powrót do zdrowia jest decyzją…

udar i przebudzenieKsiążka Jill Tylor  porusza superważny wątek, który zdrowym może wydawać się bzdurą, a dla nas, udarowców, na początku – a i potem – jest kluczowa.

powrót do zdrowia był decyzją, którą musiałam podejmować milion razy dziennie. Czy chcę wysilić się i spróbować? Czy jestem skłonna chwilowo porzucić ekstatyczną błogość, postarać się zrozumieć świat zewnętrzny i ponownie nawiązać z nim łączność? I najważniejsze: czy jestem gotowa stawić czoło trudom rekonwalescencji?(…)

wybrałam bolesny chaos rehabilitacji(…).

Jill pisze dużo o tym, że samo podjęcie decyzji o rehabilitacji jest ciężką decyzją. Ja potwierdzam. Pamiętam w przebłyskach jak starałam się marudzić, żeby tato nie „machał moimi nóżkami” (pierwsza rehabilitacja w szpitalu spadła częściowo na tatę, bo w święta rehabilitantów w szpitalu nie ma). Wysiłek włożony w próby niespania i poddania się ćwiczeniom naprawdę wydawał się niewarty podjęcia, nawet jeśli stawką  miałoby być całkowite wyzdrowienie.

Może i z niedowładem da się żyć. Przecież są ludzie i w gorszej formie. Nie werbalizujesz tego, na zewnątrz świat może myśleć, że jesteś po prostu leniem, ale to po prostu myśl, że nie warto, przemieszana ze strachem o twoje skromne zasoby. Fizyczne, intelektualne, energetyczne. Bronisz się przed utratą i przed jeszcze gorszym samopoczuciem.  To zrozumiałe. Jeśli twój udar wyglądał tak, jak udar Jill, bronisz nowej, innej, spokojniejszej rzeczywistości.

Zdrowym może się wydawać, że wybór jest oczywisty. Uwierzcie, że nie. Każdy na swoją miarę dokonuje swoistej analizy SWOT, bilansu szans i potencjalnych strat, a w przypadku neurologicznej rehabilitacji, nagrody wcale nie muszą być na miarę włożonego wysiłku.

Kiedy patrzyłam w szpitalu na ludzi, którzy nie chcieli ćwiczyć, najpierw się dziwiłam, potem byłam zła (za marnowanie naszych zasobów, rehabilitanci, zamiast namawiać opornych, mogliby się zająć chętnymi…), dopiero po poukładaniu sobie w głowie pierwszych poudarowych tygodni zrozumiałam, że często to nie kwestia lenistwa, tylko braku przekonania. Trochę komunikacji.

Walka jest ciężka. Kiedy słyszałam „pościskaj trochę piłeczkę” najchętniej rzuciłabym nią mówiącego w łeb, ale nie miałam siły. Kiedy słyszałam „prześpij się, a potem poczytasz mi na głos”, zdarzyło mi się (dwa razy!) skłamać, że już czytałam na głos i nie muszę. Decyzja o rehabilitacji musiała być moją decyzją, nie mamy, taty, lekarza, bo to mój wysiłek miał być w nią włożony, to ja musiałam wiedzieć, że warto. Ja się przekonałam w 100% do ćwiczenia dopiero po jakimś czasie. I, oczywiście, z miłości – przekonałam się, że każde usprawnienie mojego ciała i mojej głowy będzie oznaczać łatwiejsze życie dla moich bliskich. A że jestem dość młoda, moich rodziców (a potem ukochanego, dobrego brata) mogło czekać długie życie z niepełnosprawną córeczką. Wtedy się spięłam. Łatwiej jest potem, kiedy widzi się efekty. Teraz jestem wypracowana na tyle, że ludzie mi mówią, że udaru w ogóle po mnie nie widać. Nie mogę tylko używać długich słów(; i lewej ręki za bardzo.

Ja wiem, że mnóstwo pracy przede mną, mam mnóstwo deficytów, których nie widać na pierwszy rzut oka, ale nie rezygnuję. Efekty, które wypracowałam, są sukcesem mojego życia. I łatwo je zaprzepaścić. Nie warto:)

pracujemy dalej:)

pracujemy dalej:)

 

Jedna myśl nt. „powrót do zdrowia jest decyzją…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.