Jak wpływa na mnie stres? Od udaru jest inaczej…

Ok, ok, pamiętam, co Wam mówiłam. Od udaru jestem dużo spokojniejsza i mniej zestresowana.

Jak sobie przypomnę ostatnie miejsce pracy przed udarem i płakanie z bezsilności i stresu, myślę, że nic w moim życiu (nawt komisja ZUS) tego nie przebije. To prawda, na co dzień jest dużo zdrowiej pod tym względem. Mniej się przejmuję pierdołami też, jak stres się włącza, to szybko się wyłącza, ale

kiedy mam przed sobą coś naprawdę stresującego (jak komisja ZUS albo przyszły tydzień), to z moim organizmem dzieją się koszmarne rzeczy.

Od razu mam mdłości, bóle głowy, nie mogę się skupić, dopada mnie to neurologiczne zmęczenie i czuję się jak naprawdę najchorszy człowiek na ziemi. Czytaj dalej

Czytam ulotkę mojego nowego lekarstwa

Czytam ulotkę mojego lekarstwa i okazuje się, że mój nowy lek wchodzi z innym lekiem.

I wiecie, przeraziłam się. Lek B (nowy) osłabia działanie leku A (stary), a przy tym odkryłam inne interakcje (na zdjęciu).

Przy tym dwa inne lekarstwa wchodzą w interakcje ze sobą.  Czytaj dalej

Toczniowej historii ciąg dalszy. To jednak toczeń

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Jednak mam toczeń. Tutaj pisałam, dlaczego to mógł być toczeń, tutaj dlaczego jednak nie był toczeń.

A teraz tylko napiszę, że jednak to jest leciuchny toczenik.

Dlaczego powinnam się cieszyć z tej diagnozy?

  • bo to odmiana skórna. Więc nie boję się, że mi będą siadać po kolei organy.
  • bo leczenie nie sterydami, tylko lekami przeciwmalarycznymi na razie
  • bo męczyłam się z tym od lat, tylko teraz może się poprawić
  • nie wiem jeszcze, czy odmiana, którą mam, powoduje udary. Jeśli tak, to leczenie pomoże zapobiegać kolejnym.
  • bo mam bardzo lekki przebieg, więc nie ma wielkiego problemu.
  • bo nie muszę już szukać przyczyn alergii na słońce, wypadających włosów, spuchniętych ust i pokrzywek

Dlaczego nie ma się co cieszyć?

Czytaj dalej

Powrót do pracy po udarze – znowu to samo…

źródło: flickr

Wiecie co, czasem wydaje mi się, że jestem jeszcze bardziej chora psychicznie niż kiedyś. Zastanawiam się nad tym dużo. I mam wrażenie, że pisałam o tym już miliard razy, ale posłuchajcie.

Cóż. Powrót do pracy po udarze mózgu to coś, o czym myślę na okrągło. Ale ten powrót jakoś mi nie wychodzi. Ale czasem mam tak, że przez długi czas czuję się świetnie, zaczynam myśleć, że już naprawdę czas, ale kiedy postanowienie jest mocne, to momentalnie przychodzi złe samopoczucie.

  • Jakieś lekkie mdłości, które nie pozwalają komfortowo funkcjonować,,
  • Wymęczenie, takie duże że nie do ogarnięcia;
  • Bóle głowy;
  • Powiększenie depresji, niechęć do wszystkiego i poczuci bezsensu życia;
  • pogorszenie koncentracji do minimum…

Czytaj dalej

Jeju, dziwnie jest

Powiem tak. Wczoraj, jak ktoś poprosił mnie, żebym napisała o czymś na blogu, powiedziałam, że nie mogę, bo kolejka ważnych tematów czeka na opracowanie/ujawnienie.

Teraz na pewniaku usiadłam do komputera i… Pustka. Nic. Moje ważne tematy zniknęły tak, jakby ich nie było.

Aż mnie zatkało. Jestem pewna, że tu były. Coś czuję że tętno mi podskoczyło, bo słyszę moje serce. Chyba.

Tak, wiem, że sobie planowałam, rozmyślałam, ale nie zapisałam. To jeszcze potęguje moje wrażenie zagubienia w rzeczywistości. Ja wiem, nie wolno panikować, każdemu (nawet mojej mamie!) zdarza się czegoś zapomnieć. Lub o czymś zapomnieć. Ja wiem. Tylko że przy moim ogólnym rozbiciu i poczuciu odstawania od rzeczywistości, mam dziwne wrażenie, że ktoś wyjął mi z głowy solidny kawał mózgu.

I wcale nie mam poczucia, że coś się po prostu schowało w szufladce i muszę to odkopać. Mam poczucie że coś straciłam, i to przez udar mózgu.

Hm. To pewnie nic. Znam ten stan, wiele razy to przechodziłam. Przede wszystkim to spokój może nas uratować. Spokój i odpoczynek i nieprzejmowanie się. Uciekło, to wróci. Przewróciło się, niech leży. Postanawiam się tym nie przejmować i obejrzeć sobie coś na netflixie.

Z nowości:

straciłam wszystkie zdjęcia, które miałam. dysk padł.

jutro idę do dietetyka,

już za kilka dni zaprezentuję wam stronę o spastyczności,

kończę czytać pierwszą z mózgowych książek, które zakupiłam ostatnio

trochę jestem głodna.

Na dobry sen wrzucam Wam Marcina Dorocińkiego. Z fejsa, to chyba legalnie;) Bo fajny jest:)

 

Jestem zawiedziona!

Jestem zawiedziona diagnostyką w Polsce.

Jestem po ludzku zawiedziona.

Jestem zawiedziona, że dopiero ALERGOLOG  zasugerował mi możliwą drogę diagnostyki, o której sama myślałam wcześniej, jeno nie dostałam skierowania na badanie. Jestem zawiedziona  że mój lekarz prowadzący po ostatnim udarze powiedział, że nie widzi żadnych dalszych możliwości diagnostyki (a jeśli tak, to w kierunku rzadkich chorób, na które nie ma lekarstwa oprócz aspiryny na rozrzedzenie krwi, więc po co je diagnozować…).

Zawiedziona jestem tym, że dopiero tragiczna sytuacja z nadwagą, taka twarz: received_10153999335603366whatsapp-image-2016-11-11-at-21-41-24 (dla porównania moja normalna buźka:)12342435_10153349824183366_4518709261506326556_n

i atak padaczki zmusiły lekarzy do pomyślenia o tym, że może jednak warto by mnie zdiagnozować i  nie udar jest praprzyczyną moich problemów zdrowotnych, a czegoś skutkiem. Opis moich perypetii których opis zajmuje obszerne segregatory mógł zacząć się w chwili udaru, ale to raczej nie on jest przyczyną tego, że moje zdrowie sypie się jak domino.

Jestem zawiedziona, że gdybym nie prowadziła tego bloga i nie miała znajomych lekarzy to teraz bym pewnie siedziała bezczynnie na kolejne udary, bo byłabym przekonana, że dociekanie przyczyny jest niemożliwe. Bo u ‚nie ma co dociekać’ przyczyn, bo i tak nigdy nie są na pewno.

Jestem zawiedziona tym, że podróż po plątaninie szpitali, specjalistów i badań, jest jak przeprawa przez puszczę dziewiczą. Jestem zawiedziona, że jeśli ja nie wygoogluję i nie zasugeruję rozwiązań problemów, to mój lekarz nie jest mi w stanie pomóc.

Ja wiem, że lekarze są słabo opłacani i przepraowani, ale widziałam i takich, którzy autentycznie próbowali mi pomóc. Póki co nieskutecznie.

szukam dalej:

a) rozwiązania – z pomocą kumpla – neurologa in spe;)

b) dobrego, kreatywnego neurologa

c) szczęścia( ;

mam ostatnio ochotę pokazać światu środkowy paluszek. Ale ponieważ to nieładnie, to pokażę niezadowoloną spuchniętą buzię sprzed 10 sekund!unnamed2

Wczoraj jechałam autem

021Jechałam autem.

Nie wyszło jakoś super.  Wymusiłam pierwszeństwo i zostałam otrąbiona.

Ale koniec końców dojechałam do sklepu i wróciłam nie przyjeżdżając po żadnym zwierzątku, dziecku, dorosłym, a nawet po krawężniku!

Nie czułam się pewna swoich umiejętności, ale babcia miała imieniny (sto lat Barbarze!) i był dzień dyspensy. Pojechałam po Colę zero. Kto mnie zna, wie, jaką to było motywacją:)

I podjęłam decyzję: nie będę jeździć sama, tylko z doświadczonym kierowcą pod bokiem (prawym), żeby na mnie krzyczał w momentach kryzysowych.

Moja jazda nie była pewna, mnie po czterech minutach jazdy rozbolała głowa i boli – z różnych powodów – do tej pory.

Nic nie wyglądało tak jak wtedy…

 

 

Jak chcesz umrzeć ze śmiechu, idź na zumbę po udarze;)

Jakaś pani psycholog powiedziała mi raz „proszę iść na zumbę, albo grać na instrumencie. To ładnie  synchronizuje półkule”.

Więc w końcu poszłam na zumbę;) i raz w tygodniu sobie synchronizuję półkule.

O co chodzi z tą synchronizacją? 

Jak wiemy wszyscy nasze półkule mózgowe odpowiadają za różne rzeczy (leteralizacja – inaczej stronność). Prawa półkula jest bardziej twórcza, odruchowa i intuicyjna, lewa logiczna niby. I nasze mózgi podobno najlepiej pracują, jesteśmy najnajnaj mądrzejsi i najbardziej kreatywni i najlepiej się koncentrujemy kiedy dwie półkule pięknie ze sobą współpracują.

Jak by nie było, wydaje mi się że synchronizacja półkul nie może zaszkodzić, więc co drugi dzień siadam do pianina i… zapisałam się na zumbę:D

Tak, to jest ten moment w którym możecie spaść z krzeseł ze śmiechu. Bo ja się czuję tak:

bear

A powinnam tak:

zumba

Grupa robi 3 kroki w prawo, a ja zdążam na ostatni i już nie wyrabiam się z ruchem rąk. Jest śmiesznie. Często staję i się śmieję, bo sama siebie bawię. Ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Kroczek po kroczku. I może uruchomię biodra w końcu, bo póki co jestem sztywniarą, która nie umie poruszyć jednocześnie dwoma częściami ciała jednocześnie.

I tak się zsychnronizuję, że będę mogła kiedyś pracować normalnie jak człowiek na pełen etat. Albo nie etat, ale nie będę musiała odpoczywać co pół godziny. I będę mogła się koncetrować. I będę mogła tak tańczyć, jak ten facet

Oczywiście zajęcia są ciężkie i cały dzień się do nich przygotowuję nie nadwyrężając siebie w żaden sposób i obowiązkową minimalnie godzinną drzemką przed zajęciami. I po zumbie niczego już nie robię. Jest odpoczynek, filmik, herbatka i spaćko. To jest bardzo męczące dla mnie. Dodajcie hałas (muzykę znaczy), ludzi, chaos i wysiłek fizyczny i wyjdzie wam koszmar udarowca. A jednak warto.

I wiecie co? śmiejemy się we trzy, ja, mama i jej przyjaciółka, wszystkie trzy nie najszczuplejsze, i ja jestem dumna. Z siebie i mamy (nie wiem, czy mam prawo być dumna z przyjaciółki. Jeśli tak, to jestem:). Z mamy, że spróbowała, a ze mnie, bo jeszcze się nie przewróciłam i na nikogo nie wpadłam i się cieszę bardzo tą godzinką w tygodniu. Kurcze, miesiąc temu  chodziłam jak pingwinek i nie stałam stabilnie, a teraz udaję że tańczę:) I jeszcze rozumiem hiszpańskie teksty!:)))

ps.

oczywiście chciałabym też żeby Zumba pomogła mi schudnąć, ale mało mam wiary, że kiedykolwiek się uda…

Mój drugi udar

bicyclewydarzył się, gdy z mamą uskuteczniałyśmy zdrowy tryb życia.

Pojechałyśmy na wycieczkę rowerową, miałyśmy w planach nieco ponad 30 kilometrów. Czerwona flaga, brak pogody na plażowanie, ale mnie jakoś morze uspokaja, jak nie ma przy nim tłumów. Było ślicznie, początkowo pachniało lasem, później morzem, na końcu mżawką, która nagle zmieniła się w ulewę.  Ok, zrobiło się zimno, ale jakoś się jechało.

Strasznie mi zdrętwiała lewa ręka, aż musiałam się zatrzymać, żeby ją rozprostować z pomocą prawej. Oczywiście myślałam, że jestem tak wydelikacona, że to przez ziąb.  Mama patrzyła

na mnie tymi przestraszonymi oczami, więc umówiłyśmy się że dojedziemy do Dziwnówka, zjemy rybę i ona pojedzie po auto. Dojechałyśmy do smażalni i mama uznała że nie będzie czekać, co było sensowne, bo obie ociekałyśmy. Postanowiłam, że jak wróci, to zadzwonimy do mojej neurolog zapytać o radę.

Zamówiłam rybę i sok pomarańczowy. I nagle zorientowałam się, że nie jestem w stanie go odkręcić, a potem, że nawet utrzymać w dłoni. No to było coś. Podeszłam do pani przy kasie i zapytałam

Przepraszam, czy opada mi pół twarzy?

DCF 1.0

DCF 1.0

a ona się rozchitotała. Sama wiem, że to było dziwne pytanie, ale potem powiedziałam jej, że chyba przechodzę udar mózgu i  wytłumaczyłam jej skąd wiem. Nie wiem jak, bo czułam się bardzo, ale to bardzo zdezorientowana i żałowałam już, że wysłałam mamę po auto. Kiedy zorientowałam się, że nie jestem w stanie odwinąć sztućców i ze jest coraz gorzej zdecydowalam, ze czas zadzwonic po pogotowie i sprawdzilam godzine z paragonu, zeby wiedziec mniej wiecej o której pojawily sie objawy. W zgłaszaniu pomagało pół smażalni Przystanek Alaska w Dziwnówku, bardzo wszystkim dziękuję za pomoc i życzliwość:)

ja: Dzien dobry, chyba przechodzę udar mózgu

pani: a skąd pani wie?

ja: bo kiedyś już miałam…

pani: kiedy?

ja:no z 2 lata temu

pani: a jakie ma pani objawy?

ja: no na pewno niedowład, ale nie straciłam przytomności.

Pani: no i co by pani chciała?

ja: …

Pani? Wezwać karetkę?

Ja: tak.

no i tu nastąpiła długa próba przypomnienia sobie i dowiedzenia się gdzie jestem. 

I udało się:) W momencie w którym pojawiła się moja rybka na stole, wróciła mama i zajechała karetka. Zostałam zbadana, pan ratownik bardzo ładnie się mną zajmował, jechałam częściowo na sygnale i wszystko pamiętam! Z karetki zadzwoniłam do braciszka, nawet na kamerze. I powiedział mi, że wygladam dużo lepiej niż za pierwszym razem i żebym się nie bała.

Oczywiście że się bałam, ale nie śmierci, tego się raczej nie boję, ale tego, że znowu czeka mnie mnóstwo pracy i że drugi udar jeszcze bardziej mnie zdołuje. I mój powrót do świata aktywnych pewnie znowu się odwlecze o kilka lat. Bardzo się tego bałam i dalej się boję.

pogotowieW szpitalu pamiętam wszystko jakby mniej. wszystko mnie irytowało, Bo już byłam zmęczona naprawdę i coraz mniej potrafiłam sobie przypomnieć. Oczywiście powiedziałam wszystko, co pamiętałam… W końcu się pani doktor zdecydowała się na trobolizę. Objawy trochę mi się zmniejszyły, ale nie do końca, a skany głowy nie były tak  czytelne, bo nie było wiadomo, które ubytki są nowe, a które stare, i nie wiadomo było zbyt wiele. ile razy słyszałam w tym szpitalu „no nie widziałam/em pani przed udarem”, nie policzę.

Koniec końców nawet nie zauważyłam kiedy podano mi trobolizę na którą zgody nie pamiętam, ale pewnie ją wyraziłam, a kiedy tata, mama i ich przyjaciel stali patrząc na mnie tym wzrokiem. I poszli. A ja zostałam namówiona na tabletkę nasenną i spałam świetnie.

PS

Nie jestem lekarzem, ale rozonałam u siebie udar po niedowładzie i „dziwnym” czuciu się. Świat nie wirował, ale był odrobinę inny.  I wiecie, jak trudno wytłumaczyć to lekarzowi? Rozmowa kwalifikacyjna to przy tym pikuś.

 

umiesz liczyć? licz na palcach!

od udaru mam straszne problemy z liczeniem. Przeliczenie pieniędzy w portfelu jest zazwyczaj ponad moje siły, mimo że pieniędzy nigdy nie mam dużo;)

największe sprawia mi nie mnożenie, dzielenie czy odejmowanie, tylko proste odliczanie po kolei. Często policzenie do 10 czy 20 wymaga kilku prób. A to przecież jest potrzebne!

swoje kominy robię na 30 oczek (czyli muszę doliczyć do 30;p0

na basenie zazwyczaj przepływam 20-36 basenów (1 km-1,8 km)

w zagadkach logicznych muszę liczyć… kaskę muszę policzyć czasem, łyżki mąki do ciasta, wiecie, najprostsze rzeczy sprawiają mi takie trudności, że czasem nawet się poddaję – ostatecznie, jak zrobię 1400 m, a nie 1500, nikt nie umrze.

nie wiem, od czego to zależy. prawdopodobnie koncentracji mi nie starcza. ale na policzenie do 10? szczerze mówiąc łatwiej mi policzyć do 10 po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, a nawet koślawym arabsku, niż po polsku – nie mam pojęcia dlaczego. Może dlatego, że po polsku nie liczę po to, żeby liczyć, tylko po to, żeby COŚ POLICZYĆ? A może dlatego, że kiedy liczę w obcym języku inne ośrodki w mózgu się uruchamiają – bardziej ‚lingwistyczne’ niż ‚matematyczne’?

ale szukam na to liczenie sposobów. na szybkie przeliczenie łączę w trójki i nadaję śpiewny rytm wypowiedzi, jakbym nuciła cyfrową piosenkę. na wielokrotnościach cyfry 3 (i 5, jak coś jest podzielne przez 5) się zatrzymuję na chwilkę, zbieram koncentrację, a potem lecę dalej. i jakoś gra.

klepaki (monety;p) łączę w kupki i jakoś leci. do tej metody trzeba stołu niestety:(

na basenie skupiam się na drugich pięćdziesiątkach, wyśpiewuję sobie w myśli na przykład dwieeeeeeście czteeeeeeeeeeryyyy dwieścieeeeeeeeeee cztery, co znaczy, że jak skończę basen, będę miała zrobione dwieście metrów przez przepłynięcie czterech basenów. Czasem się udaje bez niczego policzyć, a czasem to się tak wbija w głowę, że musisz pomyśleć ‚hejże, już płynęłam raz te dwieeeeeeeeście metrów, jestem na trzyyyyyyystaaaaaa już’. Na szczęście moja mama pływa obok i liczy mi też baseny, zazwyczaj nasze rachunki się zgadzają;)

i takimi sposobami sobie jakoś radzę w tych podstawowych rachunkach. dziś drugi raz w życiu wyszedł mi obrazek logiczny. Poziom 1, najłatwiejszy, ale jestem mega dumna, bo znaczy, że wszystko odliczyłam dobrze;p

grinders, logi, logimix

mój Nootropil, lek prokognitywny troszkę pomaga na to. Myślę, że to nie przypadek, że lepiej idą mi te obrazki na prochach, niż bez nich (;

ćwiczenie czyni mistrza. to sobie spróbuję z kolejnym obrazkiem:)

PS

alfabetu też nie powiem. nie ma mowy. szukanie w słowniku przebiega u mnie tak. mam literkę – na czuja oceniam w której części alfabetu jest (do ‚ł’ to dla mnie pierwsza część;p) potem oceniam w pobliżu których innych literek się znajduje np ‚mnopqr’ to jedna grupa dla mnie. i potem idę do odpowiedniej części alfabetu i jak strzała mówię sobie go w myślach i gdzieś tam powinna być literka;) po angielsku śpiewam sobie piosenkę

zacinam się przy V, czasem w ogóle nie(; na szczęście nikt (poza panią Magdą!)nie wymagał ode mnie recytowania alfabetu. ale umiejętność może być przydatna – w ostatniej pracy, gdzie musiałam wyszukiwać umowy czy potwierdzenia, znajomość alfabetu się przydawała;p