„Yes woman” – jak rzucam się na wszystko i jak to wpływa na moje zdrowienie

oman arabPisałam tę notkę odmrażając sobie tyłek na parapecie. Rozwlekłam ją tak, że uciekło mi sedno tego, co chciałam powiedzieć.

Zacznę zatem w zupełnie inny sposób. Myślę,że w dużej mierze, określa mnie fakt, że mówię TAK. Mówię TAK zadaniom, okazjom, ludziom, mówię tak, zrobię to, tak – wejdźmy w to.

Wchodzę we wszystko z nadzieją, że będzie lepiej, że kolejna okazja zmieni mnie lub świat na lepsze. Że wykonanie zadania przyniesie korzyść i satysfakcję. 

Zazwyczaj tak jest. Czasem skutki są opłakane. Ale tak to bywa, kiedy emocje i usposobienie zajmują miejsce logiki.

Jutro jadę na NCD Alliance Global Forum, na którym będę jedyną delegatką z Polski, jedną z dwóch, które zajmują się udarami (chyba że ktoś jeszcze się tak tajniaczy, jak ja. Bo jadę jako ‚independent blogger/volunteer’)..

Rzuciłam się na to zadanie, zanim zdążyłam pomyśleć. Odpisałam na propozycję ‚tak’, zanim zadałam sobie pytania, które powinnam sobie zadawać zawsze. Czy mam na to wszystko czas? Czy dam radę? Czy to mi się podoba? Czy będę miała satysfakcję? Czy będę czuła się jak w pułapce? Czy będę marudzić? Czy mam na to pieniądze? Czy nie będzie znowu bolało? I ponownie: czy dam sobie radę?

Nazywałam kiedyś swojego chłopca „nwankita”. To w jezyku igbo znaczy „szczeniaczek”. Przypominał mi szczeniaczka, naiwnego, entuzjastycznego szczeniaka. Cóż, nigdy nim nie był. Za to sama o sobie zaczęłam myśleć jak o szczenieciu. Entuzjastycznym,radosnym i głęboko przezywającym każdą burę. Ale latwo mnie kupić ciasteczkiem i pieszczotami.  No i oddaję duszę wascicielowi(; i mówię TAK. k

ze szczeniecą ufnoscią rzucam się też na rzeczy, które muszę (i chcę) robić regularnie. Jak wolontariat. Jak strzelnica. Jak kurs photoshopa. Jak praca nad własnym interesem. Jak rehabilitacja. Jak trickboard. Jak regularne stawanie w obliczu dietetyka.

jeśli nie liczyć photoshopa, każdą z tych rzeczy wymyślił ktoś inny. Strzelnicę – mama, interes – tata. Rehabilitację to sami wiecie. Nie miałam wielkiego wyboru.

Każda z tych rzeczy wywodzi się ze świata spoza mnie, ale zinternaliowałam ją przez swoje ‚tak’. Moje „tak” tworzy mój świat.

A jeśli coś jest już moje, walczę do końca.

W tym wszystkim jest też pęd do zdrowia i normalności. To, że na pewnym etapie powiedziałam „tak” głośnemu czytaniu, nauce hiszpańskiego, staniu na trickboardzie i okropnym dywanówom, sprawiło, że z zawziętością walczę o sukces.

Nie wierzę w swoje całkowite ozdrowienie, wierzę, że ta praca, której raz powiedziałam  „tak”, przynajmniej nie wyjdzie mi na złe.

Zazwyczaj bilans wychodzi na plus. Jestem zmęczona, ale czuję satysfakcję. Marudzę trochę, ale kończę lub trwam.

Ponieważ nie mam w zwyczaju rezygnować, nawet jak nie mam czasu na nic, stroję miny przy suszeniu głowy i podwijam palcami sukienkę.

Czasem ten entuzjazm kończy się upadkiem i dupa boli  koszmarnie (a dupa cię nie boli?). Ta ufność, że przynajmniej nie będzie gorzej, czasem wrzuca mnie w wir bólu i załamania. Bo jak zapobiegać tonięciu, skoro nie chce się wyrzucić balastu?

Na pytanie z czego lepiej zrezygnować: z jadłodzielni, czy strzelnicy, reaguję strachem. Nie chcę być postawiona przed takim wyborem.

Czasem boję się, że propozycji od losu będzie zbyt dużo i nie podołam wszystkim. Bo nie umiem odmawiać:)

To wszystko robi ze mnie zawziętego frajera. Nie muszę być najlepsza. Nie muszę robić wszystkiego na sto procent. Nie poddaję się też filozofii „jak już coś robić, to byle jak”;), ale nie chcę rezygnować.

Z rzeczy, ludzi, okazji, życia.

A teraz coś, co pozornie stoi w sprzeczności z tym wszystkim, co napisałam do tej pory. Wierzę w bajki. Tylko nie wierzę w dobre zakończenia. Za każdym razem mam jednak odrobinę nadziei, że w tej jednej bajce uda mi się wywalczyć dobre zakończenie, bez obniżania kryteriów.

Kroczek po kroczku.

W związku z ostatnimi wielkimi zawirowaniami w życiu, mój wyjazd do Emiratów jawi mi się jak ogromne wyzwanie. Jest większe, niż miesiąc temu, a nawet tydzień temu. Mój nastrój mówi, że sukces obejmuje wyjazd,i bezpieczny powrót.

A to jest obniżony standard.

Nie ukrywam, że teraz ciężko mi się pisze, myśli, organizuje. Na zbyt wiele się rzeczy się rzuciłam, zbyt wiele straciłam, zbyt wielu nie udało mi się jeszcze ułożyć w odpowiednich przegródkach,  dlatego boję się nawet samej podróży.

Za tydzień kartka Emiraty zostanie odhaczona. Z jakim efektem? Nie wierzę, ale mam nadzieję. Zobaczymy:)

Jedna myśl nt. „„Yes woman” – jak rzucam się na wszystko i jak to wpływa na moje zdrowienie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.