Praca zdalna vs. praca w biurze – co lepsze po udarze?

Mój wyuczony zawód (dziennikarka, dokumentalistka, kulturoznawczyni) na wpisane w swój charakter różnorodne możliwości wykonywania go. Dziennikarz, którym chciałam być, może (ech…) jeździć po świecie i pisać reportaże, może też zostać copywriterem i pisać z domu teksty pozycjonujące.

Już od chwili udaru wydawało mi się, że jeśli uda mi się podjąć jakąś pracę będzie ona wykonywana zdalnie.

rzeczywiście, pierwsze fuchy jakie otrzymałam były wykonywane zdalnie. Pierwsze praktyki, pierwsza praca (pisanie tekstów dla firmy pozycjonującej strony www) i było spoko. Ale szukaliśmy, mama mówiła „musisz wyjść do ludzi”, bla bla i trafiłam na mój staż, pokochałam go i płakałam odchodząc. Teraz jestem na kolejnym stażu i jakoś leci:)

Wiem, że moje doświadczenie nie jest uniwersalne, charakter moich umiejętności jest taki, a nie inny, ale wydaje mi się, że porównanie tych dwóch form pracy jest cenne. Jeśli nie dla czytelników, to na pewno dla mnie. Jest kilka ważnych aspektów…

MOŻLIWOŚĆ ODPOCZYNKU

Zdecydowanie wygrywa dom. Pracując z domu planowałam sobie dzień, ale też reagowałam szybciej na potrzeby mojego organizmu. Może za bardzo? Nie myślę tak. Dopóki nie miałam zadań ponad moje możliwości przerobowe wyrabiałam się na luzie w terminach, chodziłam dość zadowolona.

Poza domem jest inaczej. Chociaż ja i tak jestem szczęściarą, bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej na staż moi szefowie nad szefami powiedzieli, że w razie potrzeby będę mogła uciąć sobie drzemkę na kanapie. Nie wierzyłam. I co? Okazało się, że kanapa w biurze była superwygodna;) w nowej pracy też niby mam możliwość skorzystania z kanapy, ale się nie złożyło i jakoś mam wrażenie, że raczej się zajadę, niż poproszę o przerwę na spanko.

Mimo że sen w pracy jest całkiem spoko możliwością to jednak sen we własnym łóżku regeneruje lepiej. Ten pojedynek wygrywa zatem dom. Zdecydowanie.

Możliwość skoncentrowania się

Być może gdybym pracowała w cichym, spokojnym biurze byłoby inaczej, jednak nie było mi dane (nigdy w życiu, czy takie biura istnieją w ogóle?:o). Biura potrafią być równie głośne co.linie produkcyjne (serio). Głośne pytania, muzyka w tle, przewijający się klienci i insteresanci, szefowie. Kto myślał kiedyś, że Youtube przeszkadza w pracy, nigdy nie przeszedł się po żadnym biurowcu.

Warunki trudne dla zdrowych, nie wspominając tych, którzy walczą całą swoją energią o chwilę skupienia.

zatem i w tym przypadku wygrywa praca zdalna. 

Poznawanie ludzi

To jest chyba najważniejsza rzecz, dla której warto trochę przecierpieć.

Choroba często zabiera przyjaciół, znajomych, ogranicza wyjścia do kina, uniemożliwia te do pubów. Po jakimś czasie okazuje się, że brakuje ci ludzi. Nie tylko tych bliskich. Brauje nowych twarzy, mijanych na ulicy, brakuje kolegów z biura obok. Po prostu.

Ja jestem BARDZO WRAŻLIWA na brak ludzi, często czuję się samotna. Wyrwanie z kręgu przyjaciół  wrzucenie na chatę do rodziców sprawilo, że podwójnie było mi przykro, zainstalowałam Tindera i próbowałam się ratować na wszelkie sposoby. To stąd, a nie z dobrego serduszka, wzięła się Jadłodzielnia, to dzięki temu strzelam. Zaczęłam tam widywać ludzi. Raz na jakiś czas wprawdzie, ale w porównaniu do osiedla domów jednorodzinnych, gdzie widywałam przeważnie trzech sąsiadów, dziadków i psa była to OGROMNA zmiana.

Po podjęciu pracy zdalnej było jeszcze gorzej. Natomiast wyjście do chłopaków z General Informatics wiązało się ze spotkaniem całej gromady ludzi, tych normalnych (mniej) i szaleńców (więcej) i śmiechu w każdej przerwie od pracy. Dobrze trafiłam. Nie dało się lepiej.

 z tego wynika, że punkcik leci do pracy poza domem. 

No, chyba że nienawidzi się ludzi. Ale to nie ja. Przynajmniej już nie;)

Ustrukturyzowanie

Mówiłam, że od chwili udaru mózgu NIENAWIDZĘ CHAOSU? Często sprzątam, robię przeglądy szuflad, patrzę, co mogę sprzedać, co oddać, czego się pozbyć, a cały czas i tak tonę w chaosie. siedzę z nosem w kalendarzu…

W związku z tym wypracowałam sobie rytm pracy zdalnej, w który upchnęłam treningi, ale już nie dałam rady Jadłodzielni. Z tym że, nie oszukujmy się – jeśli pracujesz w domu, bo twoje samopoczucie zmienia się jak kurs złotego do franka szwajcarskiego (czyli co chwilę;p), trudno jest utrzymać dyscyplinę. A jeśli się ją utrzymuje, to i tak czas pracy nie jest oddzielony od czasu „domowego” dni się zlewają.

Od kiedy wyszłam do pracy na zewnątrz bardzo usystematyzowaly mi się dni. Rano robota, potem albo trening i drzemka, albo drzemka i trening, wieczorem zostaje trochę czasu na pracę dodatkową lub/i przyjemnści. O ile nie przesypiam 3-4 godzin po powrocie do domu tak jest całkiem spoko. W gorsze dni kombinuję. Na szczęście moi szefowie/przełożeni itp. do tej pory wykazują się zrozumieniem. A struktura, oddzielenie pracy od domu i czasu odpoczynku uspokaja.

Teraz to nawet wiem, kiedy są weekendy;p Ten pojedynek wygrywa praca poza domem. 

Pokonywanie barier

Cóż. Jeśli pracuje się z domu, odpada problem pokonywania schodów do biura i wysokich krawężników uprzykrzających życie osobom na wózku.

Powiem krótko: dopóki Polska jest tak dostosowana do funkcjonowania niepełnosprawnych jak jest, punkcik raczej poleci zawsze w kierunku pracy zdalnej. Bo nawet jeśli pracodawca dostosuje stanowisko pracy do potrzeb niepełnosprawnego, nie sprawi, że wjazd do tramwaju stanie się łatwiejszy. Punkt dla pracy zdalnej. 

Bodźce i przebodźcownie

O ile nie posiada się najgłośniejszego psa i niepoprawnej rodzin prawda jest taka, że to ty panujesz nad domem. Natomiast biuro panuje nad tobą. W kawiarni nie szepniesz ‚eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej, mozemy zgasic swiatlo, bo mnie boli leb od niego’, a w biurze nie ukradniesz kabla od radia tak, zeby wszyscy siedzieli w błogiej ciszy. Znowu wygrywa dom.

Poprawa kondycji życiowej, poszerzanie granic

Z powrotem do aktywności jest jak z rehabilitacją. Najpierw trzeba wybrać, czy się chce walczyć.

Mówiłam często, że przy rehabilitacji „nie miałam wyboru”. Nie chodzi nawet o tatę, który męczył mnie podchodząc miliard razy dziennie do mnie i zmuszając do rehabilitacji, ale o to, że szybko zobaczyłam, że decyzja o podjęciu rehabilitacji jest podjęciem walki o to, żeby było lepiej. Po drugiej stronie było łóżko. Niesprawność. Obciążanie bliskich.

Przy podjęciu pracy/stażu było podobnie. Chciałam, bo po jednej stronie było wykluczenie, wyrzuty sumienia, zrezygnowanie z  marzeń, ubóstwo (rodzice przecież nie będą mnie utrzymywać do końca życia), po drugiej: aktywność, duma, poznawanie ludzi, podróż po Meksyku, rozwój… Jakoś nie widziałam drogi środkowej.

Prawda jest jednak taka, że to zdrowienie, fizyczne, psychiczne i społeczne, jest procesem. W moim przypadku wyjście z domu było następstwem kilkuletniej rehabilitacji, coraz częstszych aktywności poza domem, przejęciem nieudanego doświadczenia pracy zdalnej, pomocy osób z zewnątrz.

Nie jest tak, że w każdy z etapów wchodziłam z pewnością, na pewno było we mnie więcej strachu niż przekonania, ale „to już”. Dalej jest. Kiedy lecę na nieskutecznym ketonalu i mam wybrać emotikonkę na zakończenie posta na fsnpejdżu, który „zawodowo” prowadzę, mam wrażenie, że „nieznośna lekkość bytu” na za wysoką cenę. Ale kiedy ktoś mnie pochwali (a się zdarza!), albo dostanę wypłatę, albo na pierwszej randeczce nie będę musiała kręcić „aaaa, no w sumie jestem rencistką i nic nie b robię”, tylko powiem: jestem copywriterką i jest łatwiej.

Używam słowa „praca”, ale prawda jest taka, że jestem na płatnym (!) stażu, wokół mnie jest mnóstwo życzliwych osób, mam warunki cieplarniane. To kolejny krok.

Ale wracając do porównania muszę powiedzieć, że wyjście do pracy jest dla mnie dużo bardziej bolesne fizycznie, ale przynosi lepsze efekty w innych sferach życia. Podjęcie pracy zdalnej było dla mnie etapem, ale ten obecny nie jest dla mnie kroczkiem, ale ogromnym skokiem. I że względu na jego wielkość punkt w tym przypadku otrzymuje praca poza domem.

Wynik, koszt i kilka myśli

W pojedynku praca zdalna vs. poza domem wygrywa PRACA ZDALNA stosunkiem punktów

4:3

Wychodziłoby  na to, żeby siedzieć  to jak k najdłużej w  domu. Ale jak to życiu: liczbami, rzeczywistość wydaje mi się inna.

Nie każdemu z nas uda się podjąć pracę poza domem, ba! Nie każdemu uda się ją podjąć. Jednak mam wrażenie, że dążenie do względnej (lub po prostu) normalności jest cenne, a wyjście z domu dla niepełnosprawnego jest o wiele bardziej cenne niż pozostanie w obrębie swojego mieszkania.

Moze tak mówię, bo jestem wiercipięta? Może. Ale…

Podjęcie stażu poza domem było jedną z największych zmian, jakie przeszłam w ciągu ostatnich kilku lat i jednocześnie  jedną z najcięższych fizycznie. I też jedną z takich, które wymagały zaakceptowania siebie samej w nowej roli. A to nie zawsze jest łatwe;) przynajmniej dla mnie nie jest;)

Powiem też coś, za co kilka znajomych osób by mnie zrugało. Dobrze jest podejmować decyzję o wyjściu z domu ze świadomością, że być może po jakimś czasie najsensowniejszym wyborem będzie krok w tył. Czasem tak jest: trzy kroki do przodu, jeden do tyłu, trzy do przodu… Wszyscy to znamy, nie tylko z rehabilitacji;)

Ja nie chcę robić niczego, co wrzuci mnie w dużo większy ból codzienny, co wpłynęłoby na pogorszenie mojego stanu zdrowia. Po prostu. Całodzienne mdłości nie są ani przyjemne, ani rozwijające, a w moim przypadku nawet nie są konieczne. Dlatego nie staram się o pełen etat (już 3/4 jest dla mnie zbyt dużym obciążeniem, ale daje radę!), jestem stażystką bez wielkiej odpowiedzialności, staram się o to, żeby szefowie wiedzieli, że mam dni, które są super, ale też takie, kiedy nie daję rady i rzeczywistość mnie przerasta. Na spokojnie.

Od stresu i przepracowania jeszcze nikt chyba nie wyzdrowiał z żadnej choroby (;  (btw. Kiedy ja się taka mądra zrobiłam?;pppp)

Idealną opcją dla mnie jest praca poza domem z możliwością pracy zdalnej czasem. CZASEM. ale to ja;) i póki co tak sobie funkcjonuję korzystając z niewielkiej taryfy ulgowej, kiedy naprawdę jej potrzebuje. Jakoś leci:)

PS

Cóż, nie uważam, żeby bezsenność była najdogodniejszym schorzeniem u osoby, która męczy się z chroniczną męczliwością neurologiczną. Jakbyście mieli wątpliwości, dlaczego dodaję ten wpis w środę o 4 nad ranem.

Wyciągnięcie telefonu w takich sytuacjach jest dla mnie poddaniem się, ale kto powiedział, że jestem silna?;)

Dobra. Przepraszając za ogólny chaos tekstu i w ogóle Idę podjąć kolejna dziś próbę medytacji oddechowej i zaśnięcia. Dobranoc!;)))

Can't sleep gonna die

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.