze mówiąc, często w sytuacjach, w których wybitni nie mogę się skupić lub czuję się jak w tej koszmarnej pralce, czuję, że zacznę histeryzować. Wtedy zatrzymuję się, staram się skupić myśli na jednej, prostej rzeczy, na przykład na ukryciu się w cichszym sklepie, żeby trochę pooddychać głębiej i się uspokoić. A gdy mogę, siadam na kanapie i robię sobie ćwiczenia oddechowe. Wszystko, żeby nie dopuścić do paniki.

beautiful chairJeśli czuję, że chaos jest zbyt duży i go nie ogarnę, czasem kryję się w łóżku. Tylko potem ciężko mi je opuścić, a wtedy dzień z głowy – i mimo że niby nic nie robię bo nie pracuję, mam strasznie dużo do roboty, co mnie też trochę przytłacza. Ale trudno, przecież sama sobie to narzucam, żeby szybciej dojść do pełnej formy.

Czasem zastanawiam się, jak mogłam nie zauważać, w jakim wielkim pędzie jest wszystko wokół i jak mogłam ten pęd uwielbiać. Teraz najchętniej obserwowałabym wszystko z daleka, żeby nie pogarszało dodatkowo mojej formy – bo od chaosu naprawdę robię się zmęczooooooooona. Wydaje mi się że zdrowej osobie ciężko będzie to zrozumieć, a i mój opis nie jest do końca trafny, bo nie znajduję słów żeby dobrze opisałyby jak ten wszechobecny hałas i chaos na mnie działają. Efekty są niezmienne – zmęczenie, potrzeba wyciszenia i odpoczynku, nie tylko fizycznego. Po udarze ciężko ogarnia się rzeczywistość – nawet tę najbliższą i najbardziej znajomą a rutyna jest całkiem dobrą przyjaciółką.

Ale jest dobra rzecz z tego wszystkiego wynikająca – lepiej (jeszcze nieidealnie!) utrzymuję porządek wokół siebie. Powolutku pozbywam się niektórych rzeczy, które nie są mi niezbędne (nic nie poradzę na to, że większość jest mi niezbędna…). Akurat teraz mój pokój jest chaosem po przemeblowaniu, dlatego będę z nim dalej walczyć jutro, bo dziś już pora na nicnierobienie.