Jak nie lubię telewizji. Szczególnie w szpitalu

pilotSzpital to środowisko, w którym raczej na sali nie poleżysz z przyjaciółką, z którą przegadasz całą noc. Szpital to środowisko, w którym cały czas trwa walka o dominację na sali. Wygrywa pacjent, który decyduje, kiedy i co się ogląda na sali. Mówię to serio.

To wszystko, co się dzieje wokół telewizora, jest bardzo zabawne. Najpierw wzajemne obwąchiwanie, kto ma jakie zwyczaje telewizyjne. Możesz mówić, że nie oglądasz, ale to nie ma znaczenia. Skoro stoi, to ma grać. Nieoglądający zazwyczaj wycofują się, bo skoro stoi, ma grać.

Jest jeden plusik – telewizja szpitalna jest przeważnie płatna. Niestety niedużo, za kilka złotych może grać od rana do wieczora. Idąc do szpitala, trzeba być przygotowanym na wydawanie dwuzłotówek. Dostawy zawsze w cenie, jak nie dla ciebie, to dla kogo innego się przyda. Po południu, czasem wieczorem, zaczynały się wędrówki ludów w poszukiwaniu dwuzłotówek, nieprzygotowanych zawczasu. Ach, jakie garści klepaków miałam w szufladzie w zamian za  okrągłe sumki. Ach, jak karnie się składałam na wieczór jazgotu, od którego odwracałam się plecami w słuchawkach.

Z jakim zainteresowaniem słuchałam awantury o telewizor w innym pokoju. Pani nr 1 chciała oglądać, druga chciała wyłączać. Rozumiem i jedną, i drugą, ale to nie do rozwiązania. Krzykana i były, wyzywanie, a salomonowy wyrok nie był możliwy. Koniec końców zasada została prosta – oglądanie do 22, nie dłużej.

Były i inne rzeczy. Zagadałyśmy się z panią Marią. Nagle usłyszałyśmy walenie pięścią w ścianę. Ok, za późno, za głośno i przeszłyśmy do szeptu. Nie usłyszałyśmy się, bo z tej pukającej sali zagłuszył nas telewizor.

Mój towarzysz stołówkowy, którego bardzo lubiłam, niestety imienia nie pamiętam… żalił się czasem na swoich współlokatorów. Robił to z takim humorem, że nie sposób było opuszczać posiłki;) jeden z tych współlokatorów, zyskał miano Telemaniaka. Telemaniak był gościem bezsennym. Miał swój telewizor (w Konstancinie nie było telewizorów na salach!) i ubytki słuchu. Wyobraźcie sobie mojego kolegę przy śniadaniu, uśmiechającego się mimo tego, że  do rana zasypiał przy telewizorze i od rana drzemał przy nim.

W Konstancinie była świetlica z telewizją. I odbiornik na korytarzu. Kiedy był mecz piłki ręcznej, cały szpital siedział i patrzył. Najzabawniejsza jednak była pora ‚Wspaniałego stulecia’, tureckiej telenoweli o życiu Sulejmana Prawodawcy. Była jeszcze w czasie zajęć, wszyscy idący, zwalniali, żeby popatrzeć. Wracając ustawiali się za kanapą i patrzyli. Miejsc było zawsze za mało:)

To rozwiązanie było dobre – przynajmniej na salach nie było jazgotu. Ludzie sobie mieli o czym pogadać potem, rozmawiali, tworzyła się fajna wspólnota osób, które były zamknięte razem na rehabilitacyjnej odsiadce.

Ja sama telewizor włączyłam raz, po wyjściu z SINN-u, na neurologii. Byłam sama na sali. Za 6 zł mogłam oglądać do nocy. NIC NIE BYŁO W TYM PUDLE. Nawet wiadomości. Obejrzałyśmy ze Świnią zły dokument o świniach, resztę pieniędzy straciłam. Jak pamiętacie, mnie hałas męczy. Więcej nie popełniłam tego błędu:)

 

grajmy sobie analogowo! – gry po udarze

games, pokerKiedy leżałam na pierwszej rehabilitacji, byłam zrozpaczona. Mimo pracy z neuropsychologiem, zadań domowych, oglądania filmów, prób czytania, uświadamiałam sobie, że ten syf, który mam w głowie, będzie porządkowany dużo dłużej, niż przypuszczałam początkowo.

Napisałam więc do swojej byłej wykładowczyni, która miała z nami przedmiot ‚psychologia komunikacji’, który w dużej mierze, z tego co pamiętam, opierał się właśnie na takich neuro-ćwiczeniach. Jeśli nie na koncentrację, to na kreatywność.

Odpowiedź, którą otrzymałam, bardzo mi się podobała. Graj, Kaśka, w gry. Nawet proste. Zapraszaj znajomych na partyjkę scrabbli. Obok tego sudoku się sprawdza do samodzielnej pracy. I o tamtej pory starałam się nie wypuszczać moich gości bez rozegrania partyjki czegoś. Graliśmy w makao (tego nienawidzę, tak przed udarem i po udarze), scrabble, Kolejkę czy jakieś ‚Pan tu nie stał’, państwa miasta,. Było super, przegrywałam jak zawsze (tylko w scrabble mi się udawało czasem zwyciężyć, ale w to przed udarem byłam mocno wyćwiczona), jak się nie skupiałam i coś źle robiłam, znajomi śmiali się i dokazywali. Kolejna rehabilitacja to byli inni goście, przychodzili już ze skomplikowanymi planszówkami, których uczyłam się powolnie, ale je pokochałam i mogę grrrraaaać. Teraz, przeszło pół roku później, jestem w stanie zagrać nawet w skomplikowane gry, jeśli ktoś dobrze wytłumaczy mi zasady. I chcę grać!

Tu na wczasach jest z tym słabizna. Kupiłam karty, chciałam przypomnieć sobie pokera, ale się nie udaje. Zapraszamy znajomych na poksa, a oni nie chcą grać. Zapraszam brata na partyjkę, ale zmęczony. A przez to, że na Cyprze hazard jest trochę zabroniony, przez sieć też nie przegram majątku.

Podobno granie synchronizuje półkule mózgowe. Rozwija też na pewno koncentrację, myślenie logiczne, ‚social-skille’, a ze wszystkim jestem trochę na bakier. I sprawia mnóstwo frajdy. I gry są naprawdę na każdym poziomie. Z dzieciakami gra się w najnudniejszą grę świata, wojnę. Są miliony gier, w które można grać z udarowcem, kiedy wyjdzie z fazy ‚chce mi się spaaaaaaaaaać, zostawcie mnie w spokoju’. Taka praca po godzinach, na pewno przyjemniejsza, niż męczenie się z tekstem z lukami od neuropsychologa;)

Jestem typem przegrywacza-pechowca, dlatego przegrane mnie w ogóle nie smucą i nie załamują. Powiem nawet więcej – jak wygrywam, zachowuję się bardzo źle. Tak źle, że nie daję zapomnieć innym, że PRZEGRALI ZE MNĄ. A teraz, że PRZEGRALI Z UDAROWCEM. Wyzywam też innych (najczęściej od dziwek bez szkoły… dlaczego? nie mam pojęcia)

Zachowuję się gorzej niż Hammond:

Jak nie wierzycie, zapytajcie moich przyjaciół;)

The efficacy of Wii-based Movement Therapy for upper limb rehabilitation in the chronic poststroke period: a randomized controlled trial

Obym was nie myliła z kapeluszami!

The_Man_Who_Mistook_His_Wife_for_a_Hat_coverKilka tygodni temu przeczytałam newsa – umarł genialny neurolog, który napisał książki o takich rewelacyjnych tytułach jak Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Przebudzenie, Muzykofilia: Opowieści o muzyce i mózgu, Antropolog na Marsie… 

Po przeczytaniu o nim kilku słów zapłakałam, że nigdy nie zostanie moim lekarzem prowadzącym i wiedziałam, że muszę poznać jego książki. Wybrałam oczywiście Mężczyznę… I nie zawiodłam się. Książka w punktacji lubimyczytac.pl to 10/10, jest doskonała. Może nużyć przy czytaniu ciągiem, ale nie na tyle, żeby ją odłożyć.

Biorąc pod uwagę to, że poprzednią książkę (też bardzo dobrą) czytałam o końca czerwca do końca września, ta poszła mi rewelacyjnie – tylko tydzień, pierwszego dnia przeczytałam ze rozumieniem 100 stron, potem mnie łeb bolał strasznie, ale nie mogłam odpuścić.

Książka jest naukowa, ale specyficznie. Przypisów mało, rozpraszenia brak. Nie najważniejsza jest literatura (ja ufam gościowi, który ot tak pisze o swojej korespondencji z Aleksandrem Łurią) i który już w pierwszych słowach mówi o pacjentach neurologicznych z takim zrozumieniem, którego chciałabym dla nas wszystkich, w tym oczywiście dla mnie.

I to on wytłumaczył mi specyfikę prawej półkuli mózgu. Wcześniej nikt mi nie powiedział nic o tym (choć pytałam) i nie zlekceważył moich ‚dziur’ jako mniej fajnych, mniej interesujących, mniej groźnych. Dalej jestem cudzikiem medycyny, ale mam do siebie wiele zrozumienia – dzięki książce wydanej w 1985 roku (w Polsce później oczywiście).

To są jednak osobiste radości i tanie kupowanie serca udarowca, który czuje się niezrozumiany przez cały świat, bo nie umie opowiedzieć, co mu się kłębi w pustawym łbie.

oliver sacksInne części książki są o niebo (i chyba obiektywnie) lepsze. Publikacja składa się z opisów ‚przypadków’ poznanych w toku kariery neurologa. Każdy jest tak interesujący, że szczęka opada ze zdumienia. Ten tytułowy Mężczyzna, utalentowany śpiewak, rzeczywiście pomylił głowę żony z kapeluszem! A pani z zaniedbywaniem połowicznym gdy chciała dojeść obiad, odpowiednio kręciła się wokół własnej osi, tyle razy, ile trzeba było. Nie mogę wyjść ze zdumienia i przypadkom, i samemu lekarzowi, dla którego pacjent nigdy nie był kłębkiem neuronów, i który starał się dojść do sedna i wpłynąć na jakość życia swoich pacjentów, do tego stopnia że zastanawia się, czy jego autystyczny pacjent nie mógłby być ilustratorem bajek. Albo ręcznie produkować inicjałów w książkach. Do tego stopnia, że zgadzał się, żeby jego pacjent z zespołem Tourette’a (jedno z największych zaskoczeń całej publikacji. Wiedzieliście, że turetycy mają dużo większe problemy, niż niekontrolowane przeklinanie?) brał lekarstwa w tygodniu, a w weekendy dał sobie spokój, żeby nie stracić kreatywności, interesującego talentu perkusyjnego i życia. To wszystko zostało osadzone w rzeczywistości medyczno-filozoficzno-humanistycznej, do tego, że w książce można znaleźć nazwiska, które pamiętam ze swoich studiów kulturoznawczych.

Z punktu widzenia udarowca jest oczywiście też interesująco, udar gdzieś się pojawia, powodując takie konsekwencje, których możliwości istnienia nigdy bym nie podejrzewała. Jednak to tylko pogłębia moje przekonanie, że w ogóle nie zdziwiłoby mnie, gdybym nagle zaczęła mówić po chińsku.

Jednak największym potwierdzeniem wielkości tego człowieka jest fragment, w którym pisze o objawieniach. Przyznaje, że mają źródła neurologiczne, nie negując jednocześnie wpływu istoty wyższej, Boga. Nie mam pojęcia, czy był wierzący, czy nie, ale na pewno miał w sobie tyle zrozumienia, którego nigdy wcześniej (ok, nie pamiętam większości książek, które przeczytałam) u nikogo nie widziałam. I jest mocarzem, który jest w stanie pytać o człowieczeństwo tam, gdzie inni go nie widzą.

Gdy dorosnę, chcę być takim neurologiem. Sacks jest niesamowity. Ale nasze mózgi są jeszcze bardziej.

 

Gorzej być nie może! Na samodzielnego udarowca czyhają same zagrożenia

ostrzeżenie: 'dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku'. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

ostrzeżenie: ‚dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku’. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

Kilka tygodni temu przeżyłam jedną z najgorszych chwil w życiu.  Opowiem o niej bez szczegółów dotyczących lokacji,  ludzi… Dlatego, że nie chcę wpędzać nikogo w poczucie winy i niepotrzebne wyrzuty sumienia :)

Zaczęło się od tego, że poczułam się samodzielna. Może za bardzo samodzielna. Kasia-Zosia-Samosia, sama pojedzie, załatwi, zrobi, ogarnie, nawet bez stugodzinnego zapasu czasu, w końcu zdrowiejemy.

Jednak w pewnym momencie coś mnie dopadlo,  nie wiem czy zmęczenie,  czy totalna dekoncentracja, czy strach, czy cokolwiek innego. Najpierw autobus. Coś poleciało mi z łapek i nie mogłam tego podnieść. Poczułam się tak zagubiona, że rzeczywistość, choć nie wirowała, zaczęła wirować. Na raz ogarnęło mnie to uczucie bezradności i dezorientacji, które codziennie staram się zagłuszać działaniem wolnym, planowym, uważnym i rozważnym, staram się udawać, że go nie ma. Wtedy jednak nie było mowy o spychaniu czegokolwiek. Kaskada negatywnych myśli i żalu, rzeczy lecące z rąk, zdanie wyłącznie na siebie, trudne decyzje pod presją czasu, której nie byłoby, gdybym była zdrowa, bo czasu było mnóstwo. Musiałam decydować i radzić sobie samej, chociaż najchętniej swoje rzeczy bym wyrzuciła, skuliłabym się na ławeczce i czekałabym na ratunek. Takiej opcji nie było, było za mało czasu, żeby dzwonić po jakąkolwiek pomoc dla mnie, z resztą wiedziałam, że to tylko wywoła panikę i poczucie winy w innych, którzy nie mogą być obok.

To nie był atak paniki (znam je skądinąd), ale stan trochę zbliżony, serce biło mi jak narodowiec lewaka, oddychało się ciężko, a myśli wirowały. Nie mam pojęcia, czy jakkolwiek oddałam tamten koszmar, może lepiej będzie, jeśli powiem, że w końcu udało mi się znaleźć ławkę i zaczęłam szlochać, mamrocząc pod nosem, że nie umiem sobie wyobrazić niczego gorszego, niż życie po udarze.

Siedziałam tak (ławki obok dziwnie szybko opustoszały) aż do chwili , kiedy mogłam wykonać telefon. Wybrałam przyjaciółkę, która była na tyle daleko, że nie mogłaby się czuć winna, że jej przy mnie nie ma i o której wiedziałam, że rozsądnie postawi mnie do pionu tak, żebym mogła wrócić do domu. Natalka uratowała mi wtedy tyłek. Przerażenie zniknęło, dezorientacja została, motywacja wzrosła.

Kiedy wróciłam do domu, długo musiałam  odpoczywać, bo bieganie męczy mnie mniej, niż to, co dzieje się w tym łbie.

Chcę powiedzieć, że takie chwile zdarzają mi się rzadko, bo wypracowałam sobie strategie zapobiegania im. Ale rzeczywistość nie jest dla mnie tym samym, co przed udarem. Jest groźna i nieprzyjazna, ciężka do ogarnięcia. Funkcjonowanie w jej przestrzeni to wysiłek, który będzie ciężko zrozumieć osobom bez udarowego doświadczenia, nie wiem nawet, czy jest więcej udarowców, którzy widzą to tak jak ja. Wiem jednak, że pomimo zaskakująco wspaniałej formy, tego, że niemal nie widać po mnie udaru, jeszcze daleka dla mnie droga, do stanu, który można z angielska fully recovered (całkowite wyzdrowienie). I nie to, czy ręka jest bardziej, czy mniej sprawna, jest dla mnie najważniejsze.

I podtrzymuję, że trudno mi sobie wyobrazić coś gorszego, niż życie po ciężkim udarze, zwłaszcza w takich chwilach. Ale los tak dał i trzeba sobie z tym radzić. Nie można się poddawać, trzeba walczyć o to, żeby było najpierw znośniej, potem zupełnie dobrze. Droga udarowca jest długa, samemu ciężko się ją przechodzi.

Ja sobie poradziłam w tej chwili kryzysu i tyle, co mogę poradzić, to po prostu odpuścić wszystkie nieniezbędne rzeczy. Poradzisz sobie bez chleba, ważniejsze jest dotarcie do domu/odebranie dziecka z przedszkola/dotarcie do pociągu/bycie u lekarza na czas. Ktoś czeka? Prawda jest taka, że jak kocha, zrozumie ( ; a jak nie kocha, mała strata (chyba że to lekarz orzecznik ZUS).

Oczywiście piszę to do samodzielnych udarowców, warto sobie poukładać w głowie, co trzeba i jak trzeba. A jak trzeba, prosić o pomoc. I jakoś żyć:) Mnie to wszystko nie zniechęciło do samodzielnego funkcjonowania, nie wiem, czy cokolwiek by było. I mamo, tato, bracie, uwierzcie, że sobie radzę;p chociaż do domu wróciłam śmierdząca (coś mi się rozlało;p) i wymęczona.

I nie napisałam tej notki dlatego, żeby kogoś przerazić, gdyby nie to, że była w ‚szkicach’ napisana do połowy, pewnie z moją dziurawą pamięcią już bym o tym nie pamiętała. Piszę o tym raczej dlatego, żeby dać nieudarowym czytelnikom lepszy dostęp do świata udarowca, czy po prostu mojego świata. Jak mawia dziadek, jest dobrze, ale nie beznadziejnie( ;

Jak mi powoli wraca angielski…

handsUwierzcie mi, rzadko kiedy bywam tak przerażona jak wtedy, kiedy tata poprosił mnie o tłumaczenie rozmowy. Rozmowa szła mi tak kulawo, że potem przeryczałam (cichutko, żeby nie budzić mamy!) w poduszkę pół nocy. Z osoby z płynnym angielskim, pracującej po angielsku, stałam się dukaczem, który fluencji po angielsku, ma jeszcze mniej niż kiedyś.

Bałam się, że udar mózgu zabrał mi kolejną rzecz, na którą pracowałam całe życie (a takie rzeczy są dla mnie szczerze mówiąc bardziej bolesne, niż te, które po prostu były, bo jestem ludziem).

Nie mogłam rozmawiać za bardzo, filmy oglądałam z lektorem (!!! wcześniej tego nienawidziłam), o filmie bez napisów nie było (i nie ma dalej) mowy, zasady gramatyki były dla mnie zagadką w użyciu, słowa (lub nie) z głowy bardzo długo.

Poszukiwanie intensywnego kursu spaliło na panewce – a to nie tworzyli mi grupy, a to kurs kolidował z rehabilitacją, a to miałam szpital, nie wyszło.

Zarejestrowałam się więc na Skilltrade.org. Polskim portalu wymiany umiejętności, o którym słyszałam wcześniej, ale go nie znalazłam (słabe spozycjonowanie w googlu chyba). Pełna nadziei zaczęłam szukać trzech rzeczy – nauczyciela hiszpańskiego, konwersacji po angielsku i nauki jazdy na rolkach. Hiszpański i rolki w ogóle nie wyszły, baby do których pisałam, pozostawiały moje wiadomości bez odpowiedzi. A może po prostu moje zaoferowane umiejętności im nie odpowiadały? No mniejsza.

Raz umówiłam się na spacer,  gadaliśmy po angielsku, aż nie zaczął mi się język plątać – tak w angielskim, jak i polskim, język plącze mi się bardzo, jak za dużo mówię:)

W pewnym momencie jednak zorientowałam się, że skilltrade jest po prostu traktowane przez użytkowników jak portal randkowy, gdzie można spotkać nie desperata, tylko kogoś interesującego. No i udało mi się znaleźć kilka osób (głównie kolegów, choć nie tylko!;) z zagranicy, z którymi sobie koresponduję, od czasu do czasu gadam na Skypie, są dni, w których więcej używam angielskiego niż polskiego. I choć nie czuję się wciąż płynnie, lepsze to niż nic.

DZIĘKUJĘ SKILLTRADE, choć masz wiele wad. Portal działa dopiero od 2015 roku, ma wiele błędów – zaskakująco dużo, ale to sprawy techniczne. Mi pomogło, również to, że jak piszę wiadomości, nie wiadomo, że miałam udar. Jak się więcej gada, to w końcu wychodzi, ale nie ma już tego paskudnego torowania, które z resztą zwykle jest bardzo pomocne, bo prawda o udarze jest taka, że to ciężka, męcząca choroba. A jak się przejdzie do znajomości normalnie, potem też jest jakoś normalniej. I swobodniej się gada. Skilltrade to teraz takie moje okienko na świat i na POWRÓT do umiejętności.

miałam udar prawostronny

brain(…) prawdę mówiąc, cała  historia neurologii i neuropsychologii jest historią badań nad lewą półkulą mózgu. 

Jednym z ważniejszych powodów lekceważenia prawej – albo „podległej”, jak ją zawsze nazywano – półkuli było to, że objawy jej uszkodzeń są i wiele mniej wyraźne niż w przypadku półkuli lewej. Przyjmowano, zwykle z lekką pogardą, że prawa półkula  jest za t”prymitywna” niż lew. Ta ostatnia uważana jest a jedyny w swoim rodzaju, niezrównany efekt ewolucji człowieka. I w pewnym sensie, to prawda. Lewa półkula, ta bardzo świeża narośl na mózgu człekokształtnych, jest bardziej skomplikowana i wyspecjalizowana. Jak komputer przyklejony do podstawowego zwierzęcego mózgu zajmuje się schematami i programami. Z drugiej strony prawa półkula kontroluje niezwykle ważną zdolność rozpoznawania rzeczywistości, zdolność niezbędną każdej żywej istocie do przetrwania. Klasyczna neurologia była bardziej zainteresowana schematami niż rzeczywistością, kiedy więc pojawiły się syndromy – zespoły objawów – związane z uszkodzeniami prawej półkuli, uznano je za dziwaczne.

– Olivier Sacks, Mężczyzna który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Poznań 1996, s. 22.

Ten fragment książki z lat 80 może mi tłumaczyć, jakim cudem jestem takim cudzikiem medycyny.

I dlaczego nieustannie czuję się zagubiona w świecie.

 

jak to jest mieć dwie mamy?

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła... z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła… z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

chciałam Wam powiedzieć o najwspanialszym, najbardziej kochanym i odpowiedzialnym chłopcu na świecie. Jeśli śledzicie bloga, widzieliście peany na temat mamulki i taty, teraz przyszła kolej na następnego faceta – mojego brata, psychologa, kumpla, gabinet kosmetyczny, dostawcę żarcia, pocieszyciela, wsparcie.

Ja zawiodłam – zjechał z zagranicy na święta, a tu małe wykopyrtnięcie i wigilię spędził na udarówce. Był na tyle kochany, żeby powiedzieć, że święta były super, bo z rodziną. Ale największym wyrzutem sumienia jest dla mnie to, że kiedy on był w szpitalu, ja nie rzuciłam wszystkiego, żeby być koło niego. Teraz widzę, że wymówki były słabe, bo sesja-sresja.

Chłopca, który po moim udarze, natychmiast załatwił sobie przeniesienie do polskiego oddziału swojej firmy i dzień w dzień zajmował się mną po robocie.

Dobra, koniec tego słodzenia – Radzio jest nadopiekuńczy i wpędza mnie w poczucie winy, ale muszę z tym żyć, bo to on mi mył stopy w szpitalu. Przynosił mi sushi, prał majty, przytulał, kiedy trzeba było. Kiedy mi robił manicure, bo sama nie umiałam, panie w szpitalu pytały, skąd taki mobilny gabinet kosmetyczny i ile bierze (nie wziął niczego). Był dla mnie głosem rozsądku, kiedy mi go brakowało.

Mój (młodszy!) brat jest jednak trochę bardziej mamowy od mamy. Dzwoni co jakiś czas, żeby sprawdzić, co tam u mnie. Nie pozwala samodzielnie jeździć rowerem (bo ruch lewostronny, sami wiecie). Liczy każdy łyk alkoholu (a było ich kilka) i komentuje tak, żebym nigdy więcej nie chciała po alkohol  sięgnąć (co zazwyczaj ma skutek odwrotny od zamierzonego). Ale nie to jest najbardziej mamine – nie pozwala mi pić coli, muszę się kryć jak nastolatka z fajkami. I Radek chce, żebym wstawała wcześniej, żeby mi dzień nie uciekał. Nie żeby mama mówiła, że mam wcześnie wstawać – ona mówi raczej  ‚oooo, śpij kochanie śpij’.

I tak się wczasujemy tu u niego, ja sprzątam, on pracuje, ja się bawię z nim, on się za bardzo martwi. Niesamowite jest to, że ten chłopiec jest ode mnie młodszy, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny, bardziej samodzielny.

Prawda jest taka, że  bez niego byłoby bardzo ciężko na tym świecie. Nasz tato mawia, że wystarczy na nas spojrzeć, żeby się przekonać, że nie ma większej miłości na świecie niż u rodzeństwa.

PS.

POZDRAWIAM MARIUSZA. właśnie znalazłam w telefonie sms, że miałam o nim dobrze napisać na blogu. Mariusz jest kolegą Radka i miłym gościem, więc źle o nim nie mogę napisać ( ;

O cofaniu się

DSC_1366Jestem na wczasach, dlatego trochę zaniedbałam ćwiczenia. To niedobrze, bo z moich doświadczeń wynika, że po udarze szybko można stracić część wypracowanych efektów. Na szczęście nie do końca.

Jednak zasada jest dla mnie widoczna – na każde 3 kroki na przód 1 przypada do tyłu, jeśli coś się zaniedba. Na początku więcej, potem mniej, te kroki w tył są coraz mniejsze, ale są. Teraz trochę obawiam się powrotu do regularnych ćwiczeń, tj. do zwykłego reżimu.

Wróciłam na rower, jest ładnie, chociaż chybotliwość większa. Dużo większa. Na trickboardzie nie ustoję 10 minut na pewno.

Pani Madzia powiedziała mi jakiś czas temu, że chyba nie ćwiczę buzi, bo jest gorzej. I wiecie co? Może nikt tego nie zauważy, ale wy będziecie czuć. Trzeba pracować. Rehabilitujący się to najbardziej zapracowani ludzie na świecie, bo w przekraczaniu kolejnych barier nie ma nic za darmo.

To wszystko nic, w końcu przesunę się o ten krok do przodu.

W rehabilitacji wszystko jest ważne. Umiar, rozwaga, ale i konsekwencja. Ja widzę, że kilka dni przerwy to za dużo. Mam swoje usprawiedliwienia, gulę pod sercem stworzoną ze stresu przed podróżą, wciąż jednak to za dużo. Wracam do pracy nad sobą i do pisania dla Was.

kocham mój Nootropil (leki prokognitywne po udarze)

zagadki logiczneKiedy usłyszałam od lekarza termin ‚lek prokognitywny’ myślałam że zwariuję ze szczęścia – istnieją prochy, które mogą poprawić moją koncentrację i ogólnie myślenie, ja je chcę! Potem pogadałam z różnymi ludźmi, lekarzami i lekarzami in spe, jednym badaczem leków i większość mi odradzała to lekarstwo – tylko neurolog powiedziała że to świetny pomysł i zapisała mi Nootropil, moją nową miłość.

Mówili o nim ‚placebo dla starych bab’, ‚ duże kłopoty z łączeniem z innymi lekami’, ‚dla studentów w czasie sesji’, ‚w Czechach bez recepty’…

Ale ja mam wrażenie, że świetnie na mnie działa, nie widzę żadnych skutków niepożądanych, może oprócz tego, że muszę pamiętać o kolejnej tabletce rano. Jest o tyle lepiej, że czuję się dużo lepiej za kierownicą (choć oczywiście nie szaleję dalej) i nie mam wrażenia,  że zaraz rozjadę dziecko. Rozwiązuję zagadki po dwumiesięcznej przerwie ot tak sobie (wciąż nie są łatwe, ale niektóre rozwiązywalne!), lepiej się koncentruję, czasem udaje mi się wyrazić kwestie, o których wcześniej ciężko mi się nawet myślało. Jest lepiej.

Jeśli to placebo, to kocham moje placebo. 

Kolega badający lekarstwa kazał mi zapytać moją neurolog o inną substancję, której świetne efekty  działania widział na własne oczy, ale ona odpowiedziała, że tego nie stosuje się przy udarach i nie widzi tego u mnie. Dostałam więc Nootropil. I sobie go przyjmuję i jestem zadowolona. Mam oczywiście kilka obaw, ale poziom ich racjonalności jest na poziomie chorego na depresję, który nie chce przyjmować antydepresantów, bo są takie i owakie i od psychiatry. Czyli żaden:)

 

A ta Swinia nie ma mozgu!

W związku z kolejnym pobytem w szpitalu, muszę napisać o dwojgu moich ważnych towarzyszy :)

IMG_20150918_081008Po pierwsze przedstawiam wam Świnię. Świnia opuściła tylko jeden, krótki pobyt w szpitalu. I to z mojej winy – zostawiłam ją u cioci w Toruniu, spadła od łóżko i opuściła czerwcową kardiologię.

Świnia jest moją pocieszycielką, w szpitalach zajmuje miejsce psa. Właśnie wtulam w nią głowę i trochę jest mi lżej.  Jest trochę brudna – jak to Świnia – na boku ma resztki dlugopisowego napisu ‚kocham cię Kasiu’, który napisała przyjaciółka, jej poprzednia właścicielka.

Żebyście jednak nie pomyśleli, że ja ją wykorzystuję i Świnia nie ma żadnych korzyści ze związku ze mną!  Przede wszystkim, ma się do kogo przytulić w nocy i w ciągu dnia (; poza tym, zwiedziliła kawał Polski,  i to nie w drodze do rzeźni, co jest dodatkowym plusem. Poza tym,  jest pewnie jedyną Świnią na świecie, której zrobiono rezonans magnetyczny :) Jeszcze na oddziale neurologicznym,  kiedy byłam brana na rezonans,  pani pielęgniarka zapytała ‚a świnia jedzie z nami?’ a może?  To jasne!  To był pewnie mój piąty rezonans, ale pierwszy poudarowo świadomy. Nikt nie kazał mi jej zostawić przed badaniem.  Więc już obie jesteśmy pewne, że jesteśmy do siebie podobne. Świnia nie ma mózgu, ja nie mam części mózgu…

Sułtan qaboosDrugim moim pocieszycielem jest Qaboos, sułtan Omanu.  To przypinka, którą przyniósł mi na udarówkę przyjaciel i wzbudził tym oczywiście moje pół uśmiechu.  Od tamtej pory staram się mieć Qaboosa zawsze przypiętego. W szpitalu zawsze, na co dzień zazwyczaj.  Noszę go na szczęście, bo bez niego czuje się nieszczęśliwa.

Sułtan Qaboos jest aktualnym władcą Omanu, mojego ulubionego (obok Gruzji) państwa na świecie. Jest tam szczerze uwielbiany przez ludzi, którzy dzwonią do radia, go pochwalić, mówią o tym, jak przed nim nie było nic,  a teraz mają drogi i chodzą do szkoły :) i mówią to szczerze. Trochę pranie mózgu może, ale proste Omańczyki wyglądają na szczęśliwych i naprawdę kochają swojego władcę, niech mu Allah błogosławi.  Jak miał orędzie do narodu, powtarzali je w radio tyle razy, że myślałam, że się go nauczę ma pamięć (mimo że nie znam arabskiego).

Qaboos wygrzebał się z rakolca, którego leczył w Niemczech.   Jak siebie uratował, może i mnie pomoże? Na pewno jak go widzę, to się uśmiecham, a to chyba ważne? (;

A tak serio, to uważam, że jeśli jest się dużo w szpitalach, to warto mieć takich przyjaciół. Może w funkcji talizmanu, może w funkcji przyjaciół. Nie trzeba wierzyć w ich moc naprawczą. Nie wiem ile trzebaby przelezec w szpitalach, żeby nie czuć się wobec nich bezradnie.  Szpital to system nieprzenikniony dla zwykłego człowieka. Dzieje się w nim tyle rzeczy, które nie są dla zwykłych śmiertelników i zrozumiałe, i dostępne. Rządzi w nim hierarchia, w której pacjent wcale nie ma wysokiej pozycji…

Ja się czuję wobec tego wszystkiego jak czteroletni brzdac. A Qaboos i Świnia mają w sobie tyle dobrej energii, co ulubiony pluszowy miś z dzieciństwa. Dlaczego daje się dzieciom pluszaki? o odpowiedź proszę znajomych kulturoznawców: p