Tia…TIA – czy to tzw. mikroudar, czy przemijający atak niedokrwienny?

mózg jest w głowie

mózg jest w głowie

Kilka lat temu jechałam z przyjaciółką autem. Rozmawiałyś‪my, coś jej opowiadałam, wjeżdżałam na parking do centrum handlowego, nagle zaczęłam bełkotać. Kasia co ci jest? CO CI JEST? Kasia co ci jest…  słyszę w kółko przerażone wołanie przyjaciółki. Na szczęście udało mi się wcisnąć hamulec, udało się zatrzymać auto (Kasia co ci jest? CO CI JEST? Kasia co ci jest), nie udało się wrzucić luzu, bo nie udało mi się złapać dźwigni zmiany biegów. Słysząc przerażone Kasia co ci jest? Kasia co ci jest? i klaksony z każdej strony odpadłam, straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam po minucie? dwóch? po pół minuty?, wszystko było w miarę ok, ręka działała, mogłam mówić, ale byłam przerażona, bałam się ruszyć autem. Koleżanka przyprowadziła – nie wiem, medyka? ratownika? odźwiernego? – który nie chciał mi przestawić tego auta. W końcu, się dał namówić, choć nie wolno mu było… Chyba przestraszył się klaksonów. Posadził mnie na ławce i od razu zmierzył ciśnienie. Z tego co pamiętam, było bardzo wysokie. I to wszystko. Bardzo nie chciałam jechać do szpitala się sprawdzać, bo kto jeździ z jednym omdleniem, zadzwoniłam po tatę. Tak przeżyłam swój pierwszy (?) udar – TIA, mikroudar, przemijająy atak niedokrwienny. 

Czym jest TIA (Transient Ischemic Attack)? To coś jak króciutki udar niedokrwienny, którego wszystkie objawy ustępują przed upływem 24 godzin. Ręka (wówczas prawa!) nie działała mi może kilka minut, tak samo jak mowa. Nie wiem czy miałam krzywą buzię,nie widziałam się i nie wiedziałam, że to może być udar.  Czym jest TIA dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy odwiedzali mnie znajomi w szpitalu i wtedy nabrałam pewności (99,5%), tak jak moi lekarze. Dlaczego nie mam pewności? Bo jak każdy uparlam się, że nie trzeba do szpitala, nie ma mowy, typ omdlenie, zmęczenie i nic strasznego. Badania zaczęłam później, krew, tomografy, rezonanse, wszystko po kolei.  Wtedy wyszedł zbyt wysoki poziom cholesterolu, niewielkie dziury w mózgu (na początku były guzami;)

Mam trochę żal do pani neurolog że wtedy nie padło nawet słowo udar, padło tylko że wg WHO każdy ma prawo zemdleć raz w życiu, chociaż wiedziała o bełkotliwej mowie i niedowładzie. Nazywałam to na pewno inaczej, ale to nie szkodzi, pokazywałam pewnie jak próbowałam chwytać i mówić,  nie znałam wówczas słowa niedowlad.

Zastanawiam się czasem, czy gdybym wówczas jednak trafiła do szpitala, czy byłaby szansa uniknąć kolejnego udaru, tego przez którego mam teraz tyle kłopotów teraz.  Nie sądzę, bo po jednym udarze nie zamykają dziury w sercu – żeby zakwalifikować do zabiegu zamknięcia PFO trzeba dwóch udarów. 

I powiem wam że strasznie trudno się połapać czym tak naprawdę jest TIA. Ze 3 razy dostałam zjebkę za użycie słowa mikroudar.  Pani na oddziale ratunkowym szczególnie ostro zwróciła mi uwagę, że to UDAR MÓZGU, tylko że jego skutki szybko minęły. I tak raczej piszą w różnych wywiadach i artykułach. A potem poszłam na komisję ZUS i dostałam zjebkę za to ze nazwałam swoje TIA udarem.  Gdybym umiała jeszcze dyskutować, powiedziałabym co mówią lekarze poza zusem.  Ale byłam klebkiem nerwów i umiakam mówić tylko dobrze, dziękuję bardzo, dziękuję dobrze. I odpowiadać najlepiej jak umiałam (niewystarczająco dobrze) na pytania.

ja tam wierzę , że mój miniudar był prawdziwym udarem. I wiem już, że ma każdy niedowlad, każda bełkotliwa mowę od razu powinna wylądować na oddziale ratunkowym.

Jestem trochę ćpunem – leki po udarze

tabletkiBardzo dziwne jest dla mnie to, że choć żadne lekarstwo nie zwróci mi martwego mózgu i tak od 21 grudnia wzięłam setki (jeśli nie tysiące pigułek) i zastrzyków.

Ich lista nie jest aż tak imponująca, jak myślałam – właśnie ją zrobiłam i  liczy najmniej 30 preparatów. Nie włączam w to leczenia trombolitycznego, wszystkie kroplówki liczę jako jeden i wszystkie przeciwbóle liczę jako jeden. I te same preparaty pod różnymi nazwami też policzyłam jako 1.

Lekarstwa mogę zasadniczo podzielić tak:

  1. leki i zastrzyki przeciwkrzepliwe i kardiologiczne – żeby we krwi nie robiły się już żadne skrzepliny wędrujące z serduszka do mózgu.
  2. suplementy, leki i zastrzyki i kroplówki przywracające odpowiedni poziom różnych pierwiastków, cholesterolów, witaminek itp.
  3. leki przeciwdepresyjne, w tym na przewlekły ból głowy.
  4. leki na różne świństwa, które przypałętały się do mnie w szpitalach – od wymiotów, przez hemoroidy, po zakażenie układu moczowego.
  5. leki osłonowe – żeby inne leki nie robiły tak dużej szkody!
  6. leki przeciwbólowe, które, jeśli dobrze pamiętam, na obrzęk mózgu działają tak sobie.
  7. lekarstwa i kroplówki z pierwszego szpitala, których nazw i przeznaczenia nie znam, a które na pewno mi podawano, np. żeby obrzęk mózgu zszedł. Może w wypisie ze szpitala są ich nazwy, ale jest tam miliard słów, których nie znam i nie mogę się ich doczytać – dlatego liczba 26 może być dużo większa:)
  8. leki prokognitywne – mają niby wspomagać funkcje poznawcze i pomagać w myśleniu.
  9. grupa leków które wyczytałam w wypisach, ale nie mam pojęcia na co są.
  10. leki nasenne – choć ja sporadycznie dostawałam nie nasenne, tylko w małych dawkach takie, które ułatwiały zasypianie. Bez sensu bo znałam je wcześniej i lekarz mówił o dawkach 4x większych niż to, co dostawałam w szpitalu.

dużo tego jest, bardzo dużo. Obecnie dziennie biorę 6 tabletek i żadna z nich nie powstrzyma spastyczniejącej łapy i nie wróci mi mózgu, a wszystkie są potrzebne, choć nie tak, że po ich odstawieniu miałabym natychmiastowo się narazić na kolejny udar. Nie chcę jednak się narażać i grzecznie łykam co każą, choć mózgu mi to nie zwróci.

Moim największym lekowym rozczarowaniem są szpitalne leki przeciwbólowe, które nie łagodziły bólów na tyle, żeby było dobrze (z tego co pamiętam). największą zaś nadzieją, jest to lekarstwo prokognitywne. Choć niektórzy w nie nie wierzą, mówią, że ‚stare baby masowo to łykają i studenci w czasie sesji, ale to nie bardzo działa’, jestem bardzo ciekawa efektów.

Branie lekarstw to uciążliwy obowiązek. Trzeba o nich pamiętać. Trzeba pamiętać o odpowiednio wczesnym pójściu do lekarza po receptę. Trzeba ich szukać po aptekach lub zamawiać – rzadko się zdarza tak, że idę do apteki, kładę receptę na stół, płacę i wychodzę z lekarstwami. Czasem znaleźć je jest strasznie trudno – spróbujcie znaleźć zastrzyki przeciwzakrzepowe, których nigdzie nie ma, nawet w hurtowniach – powodzenia. I kosztują. Część, nawet po refundacji jest bardzo droga dla przeciętnej kieszeni, inne kosztują kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, więc miesięcznie na pewno przeszło stówkę się wyda w tańszym okresie – ta stówka wciąż nie zwróci mi mózgu.

poza tym, na każde wyjście do lekarza muszę brać ostatni wypis ze szpitala, lub ewentualnie listę leków. Nie chciałabym przecież, żeby maść na kręgosłup  wchodziła w złe interakcje z moją aspiryną cardio, prawda?

Wolę też nie myśleć o mojej biednej wątrobie, o obciążonych jelitach… Jakoś tak jestem dziwnie przeświadczona, że część moich mdłości jest przez to, że organizm został nadwyrężony przez lekarstwa, jeśli nie te brane przeze mnie teraz, to przez te, które były ‚cięższe’.

W moim ‚pudelku na leki’ jest mnóstwo pigułek i trochę zastrzyczków – tych wykupionych i jeszcze niewykorzystanych, oraz tych, które zostały, po odstawieniu. W osobnym pudełku mam po listku lekarstw, których aktualnie biorę. W szpitalach jest łatwiej – przynoszą ci wszystko, łykasz i po sprawie. 2 razy zapomniałam o lekarstwie – pielęgniarki ganiały za mną, żeby sprawdzić, czy ładnie wszystko zjadłam, aż do końca mojego „turnusu”;)

Czekam na dzień, kiedy będę mogła nie wziąć niczego. Albo tylko aspirynkę, którą pewnie będę łykać do końca życia, niech jej będzie, choć mózgu mi nie zwróci.

 

już w porządku, mój żołądku

Po udarze stała się rzecz zadziwiająca – mój układ pokarmowo-trawienno-wydalniczy (i pewnie wątroba) zwariował. Nie mogę jeść wielu rzeczy, na szczęście głównie niezdrowych, na nieszczęście – głównie takich, które lubię, na szczęście w małych ilościach przejdą.  Nie dlatego, że wymiotuję. Dlatego, że mam po nich koszmarne mdłości (jak podczas złej jazdy autem).

Mam problemy z rzeczami ciężkostrawnymi, a w szczególności smażonymi na tłuszczu, słodyczami i kawą. Dziwota.

Ale sytuacja przypomina mi prawdę życiową, którą kiedyś przekazał mi tato, próbując przestrze mnie przed zgubnymi skutkami naużywania alkoholu: pamiętaj, możesz wypić na raz nawet litr wódki. Umrzesz dopiero po godzinie.

Mogę zjeść nawet i trzy schabowe z głębokiego tłuszczu, kara będzie oddalona w czasie. Do wieczora lub nawet południa następnego dnia. Mogę zjeść i milion Snickersów (co kiedyś nie byłoby większym problemem), ale cierpieć będę dopiero następnego dnia. I będę cierpieć długo i boleśnie. Mogę wypić kawę, ale jak się źle poczuję, to nie ma zmiłuj. muszę szczególnie uważać, żeby nie pić kawy przed podróżą samochodem. Wtedy mam jazdę bez trzymanki.

Od tych mdłości się nie wymiotuje, od nich się cierpi i jęczy i nicnierobi.

Przy tych produktach, które lubię, a które mi szkodzą, mam taki sposób działania: najpierw chwilę słucham swojego organizmu, jak w danej chwili czuję. Potem zastanawiam się, jak intensywne mam plany na resztę dnia. Potem decyduję o porcji albo o jej braku. Już mam pewien przećwiczony pewien zestaw ilości, które nie powinny mi zaszkodzić. 2 kawałki ciasta. Jeden batonik. Mały babciny schabowy. Kawa jest nieprzewidywalna, ale nie ma mowy o powrocie do dawnych pięciu kawek dziennie. Obiad czasem dzielę na dwa – jem malutko, słucham organizmu  czy pozwala na więcej i jeśli pozwala, jem więcej.  To czasem intuicja, czasem mam podstawy. Dziś lekkie, domowe warzywa faszerowane, ale wiem, że nie mogę więcej. Zjadłam kawałek i wiem, że jak zjem więcej to będę płakać. Spróbuję za dwie godzinki poniższego pysznego dania

paprica filled with rice

Wiem, że wiele osób może mieć podobne dolegliwości, ale u mnie to zmiana poudarowa i nie od samego udaru chyba.

Wydaje mi się, że to od chorych ilości lekarstw, które przyjmowałam i dalej przyjmuję (w najbliższym czasie będzie o tym notka). Przewrażliwiły mi żołądek. Albo jelita. Albo wątrobę. Albo wszystko na raz.

Jedno jest dobre – wiem zazwyczaj, czy źle się czuję od auta, od jedzenia czy ze zmęczenia. A coś innego jest dziwne – jem mniej, zdrowiej, uważniej, a i tak nie chudnę.

Lekarka rodzinna poleciła osłonkę gastro, ale ile można przyjmować kolejne specyfiki? Ja po raz pierwszy w życiu staram się słuchać organizmu i go rozumieć. Nawet jeśli czasem go nie rozumiem, liczę na to, że już za jakiś czas, będziemy się rozumieć z moim ciałem bez słów.

Narzędzie tortur

Codziennie w Konstancinie przed pójściem na terapię zajęciową modlilam się, żeby nie mieć tego ćwiczenia:

Urządzenie zakrętki

To urządzenie zostało własnoręcznie zrobione przez tamtejszych zdolnych terapeutów. Pewnie się domyślacie, że zadanie polegało na przekręcaniu zakrętek z góry na dół i z dołu na górę, oczywiście chorą ręką – lewą.

Dla mnie to było narzędzie tortur i myślę, że do tej pory by było. Ręka bolała, dretwiała, męczyła się bardzo. Na szczęście trzeba odpoczywać!  z łapą położoną na płasko na stole.

Na szczęście mało kto jest poddawany torturom, wystarczą zwykłe nakrętki.  Samo złapanie zakrętki jest sukcesem, założenie kolejnym, dokręcanie kolejnym, odkręcenie ostatnim.  Na początku można się bawić kilka razy w tę i we wtę, potem wystarczy pamiętać przy odkręcaniu, żeby używać chorej ręki.

Szczerze mówiąc, teraz pamiętanie o odkręcaniu lewą ręką jest trudniejsze niż samo odkręcenie.

a mój udar jest mojszy!

readingLubimy się licytować. Kiedy dajemy trzy dychy na Allegro, ciężko nam nie dorzucić piątala, żeby przypadkiem nie przegrać.

Ale licytacja na choroby jest czymś naprawdę szczególnym. Można ją spotkać wszędzie. W kolejce na badania, przy stole, na piwie ze znajomymi, ale szczyt finezji osiąga na sali szpitalnej.

Siedzą trzy panie, chore na – dajmy na to – RZS*. Poznają się dopiero. Opowiadają sobie, pani kochana, ja to wstaję przez dwie godziny rano, taka jestem połamana. Pani, to jeszcze nic, mi mąż musi zastrzyk zrobić, bo jak nie, to nie podniosę głowy i nie pójdę do lekarza. RZS to nic przy cukrzycy, ja mam od lat, a ta cukrzycowa dieta w szpitalach to koszmar! No koszmar, tu odzywa się zwyciężczyni tej rundy,  ja też mam cukrzycę, ale też dużo innych chorób i opowiada o nich do wieczora. Pozostałe panie nieśmiało wtrącają, swoje doświadczenia, ale ja wiem, mój mąż miał to samo nigdy nie pomoże w walce o pierwsze miejsce z tymi, na których można pisać podręczniki medycyny.

Kto ma gorszą depresję? Kto miał bardziej rozległy udar? Kto miał bardziej skomplikowane złamanie? I o co my tu walczymy?

Może o miejsce w hierarchii – tylko jakiej? Przy stole na imieninach już dawno jest ustalona. Na sali szpitalnej i tak pierwsze miejsce będzie miał albo najstarszy, albo ten kto najwięcej gada.  Może o uwagę, której nam na co dzień brakuje, a policytowanie się na choroby skupia na nas wzrok uważniejszy niż lekarza prowadzącego. Może o coś innego.

Wstyd się przyznać, ale i mi zdarzało się brać w tym udział. Byłam wciągana w to, mimo że nie chciałam za bardzo lub licytowałam w obronie – bo wiem jak bardzo boli mojego tatę, kiedy ktoś mówi, że miałam mały udar. Jak ja raz tak powiedziałam, myślałam, że jak w telenoweli, dostanę z liścia w buzię (i tu też wpadam w ton ‚ale miałam duży udar!’ – wybaczcie;)

Nienawidzę tego, kiedy takie rzeczy działy się w moim pokoju zakładałam na uszy słuchawki i mnie nie było, nawet kiedy wiedziałam, że do mnie mówią. Za każdym razem łapię agresora i chcę krzyczeć, że prawda jest taka, że dla każdego chorego jego własna choroba jest najważniejsza, obojętnie jak bardzo chora nie była osoba naprzeciwko. I żadna choroba nie jest powodem do dumy (no chyba że złamanie ręki podczas ratowania ludzi w czasie pożaru).

zawsze można skończyć rozmowę prostym ‚wygrałeś, jesteś bardziej nieszczęśliwy i szybciej umrzesz’, bo do tego to się sprowadza. Ale trzeba się liczyć z tym, że kiedy zasłabniemy wieczorem nikt nie pobiegnie po pielęgniarkę, by nas ratować.

*klik! – plus dopowiem, że sytuacja jest fikcyjna, ale wzorowana na wielu prawdziwych.

 

SINN – Kasia na udarówce leży w grzechu

left handJak tylko mogłam zażartować, powiedziałam, że nawet chora leżę w grzechu. Dlaczego? Bo miałam łóżko z widokiem na drzwi z napisem SINN (ang. sin – grzech) – sala intensywnego nadzoru neurologicznego czyli tzw. udarówki (czy tam trafiają nieudarowcy, nie wiem. Jeśli chorują na coś nagłego i zagrażającego życiu, pewnie tak).

Z udarówki mam dużo przewbłysków, mniej wspomnień i dużo relacji – że coś robiłam, albo ktoś coś robił, o swoich pierwszych dniach pisałam tutaj. Ale udarówka to jest niesamowity, inny świat, który opanowany jest przez ludzi starszych i w którym każdy walczy najpierw o życie, później o kolejne komórki mózgu, żeby jak najmniej ich stracić.

SINN to miejsce, w którym leżymy we własnych grzechach – grzechach zaniedbania, nieograniczenia w paleniu, jedzeniu, grzechu złej budowy serca, a przede wszystkim w grzechu starości, którego nikt nigdy nie pokonał i nie pokona inaczej niż umierając.

SINN to miejsce przerażające nawet nie dla samego chorego, który widzi na sali niewiele. Jest przerażająca dla odwiedzających, którzy przychodzą z nadzieją i widzą tych, którzy przegrali swoją walkę z udarem.

SINN jest jak OIOM, gdzie pacjent jest zawsze na oku pielęgniarek i lekarzy, którzy reagują na każde niepokojące wskazanie aparatury, do której pacjent jest podpięty. Kable irytują, łatwo je zerwać,

SINN to miejsce, w którym nie rozmawia się z sąsiadami, bo albo nie umiesz, albo nie masz siły, albo nie jesteś w stanie, albo ich nie widzisz. Ja naliczyłam tam kilka osób, męża uroczej kobiety, która co wieczór życzyła mi ‚kolorowych snów królewno’, siostrę z którą potem leżałam i panią ‚boliboliboli’ najsmutniejszą postać którą spotkałam w szpitalu i ostatniego dnia na SINN-ie jeszcze jednego pana. Podobno było nas wielu więcej.

SINN to sala w której chorego nie wolno męczyć, w którym głośny śmiech jest trochę nie na miejscu, a z drugiej strony bardzo na miejscu.

SINN to miejsce, w którym zaczyna się twoja rehabilitacja i od tego, jak jest ona przeprowadzona, bardzo wiele zależy w przyszłości.

Byłam pewna, że wszystkie SINN-y, wszystkie udarówki, są przynajmniej tak dobre jak mój – bo muszą być dobre, żeby ratować życie. Ale czytam o nich, również w komentarzach w sieci, gdzie wielu wylewa złość i frustrację i okazuje się, że udarówka udarówce nie jest równa, a największymi grzechami są zaniedbania w opiece nad tymi, którzy nie potrafią sami się sobą zająć.

„moją” udarówkę w szpitalu Czerniakowskim mogę bez wahania polecić. Choć kilka lat temu mieli chyba pewien skandal, teraz chyba to co złe – minęło.

Jak to jest zlać się w majty?

toilet paperUwierzcie mi – nie ma nic gorszego niż zlanie się w majty. Nietrzymanie moczu po udarze jest gorsze dla psychiki chorego niż niedowład, problemy z mową, a nawet te koszmarne mdłości w aucie.

Zsikanie się, nieważne czy do łóżka czy w spodnie, jest czymś naprawdę, naprawdę przytłaczającym i nikt mi nie powie, że jest inaczej.

Nie wiem, czy medycyna potwierdzi moją intuicję, że nietrzymanie moczu po udarze (inkontynencja – fajne słowo, no nie?) może mieć dwojakie przyczyny – zmiany neurologiczne, oraz po prostu osłabienie mięśni, wielkie osłabienie mięśni; o tym drugim, nie czytałam w internetach, ale moja intuicja jest tak silna, że aż się nią dzielę – bo to właśnie miało miejsce u mnie według mnie. Plus zmniejszone czucie – jeden z moich ‚wypadków’ zdarzył się tak dziwacznie, że w ogóle nie czułam, że muszę do toalety. Kiedy poczułam zaczęłam iść natychmiast do toalety, ale mimo wszystkich wysiłków nie doniosłam – to był koszmar, sprzątanie tego, potem zgłoszenie salowej, potem odpowiadanie współlokatorce ‚dlaczego tak wcześnie idę się kąpać dzisiaj’…

Niezależnie od przyczyny, niezależnie od tego, czy problem zaczął się po udarze, porodzie czy czymś innym – to jest okropne.

Na szczęście jestem pacjentem bezpampersowym – tzn. panuję nad pęcherzem, nie moczę łóżka. Mimo to i tak mi się zdarzyło kilka razy, więcej solidnie ‚popuścić’. Za każdym razem czułam się upokorzona przez własne ciało. Mogłam sobie tłumaczyć, że jestem po udarze, że raz nie zawsze, że to tylko zmoczenie się, a nie kolejny udar… Nic nie pomagało i nic nie pomaga. Zlanie się w majty jest doświadczeniem, którego nie umiem przerobić na ‚to nic takiego’, bo w mojej głowie jest to rzecz bardziej wstydliwa niż rzyganie po pijaku na ganku domu, o którym można po latach mówić ze śmiechem.

Niekontrolowane oddawanie moczu, zwłaszcza dla bezpampersowca, jest czymś, co się przydarza i wywołuje bezradność. Wiadomo, trzeba się umyć, zmienić portki lub pościel, ale człowiek jest tak zdezorientowany i przerażony, a przede wszystkim przytłoczony tym co się stało, a przecież trzeba działać.

Pani neurolog i reumatolog (opiekowała się mną podczas jednej rehabilitacji) mówiły, żeby się nie przejmować, że przyczyną prawdopodobnie u mnie nie był udar, bo udar nie był dość głęboki itd… (nie?)

Ok, pierwszy raz rzekomo zsikałam się w nocy przez plaster rozgrzewający, strasznie mnie bolały plecy od czegoś i babcia mi nakleiła.

Ok, miałam przewlekłą infekcję wykrytą w badaniu moczu, kiedy mi to wyleczono, sytuacja się bardzo poprawiła, ale nie nazwałabym jej taką jak przed udarem, skoro zdarzyło mi się jeszcze raz, po mojej kuracji antybiotykowej…

Ale kto z was zsikał się przez plaster? Ilu z was miało ten problem przez bakterie? (; najwyżej popuszczacie ze śmiechu;p

Wzięłam się za ten problem i zaczęłam ćwiczyć, podejrzewając, że problem nie tkwi w zalaniu krwią ‚ośrodka trzymania moczu’, lecz w osłabieniu każdego jednego mięśnia mojego ciała, szczególnie tych z lewej strony, ale przecież nie tylko. Z pomocą przyszła najpierw moja pani Madzia, kserując ćwiczenia z pisma fizjoterapeutycznego, które wykonywałam dzielnie przez jakiś czas (nie wiem czy dobrze), ale potem mnie a) znudziły, b) za bardzo absorbowały. Przerzuciłam się na ćwiczenia, których masa jest w internet ach, na przykład tutaj – polegają na spinaniu i rozluźnianiu tzw. mięśni Kegla/mięśni dna miednicy. Ja je robię codziennie i widzę efekty całej swojej terapii. Przyszły dość szybko i teraz czuję się dużo bardziej komfortowo, choć wciąż nie do końca pewnie.

Nie wiem, jak to wygląda u mężczyzn, ale z tego, co widzę, częściej dotyczy kobiet niż mężczyzn. I z tego co widzę w artykułach, większość udarowców w końcu dochodzi do normy w tym zakresie. Ale trzeba mieć świadomość, że nietrzymanie moczu, nie jest jedynym problemem związanym z układem moczowym, z którym możemy się zmagać. Częste oddawanie moczu, albo niemożliwość wypróżnienia pęcherza też należą są problemami, ale chyba nie tak traumatycznymi.

I nie rozumiem, dlaczego to jest dla mnie takie tabu – większe niż pampersy, niż to, że nie pamiętam ‚Gwiezdnych Wojen’, niż to, że były momenty, kiedy wolałabym zostać warzywkiem, niż starać się o powrót do normalności… Może dlatego, że najczęściej mamy z nim do czynienia u żuli, którzy z pomocą moczu walczą o przestrzeń w autobusach?

PS.

Tę notkę pisałam od kilku miesięcy – nie przyszło mi łatwo przyznanie się do czegoś, o czym wiedzieli dotąd rodzice, rehabilitantka i dwóch lekarzy. Ale wiem, że to duży problem wielu osób po udarze i ciężko o nim rozmawiać, więc wiedziałam, że trzeba o nim napisać. A żeby było szczerze – musiałam się przyznać.

PS2

Drodzy przyjaciele, nie lękajcie się. Wydaje mi się, że ten problem jest już poza mną. A wy, jeśli kiedykolwiek się zsikacie, możecie liczyć na uśmiech empatii, a nie wyśmianie. Obiecuję.

PS3

widzę, że popełniłam błąd. Kiedy piszę o zsikaniu się, piszę nie o popuszczeniu, ale o sytuacji, kiedy leci na podłogę, spodnie są mokre, podłoga jest mokra, oczy są mokre, wszystko jest mokre.

 

K jak kajaki!

kayakOstatnie 2 tygodnie były strasznie szalone, a ostatnim szaleństwem były kajaczki, na które szłam z obawami, ale nie trzeba było się bać.

Koleżanka pożyczyła mi swojego chłopaka (najsilniejszy w grupie) i jakoś się płynęło, niezbyt długą trasą, szybciej i wolniej, jak mi ręka trochę drętwiała, dawałam jej luz i ręka wtedy waliła ściemę, tu uspokoję kolegę – nie martw się, nie więcej niż minutkę na raz, więc nie nawiosłowałeś się za mnie za bardzo.

Wsiadanie i wysiadanie do łódki było wyzwaniem, ale co mi tam,

Ręka popracowała, poprostowała się i pozginała, nie dużo za dużo, tylko trochę za dużo. Dziś jest bardziej leniwa niż zwykle, ale obiad zjadłam nożem i widelcem, bez przekładania widelca stale do prawej ręki.

Ostatnio kajakowałam kilka lat temu, było bardzo przyjemnie, tereny międzyodrza żeglowne, kąpielisko Dziewoklicz czyste i dość spokojne, woda ciepła jak w Morzu Śródziemnym. Przyjemnie. Rehabilitacji nie porzuciłam z okazji na gości, równowagę ćwiczyłam, szybki marsz był, ręka była ćwiczona, może trochę mniej niż zazwyczaj, ale była.

Kajaczki polecam, i zdrowym i chorszym (tym, co mogą). Najważniejsze, że w nocy nie obudziła mnie sztywność łapy, jak się  to zdarzało w tym tygodniu razy kilka. Jeśli to zasługa kajaków, to będę chodzić na nie 2x w tygodniu, a jak się skończy sezon, to na ergometr (choć w to wątpię;)).

Powiem wam, że odkąd spędziłam te miesiące w szpitalach, dużo bardziej mnie ciągnie na dwór, ku spacerom, kajakom, leżaczkom, wystawianiu buzi (grubo posmarowanej filtrem) ku słońcu. Wcześniej rzadko doceniałam moje wędrówki po mieście.

Dziękuję moim przyjaciołom za miły weekend! – jeszcze do was wrócę;)

Piękna Sharon Stone – udarowiec taki jak my

sharon stone harper's bazaar

Aż ciężko uwierzyć, że przepiękna kobieta powyżej w 2001 przeszła wylew. Właśnie pierwszy raz udzieliła wywiadu na temat i jak podkreśla tekst z Harper Baazaar’s ma się nawet lepiej niż przed udarem.

Historia Sharon Stone w skrócie wyglądała dość nietypowo – ledwo po czterdziestce, zdrowa, (jak mówi) bez nałogów, wysportowana, a tu nagle 3 dni gorszego samopoczucia, szpital i bardzo rozległy wylew.

Potem walka o zdrowie, która póki co kończy się olśniewającą sesją w Harper’s Bazaar. Szkoda, że tak ważny temat został ‚zmarnowany’ przez Harpersa, który w artykule próbuje przekazać wszystko, od całej kariery, przez buddyzm i udar, po problemy ze znalezieniem faceta. Gdy przeczytałam gdzieś, że artykuł jest szczery do bólu i odważny, poczułam się zachęcona. I się rozczarowałam. Nie jest ani odważny, ani szczery. Ale ma jedną, ogromną zaletę – pokazuje w jakim stanie można wyjść z ciężkiego problemu z mózgiem.

Nie twierdzę, że każda osoba po wylewie, będzie zasługiwała na okładkę w Harpersie, ale twierdzę, że naprawdę nie doceniamy stałej i długotrwałej rehabilitacji. Jeśli znajdzie się dobrych specjalistów, ma się motywację i może resztki radości istnienia – można zawsze pracować nad poprawą.  Nie trzeba do tego milionów dolarów, trzeba tylko trochę. (Wiem że u nas jest ciężko z rentą 800 zł, ale to temat na inną notkę). Popatrzcie sobie na Youtubie na ostatnie wywiady – wygląda jak udarowiec? Dla mnie to wielka motywacja. Tak jak osoby, takie jak moja znajoma – z dziecięcym porażeniem mózgowym – która już jako dorosła osoba postawiła pierwsze samodzielne kroki dzięki wieloletniej rehabilitacji.

Szczerze – wolałabym przeczytać wywiad o pocie, łzach i frustracji przy niemożności płynnego wypowiedzenia swojej kwesii, ale dobre jest, co jest. Zdjęcia też dobre;))

PS

czytałam opinie, że musiała mieć mały wylewik. Ale oczywiście, że nie musiała, wiem po sobie, też nie był mały, a robię tyle rzeczy… Tu cytat z artykułu, z czym się zmagała Sharon.

 

The stroke and its aftermath transformed Stone in ways she’s still discovering. „It took two years for my body just to absorb all the internal bleeding I had,” she says. „It almost feels like my entire DNA changed. My brain isn’t sitting where it used to, my body type changed, and even my food allergies are different.” It took months for her to regain feeling in her left leg and years for her vision to return to normal; she also fought to eliminate a persistent stutter. On the plus side, „I became more emotionally intelligent. I chose to work very hard to open up other parts of my mind. Now I’m stronger. And I can be abrasively direct. That scares people, but I think that’s not my problem.” She laughs. „It’s like, I have brain damage; you’ll just have to deal with it.”

 

Pływanie po udarze mózgu

swimming in oman

jedno z najpiękniejszych miejsc w których pływałam – i muszę wrócić do formy żeby tam wrócić jak najszybciej ( ; zdjęcie tego nie odda…

Mnóstwo osób mówiło mi o korzyściach pływania w rehabilitacji, niektórzy rzucali nawet konkretami, których nie mogę sprawdzić, bo nie pamiętam żadnego argumentu naukowo-praktycznego  pływaniem – ach te dziury w mózgu!:) google nie zwraca żadnych ciekawych wyników na frazy typu pływanie po udarze mózgu

Ja jednak sama widzę korzyści płynące z pływania ( ; – zatem je wyliczę.

1. pływanie doskonale rozluźnia – co jest dobre dla spastycznej łapy (mojej). jeśli się nie przesadzi, oczywiście. Jak ostatnio przepłynęłam 2 km, to następnego dnia byłam jedną bolącą kulką goryczy i stanowiłam przeciwieństwo rozluźnienia. Jednak zwykle leniwe 40 min w basenie jest dobrym rozluźniaczem.

2. pływanie poprawia koordynację – a sami wiecie, że tej u udarowca jest jak na lekarstwo. Prawa, lewa, a nóżki chlap chlap chlap. Bajka rehabilitanta.

3. pływanie wzmacnia lewą rękę. i prawą rękę. i każdą kończynę jaką mamy. ale trudno przy nim przesadzić. Moje doświadczenie jest potwierdzeniem tej tezy – po pierwszych wycieczkach na basen (jeszcze w Konstancinie) bolała mnie prawa ręka. Podświadomie odpuszczałam lewej, ale wciąż nią pracowałam. Potem się czułam z tym dziwnie i skarżyłam się na bezsensowność swoich ćwiczeń. W końcu zrozumiałam, że tak jest lepiej.

4. Pływanie synchronizuje dwie półkule mózgu – nie wiem dlaczego i jak, ale kołacze mi się w głowie, że ktoś mi to powiedział;)

5. Pływanie oczyszcza mózg z wielu uporczywych myśli – każdy udarowiec będzie wiedział, jakie to jest cenne.

Ja mam dziwny stosunek do tego wszystkiego, ale znowu zaczynam lubić wodę. Dlaczego? Za gówniarza byłam pływaczką wyczynową, tygodniowo przepływaliśmy dziesiątki kilometrów. Po rzuceniu ‚karierki’ pływaka, ten sport pozostał u mnie w sferze miłości, hobby pielęgnowanego na tyle, żeby móc bez zawahania zawsze powiedzieć, że ‚świetnie pływam’. Plus uwielbiałam wodę – pytajcie moich rodziców lub dziadków, jak im szło wyciąganie mnie z jezior:)

A po udarze, kiedy dostałam pozwolenie na basen (nie jacuzzi) nagle odległości przepływane przeze mnie spadły przynajmniej o połowę, techniki na szczęście nie widzę( ; Oczywiście czarna rozpacz. Straciłam nawet pływanie. Koleżanka z klubu i szkoły jest w tym Konstancinie trenerką. Proponowała płetwy, żeby sobie przyspieszyć tempo, wówczas nie czułabym się jak ślimaczek, ale podziękowałam. Argumenty na nie przeważyły te na tak. Wtedy. teraz nie wiem dlaczego.

I chodziłam dalej już w Szczecinie (wychodzi mi min. 1, max kilka razy w tygodniu) raczej z poczucia obowiązku niż z przyjemności. Raczej z chęci pokonania triathlonu niż chęci rehabilitacji. Ale nie tak dawno temu znowu zaczęłam odczuwać przyjemność z pływania. Zwłaszcza wtedy, kiedy się zapominam i w głowie brzmi mi jakaś rytmiczna piosenka, jak poniższa.

I muszę powiedzieć, że wt-pt które spędziłam nad jeziorem, gdzie wake’owałam i windsurfowałam, a dla kondycji i rozluźnienia pluskałam się w wodzie i pływałam, czułam się jak kiedyś. Każdy wymęczony fikołek czy głębszy nur, słońce nad oczami i pauza na zorientowanie się, gdzie się płynie, sprawiały mi strasznie dużą przyjemność (oczywiście gdy już pokonałam wrodzonego lenia).

Wiem oczywiście, że nie każdego można wpuścić do wody, bo nie każdy sobie w niej poradzi, ale widziałam udarowców, którzy spędzali sobie czas na schodkach prowadzących. Uwierzcie, że nie byli tam, żeby gubić kilogramy – po prostu ich lekarz&rehabilitanci uznali, że gdzieś tu jest korzyść. Choćby w tym rozluźnieniu ciała:)