znowu ćwiczenie twarzy po pora żeniu nerwu twarzowego

facial palsyfacial palsyZnalazłam karteczki ze szpitala, i okazało się, że pochodzą z tej strony. Jeszcze raz o ćwiczeniu buzi:) uwierzcie że jest  przyjemniej, kiedy jest mniej krzywa. Ostatnio pani Magda pytała mnie, czy codziennie ćwiczę tę buzię. Niestety, nie codziennie. Ale staram się o tym pamiętać;) mam lusterko na stole albo na parapecie i unoszę brew – kto umie?;p

 

 

no weź się tato!

tataMojego tatę mój udar prawie zdruzgotał (mamę też, tylko mama to twardzielka) Wiatr przywiał mi szepty, że gadał, że gdybym umarła, to on też by umarł.

Na szczęście oboje żyjemy – tato, pozdrawiam!

Kiedy nie potrafiłam nic, a były święta, mimo protestów wymachiwał mi rękoma i nogami, żeby mój mózg nie zapomniał, że kończyny się ruszają – dzięki temu jestem teraz dość sprawna.

Kiedy już przestałam walczyć o życie, a zaczęłam o zdrowie, zamienił się w nieugiętego kapo. To on mi kazał czytać na głos (jak to przeczyta, zaprzeczy. Powie że prosił. Tato, to nie była prośba, uwierz), ściskać różne piłeczki, czytać, siedzieć, ćwiczyć różne rzeczy… Jeździł do Warszawy na zmianę z mamą i często mnie wkurzał – bo chory, czy niechory, zmęczony, czy niezmęczony siedział u mnie całymi dniami, nawet wtedy, kiedy on powinien był odpocząć, albo ja chciałam samotności. A on najdalej oddalał się na korytarz, do baru w ostateczności. Musiałam mu powtarzać każde słowo lekarza lub rehabilitanta… i tak w kółko. Kapo to kapo, był mi nim, kiedy sama nie wiedziałam, że bez ćwiczenia będę kaleką. I w tym byciem kapo objawiała się – i objawia cała ojcowska troska.

Do tej pory mnie mobilizuje, kiedy mi się nie chce, podrzuca mi pomysły, kiedy ich nie mam, dopytuje mnie jak mi idzie, kupuje sprzęt sportowy, kiedy trzeba, namawia, martwi się strasznie. Z takim tatą, trochę upierdliwym czasem (tak tak) nie ma opcji, żebym nie doszła do siebie. Potrafi nawet, wzbudzając mieszankę współczucia i poczucia winy, wyciągnąć mnie na rower wieczorem! Czasem używa podstępów, ale nie powiem jakich, niech myśli, że ich nie przejrzałam.

Tata jest też od rozpieszczania. W szpitalu, kiedy była jego warta, codziennie rano dostawałam prozdrowotnego milk-shake’a, ostatnio trochę się obija i nie zawsze robi, ale w domu przeważnie też. To on mi kupował kaczora donalda i bez problemu stawiał obiadki w Konstancinie (mama też, ale z oporami;p). Tata doprowadził moje stopy do stanu używalności – robił im kąpiele w rumianku i siemieniu lnianym, żeby potem trzeć każdą stópkę przez godzinę (miałam tragiczne skorupy zamiast stóp od szpitalnej pościeli chyba). Sam to znalazł w necie. Póki co odmówił mi lotu na paralotni i skoku ze spadochronem.

Każdy kto ma udar, powinien mieć taką osobę koło siebie. Serio. Wiem, że tata (jak i mama), dla mnie i brata, rzuciłby wszystko, żeby nas ratować. Jedna uwaga – tato, nie musisz łapać mnie za kolanko w czasie jazdy samochodem! Ja mam trochę czucia, nie musisz sprawdzać:)

Dziękuję wam (tobie, mamie i Radziowi) za wszystko.

PS. żeby nie było zbyt słodko, powiem, że tata, choć pracuje bardzo dużo,  jest wielkim leniuchem. Często na mnie przerzuca, to co sam powinien był zrobić – zarówno jeśli chodzi o sport, jak i o obowiązki. Niech to lenistwo zobrazuje nasza rozmowa. Woła mnie do pokoju.

ja: no co?

tata: podaj mi pilota [do telewizora]

ja (wkurzona): przecież leży obok ciebie.

tata: musiałbym użyć kręgosłupa…

[kurtyna]

PS 2 nasze rozmowy czasem wyglądają całkiem podobnie;)

PS 3 – jeśli w tej notce nie widać miłości, to tylko moja wina, nie tego, że taty nie kocham.

Weekend wyjazdowy (i skutki weekendu)

beautiful chairJeszcze w pierwszym czy drugim szpitalu powiedziałam mamie, że nawet dobrze, że jestem na chorobowym, będę miała czas na podróżowanie. Mama (z bardzo zmartwioną miną) odrzekła wtedy, że trochę będę musiała przeczekać i najlepiej żebym przez pierwsze pół roku siedziała w domu. Później nie mogłam spać kilka nocy, bo tak przeżywałam swoje uziemienie.

A tu weekend wyjazdowy, urodziny kumpla. Impreza, rozmowy do rana, śmiech do bólu brzucha, powrót do domu, od razu rehabilitacja, film i sen.

Było nieźle chyba – kolega powiedział że nie widzi różnicy (!) między mną sprzed i po u., ale różnica może być taka, że wcześniej mogliśmy nigdy nie widzieć się na trzeźwo lub bez kaca.

Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach, żeby podołać. Na szczęście nikt nie oczekiwał, że będę brać udział w dyskusji, a kiedy już się odzywałam, raczej się nie wcinano i spokojnie dawano mi dokończyć:)

Fizyczne zmęczenie ogromne, ale do ogarnięcia na tyle, żeby przemieszczać się z lokalu do lokalu, z taksówki do parku, z parku do restauracji, z restauracji na Wildę.

Po 2,5 dnia powrót, ledwie się przebrałam – rehabilitacja i łóżeczko.

Wczoraj i dziś się zbieram owoce, same zgniłki:

zły nastrój, ból głowy, mdłości nawet bez samochodu, w samochodzie dużo gorsze niż podczas kilkugodzinnej podróży do Poznania, zmęczenie jak po maratonie, nie ma mowy o hiszpańskim i o zagadkach logicznych, zrealizowałam plan minimum i to wszystko. Ogólnie stan psychofizyczny balonika z którego spuszczono powietrze.

Po podróży – każdej podróży, nie chodzi tylko o imprezy urodzinowe – chodzi też o podróż do szpitala, na uczelnię po papiery itd. powrót do bezbolesnej normy trwa u mnie mniej więcej 3 dni. Zgaduję, że obecnie mam 1 to go. 

Podróż to chaos w którym się nie odnajduję, wysiłek do granic wytrzymałości, robienie dobrej miny do złej gry i długi powrót do normy.

To wszystko mówi osoba, która czuła się chora, jeśli nie miała w przewidywalnej perspektywie czasowej zaplanowanej wycieczki, która wiecznie spłacała pożyczki zaciągnięte na podróże. Która potrafiła pojechać przez pół polski, żeby zobaczyć jakiś koncert, i jeszcze tej samej nocy wrócić. A teraz podróżowanie nie jest dla mnie, bo boli. I nie pozwala mi dobrze ćwiczyć nawet po powrocie – jestem rozbita, z bólu i zmęczenia. I nie mam ochoty na nic. I marzę sobie o tym, żeby wrócić do pełnego zdrowia. I żeby mieć siły (i środki) na to, co mi kiedyś sprawiało największą przyjemność.

I nie piszę tego, żeby się żalić – bardziej po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, że zmiany w każdej sferze życia, nawet w takich pierdołach, jak podróże, mogą bardzo doskwierać. Szczerze mówiąc, obecnie (pewnie to przez lato) bardziej mi doskwiera to że nie mogę sobie wyjechać jak chcę, niż to, że mam problemy z pokrojeniem pomidora i z pisaniem na klawiaturze.

Dobrze, że tym razem warto było – najgorzej jest wtedy kiedy nie jedzie się dla przyjemności, tylko z obowiązku. Albo wtedy, kiedy wyobrażam sobie, że będzie super, a cały czas leżę, jęczę, że jestem zmęczona, że boli, ani się z nikim nie spotkam, ani nic sensownego nie zrobię. Weekendów, podczas których boli brzuch od śmiechu, nie ma co żałować, nawet jeśli potem jest się zgniłkiem – wtedy przypomina się sobie o tym, że wciąż się żyje ( ;

Jest dobrze! Ale nie beznadziejnie:)

Dziś miałam pierwszą rehabilitację z panią Magdą, i wniosek jest jeden: jak to mawia mój dziadek – jest dobrze, a nie beznadziejnie.

wnioski i zalecenia są takie (w punktach, bo mam chaos we łbie i nie mam energii, żeby dużo pisać):

brain1. jednak za dużo ćwiczyłam. Trzeba spasować (ale nie spastycznieć) – i to w każdej sferze. nie ma pracy od rana do nocy! ciekawe czy dam radę ( ;

2. Na spastyczniejącą łapę trzeba uważać, masować, rozluźniać. Nie bardzo mam na wpływ na coś więcej.

3. dużo grać na pianinie, też gamy (niestety)

4. schudnąć – jakbym się nie starała ; )

5. Mogłam niedokładniej ćwiczyć, bo się wymęczyłam za bardzo.

6. może mniej takich rzeczy typu siła łapy i fasolkowe-rysowanie, a więcej na luz…

I nie pamiętam dalej.

Pani Magda to dobra i mądra fizjoterapeutka, która się śmieje, że ją tu zjadę. Ale nic z tych rzeczy, nawet jak mnie wykończy i będzie bić jak dzieciaka po ręku – nikomu innemu nie wolno – złego słowa nie powiem. Potrzebowałam specjalisty. Może nie robiłam nawet ćwiczeń źle, tego nie wiemy, bo skąd mamy to wiedzieć, ale na pewno trzeba było trzeźwego spojrzenia, bo sama zapominam o tym, o czym wiem : ) w ramach odpoczynku, obejrzę sobie film (bez drutów!) i pójdę odsypiać weekend.

 

żeby mi się chciało, jak się nie chce…

readingNic mi się nie chce. Ćwiczyć się nie chce. Uczyć hiszpańskigo się nie chce. Robić na drutach, chodzić na spacery, gotować się nie chce. Układać puzzli się nie chce. Pisać bloga się nie chce.

Nic mi się nie chce. Jeszcze kilka dni temu, każdemu, kto pytał, mówiłam, że nie mam pustych przebiegów, że moja rehabilitacja trwa cały czas, którego nie przesypiam. Że nawet kiedy wybieram sobie rozrywki, staram się, żeby były przydatne mojemu mózgowi lub organizmowi. Pracowałam sumiennie, rzetelnie, codziennie, a kiedy robiłam dzień przerwy, to przez wielkie zmęczenie, albo złe samopoczucie.

A teraz, może od tygodnia, nic mi się nie chce, a na dodatek szukam wymówek, które nie chcą jakoś przyjść. ok – jutro i pojutrze jakieś mam, ale dziś, wczoraj, przedwczoraj? Jednak nie bardzo. Wyrzuty sumienia mam ogromne, mimo że oczywiście i tak coś robię, ku ich zagłuszeniu. Ale jest powoli – tu przez godzinę robię sobie kawę i ją piję, tu głaszczę pieski (moja ukochana ma kolejnego guza…), tu przekładam rzeczy z miejsca na miejsce udając, że sprzątam… Mało w tym konkretu, dużo rozlazłości.

Moja rutyna była męcząca, ale satysfakcjonująca. Doskonale wiem, że szybko muszę wrócić do roboty.

Może to powoli zmęczenie materiału i właśnie przerobiłam tegoroczny urlop? Może potrzeba mi zewnętrznej motywacji? Może bata nad głową?

Wyrzuty sumienia są koszmarne, szczególnie że po każdej kilkudniowej przerwie (jak np. wtedy, kiedy pojechałam do Warszawy i zmarnowałam to na mdłości, albo u przyjaciół na wsi) widzę regres. Odbudowanie formy nie trwa bardzo długo, ale zawsze jest to przechodzenie drugi raz tej samej drogi.

Coś czuję, że potrzebowałabym kogoś takiego jak jeden z moich dawnych wykładowców. Patrzył na problem, rozmawiał z tobą 2 minuty i nagle znowu chciało ci się działać, robić i żyć, całe wątpliwości, które nosiło się w trzewiach, były natychmiastowo, bezboleśnie usuwane. Póki co nie mam tu kogoś takiego, dlatego na poniedziałek umówiłam się na rehabilitację. Prywatną, relację oczywiście zdam ( ;

1na6 – dlaczego piszę bloga?

1 na 6. Udar mózgu nie jest problemem z kosmosu. 1 na 6 w tym przypadku oznacza, że w rodzinie dziadkowie+rodzice+dwoje dzieci, jedna osoba będzie mieć udar. Ojciec? Syn? Babka? Prawdopodobnie każda z osób, które nie nie żyją jak pustelnicy, w swoim bliskim otoczeniu będzie miała do czynienia z udarem mózgu. Stąd hasło kampanii Fundacji Udaru Mózgu, na którą kiedyś na pewno bym nie zwróciła uwagi, teraz chciałabym, żeby każdy przynajmniej o niej usłyszał, wszedł na stronę www, przeczytał o co chodzi i zrozumiał, że to nie jest rzadka przypadłość. Akcja ma zwracać uwagę na profilaktykę udarową, bo nie każdy udar musi się wydarzyć.

plakat 1na6

Ja, kiedy po udarze byłam w stanie wziąć do ręki (prawej) telefon, żeby przeczytać o rokowaniach, dowiedzieć się co to za choroba, jak się z tego wychodzi, ile się leczy, czytałam tylko o tym, że jeśli nie umrę za chwilę, to za jakiś czas dobije mnie drugi udar. Polskie blogi udarowców miały po kilka wpisów i nie powiedziały mi niczego cennego. Artykuły tylko straszyły. Obraz był paskudny – śmierć, trwałe kalectwo i obciążenie rodziny do śmierci.

A ja jestem żywą dobrą prognozą. Chociaż wciąż się zmagam z niesprawnościami, radzę sobie. Jestem szczęściarą, chociaż mam pecha:) A ponieważ nie straciłam głosu w wyniku afazji, mogę opowiedzieć, jak to jest być ‚po’. I mogę pomóc tym, którzy próbują zrozumieć świat tych ‚po’, mogę pomóc w odnalezieniu się w świecie kogoś, kto miał udar. Statystyki są okropne – 1na6, więc wielu z nas będzie potrzebowało pomocy w sytuacji, w której zmienia się wszystko – od umiejętności po chęć życia.

Powiedziałam sobie, że jeśli ta strona pomoże chociaż jednej osobie, było warto. W pewnym momencie odebrałam pierwszą wiadomość od osoby, której naprawdę pomogłam. Potem następną. Więc było warto i jest warto.

Przy tym ćwiczę sobie pisanie – idzie bardzo opornie, ale jakoś idzie, coraz sprawniej, może kiedyś wrócę do zawodu…

Oczywiście zapraszam na stronę 1na6:)

Aaa, a ja dodam, że jest kolejna rzecz w moim życiu, która zmieniła się na lepsze po 21 grudnia 2014 roku: kiedy reguluję brwi, lewa strona boli mnie dużo mniej! Kobitki na pewno na pewno zrozumieją, że to duży plus:)

Czego nauczyłam się po udarze (iv): dam ci jagód na pierogi… ;)

pierogi z truskawkamiZrobiłam pierogi. Pierwszy raz w życiu. Może dlatego, kiedy pani na rehabilitacji w Konstancienie, zamiast dać mi konkretne zalecenia, kazała mi ugniatać ciasto i rozwieszać pranie, nie byłam zadowolona.

Ale tu nagle kończy się sezon na truskawki, a ja nie jadłam pierogów z truskawkami! I z jagodami! Musiałam to naprawić, zwłaszcza że owoce jagodowe (w tym truskawki) są i zdrowe, i dobre dla mózgu, bo pomagają go oczyszczać, co zaowocuje na starość, a że w starość wejdę maksymalnie jako 7/8-główek, warto chronić resztę (polecam wpisać w googla ‚truskawki a mózg’ albo ‚jagody a mózg’ i poczytać), oprócz tego

truskawy mają mnóstwo witamin, C, B!!, A, E, żelazo (cenne dla anemiczki;), a jagody mają w sobie tyle dobrego, że aż nie chce się mi tego przepisywać z internetów, ale w skrócie są dobre na chyba wszystko, a z punktu widzenia udarowca szczególnie cenne jest: obniżają poziom złego cholesterolu, a podnoszą dobrego, mają właściwości przeciwutleniaczy, witaminki B!, C, A, PP, mają sporo błonnika (i tu wracamy do cholesterolu), i tak daaaaaalej.

jagody z cukrem i bułką tartą

Poniżej daję przepis, który jest mieszanką przepisów mamy, kwestii smaku i producenta pierogów (tzn. takiego, który zatrudnia panie, które lepią pierogasy, a potem je dostarcza dalej). Ci, którzy już mają swoje przepisy po babci, niech dalej nie czytają, ofiarom takim jak ja – może się przydać.

Warto lepić lewą ręką;) tzn. chorą. I dać jej pougniatać ciasto. Choć jest ciężko, dajmy jej szansę!:) Dodam tylko że pierwszy raz w życiu wyszło mi ciasto, któremu nie musiałam dodawać wody czy mąki – proporcje są idealne:) To nie jest takie trudne i czasochłonne na jakie wygląda (chyba że się robi dla całego pułku chłopa)

 

Składniki:

mąka: około kilograma (jeśli macie rodzinę;p) – pół na pół zwykłej i pełnoziarnistej  + do podsypywania i do rąk

masło – na każde 100 gram mąki – 10 gram masła,

woda – ponad 600 ml (w przepisie podlinkowanym powyżej – jest 200 ml/na każde 300 g mąki – ja się trzymałam:)

truskawki i jagody! – duużo. jak zostanie, to się zje resztę:) tzn. wyszło mi chyba z pół kilo truskawek i pół opakowania, takiego papierowego opakowania, nie wiem ile to ważyło.

jogurt grecki – 1 opakowanie małe

trochę soli

coś koło łyżki tartej bułki

cukier, ze dwie łyżki

cukier wanilinowy  – jedna saszeta

Truskawki obieramy z szypułek i kroimy na pół lub na ćwiartki. Zasypujemy nie za dużą ilością cukru, i wsypujemy do niego trochę mąki tartej – tak, żeby była widoczna, ale żeby nie było jej za dużo.

Trochę to mieszamy i odstawiamy.

Jagody też zasypujemy cukrem i bułką tartą, trochę mieszamy i odstawiamy.

No to tak: mąkę wysypujemy do miski i dwie łyżeczki soli.

udar mózguWe wrzątku rozpuszczamy masło, albo wrzucamy po prostu do mąki, ale z rozpuszczonym łatwiej się wyrabia. Jeśli chcemy, możemy dodać odrobinę oliwy z oliwek. Wlewamy do mąki powolutku gorącą wodę z masłem, mieszając cały czas łyżką całość, tak, żeby się wszystko połączyło w jedną paćkę.

Przekładamy wszystko na blat albo na stolnicę wysypaną mąką i wyrabiamy lewą ręką, trochę pomagając prawą. Kilka minut, nie trzeba za długo – trzeba za to co jakiś czas podsypywać ręce mąką.

 

Wyrobione ciasto odstawiamy na chwilę, albo nie (ja odstawiłam na 10 minut, jak mama dorabiała, bo za mało wyszło, to nie odstawiła, było tak samo pyszne).

potem dzielimy ciasto na części i każdą część rozwałkowujemy, pół cm to chyba gruby pieróg:) niech będzie kilka mm – nie może być za cienko, bo będzie się ciasto rwało, tak jak moja jedna partia.

ciasto na pierogiWycinamy kółka szklanką, w każde dajemy trochę farszu – tak dużo, jak umiemy, żeby potem skleić brzegi! Brzegi kleimy. I jak się skończy ciasto, resztki doklejamy do reszty, wycinamy kolejne kółka, ładujemy do nich farsz i tak dalej i tak dalej i tak dalej;)

Gotujemy partiami po kilka we wrzącej wodzie z odrobiną oliwy. Wyławiamy je, kiedy wypłyną.  Jeśli będziemy wykładać pierożki na jeden półmisek, warto każdą warstwę pierogasów posmarować dodatkowo odrobiną oliwy, wtedy się na pewno nie skleją.

Do podania dajemy jogurt grecki z cukrem wanilinowym. Mój tato, ciasteczkowy potwór, dosypał sobie jeszcze kilogram cukru pudru na każdego pierożka i też mu smakowało. Ja nie docukrzałam i też było naprawdę pysznie!:)

Może to nie jest najbardziej dietetyczne danie świata, ale jest na pewno dość zdrowe, mózgowo cenne, manualnie cenne – zamiast lepienia plasteliny;) – i chyba każdemu smakuje (nie znam osoby, która by nie lubiła pierogów z truskawkami albo z jagodami). Po udarze jak znalazł (: Smacznego!

pierogi z truskawkami

 

 

Fluencja słowna

brainEureka! W końcu dokopałam się nazwy tego, czego wciąż widzę duże deficyty – to, co wczoraj nazywałam (nieprezycyjnie) jąkaniem, uczeni nazywają fluencją słowną, czyli płynnością:)

fluencja słowna to płynność i szybkość przypominania sobie i wypowiadania lub pisania słów.

Ja bym powiedziała gorzej – chodzi o fluencję mowy:) No, w porównaniu do ery przed udarem, mówię niepłynnie. Poszukiwanie słów czy form gramatycznych sprawia, że się zawieszam. I choć jeśli spotykam kogoś nowego, może nawet nie przypuszczać, że mam problem neurologiczny, ale wiecie jak jest – jest wolniej, mniej płynnie, jest to cholerne odgrzebywanie z zasobów pamięci, kopalnia odkrywkowa, warstwa po warstwie, może się do czegoś dokopię, może coś leży na wierzchu, może trzeba będzie szukać drogi naokoło, bo słowo którego szukam jest zbyt trudne, żeby je wypowiedzieć. Czasem znam je od początku, niczego nie muszę szukać, ale mięśnie (chyba) nie pozwalają mi tego płynnie powiedzieć. Wtedy sy-la-bi-zu-ję-i-cza-sem-się-u-da-je-coś-pooowiedzieć.

Ćwiczę to, przynajmniej leksykalnie. Czytanie na głos pomaga:) gram też sama ze sobą w państwa miasta. Staram się wymieniać słowa, które kończą się na -p, -g, -pi, -we… Czasem mama się ze mną bawi:) To naprawdę mi pomaga, teraz mówię dużo lepiej niż dwa miesiące temu, dwa miesiące temu mówiłam lepiej niż trzy…

Moim skromnym zdaniem jednak najważniejsze jest, żeby nie zaprzestać mówienia, ćwiczenia ćwiczeniami, ale jeśli ze wstydu, zażenowania, zmęczenia, będziemy milknąć, nie będziemy nawet próbować mówienia będzie coraz gorzej.

W Konstancinie leżałam z dwoma paniami, jedna z nich często komunikowała się ze mną gestami, czasem przez cały dzień słyszałam od niej tylko ‚tak’, ‚nie’, albo ‚to’. Mówiła słabo, ale druga współlokatorka zmuszała ją do gadania, cierpliwie mówiła „Ewa, powiedz to” i pomagała jej w trudniejszych słowach. Jakoś tam było, powolutku coraz lepiej.

Wydaje mi się że w temacie fluencji przecinają się te problemy mózgowe, które ja mam, zaburzegania koncentracji i uwagi, dziwaczne, nieprzewidywalne problemy z pamięcią, brak multitaskingu;) (w końcu trzeba jednocześnie powiedzieć i pomyśleć, jedno i drugie płynnie). Także z poprawą innych rzeczy widzę i poprawę mowy. Jak jestem zmęczona, gadam tak źle, że się zamykam, albo ograniczam mówienie. W końcu milczenie jest złotem;)

 

czary-pomiary

groch i fasolagwarantuję wam, że po jakimś czasie – dwóch dniach, tygodniu, miesiącu, może roku – każde ćwiczenie, jeśli nie będzie zmieniane, znudzi cię tak, że długo na myśl o nim będziesz mieć odruch wymiotny lub będziesz jęczeć tak, że usłyszą cię na drugim końcu miasta.

Z mojego doświadczenia wynika jedno – tak jeśli robi się to ćwiczenie samemu, nie z rehabilitantem, trzeba zastąpić je czym innym. Jak ćwiczenie nudzi, robi się je mniej dokładniej, ale jakoś bardziej męczy.

Niektórych rzeczy jednak nie powinno się rzucać, bo dalej są skuteczne. I o teraz?

Moja recepta jest bardzo prosta – (bardziej lub mniej) monitorować postępy. 

Szybciej!

Dalej!

Więcej!

Dokładniej!

Itd.

IMG_20150530_123457Działa na wszystko, naprawdę. Od fasolek, przez kolorowanki, granie na pianinie, gry logiczne, po chodzenie z gumami i rolki. Na wszystko. fasolki rzuciłabym w kąt po dwóch dniach od wyjścia ze szpitala, ale od czasu do czasu liczę, ile udaje mi się ich wyciągnąć. Może teraz nie widzę spektakularnych skoków jakościowych, ale widzę, kiedy jest gorzej – wtedy to motywuje mnie o pracy nad ponowną poprawą. Albo do walki o jeszcze jedną fasolkę.

Jeśli koło kolorowanki piszę daty, widzę, że z miesiąca na miesiąc koloruję coraz lepiej.

Również dzięki mojemu endomondo (taka aplikacja do mierzenia aktywności sportowych) naprawdę się staram, żeby z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej – albo mieć więcej km zrobionych, albo więcej kcal spalonych, albo dłuższy dystans przebiegnięty za jednym razem… To niesamowite, jak to poprawi dodać energii – dla mnie moje endomondo jest sparing-partenerm.

Przydatne, zwłaszcza kiedy postępy są subtelne.

W ten sposób, można rywalizować samemu ze sobą;) jeśli pamięta się, że jesteśmy udarowcami, nie wyczynowymi sportowcami, to może być duża pomoc:)

PS/

jeśli masz pod opieką swojego udarowca, spróbuj sobie zapisywać, jak mu idzie. Może ‚jejku, dwa miesiące temu, nawet nie chwytałaś łyżki, dziś zamieszałaś herbatę’ akurat zdziała cuda:)

mowie jak jest?

Jade pociagiem,  (w ktorym nie mam mdlosci!), mysle o minionyc dniach i cos zauwazylam – nie umiem odpowiadac na pytania, jesli oczekiwana odpowiedz nie zaamyka sie w jednym slowie.

 

Na pytanie ‚jak wyglada pani rehabilitacja’ odpowiadam nielogicznie i tak, ze watpie, ze rozmowca zrozumial intencje mojej wypowiedzi. Na pytanie -i co umiesz juz z tego hiszpanskiego, odpowiadam nie wiem co, cos w stylu malo, ale duzo (zrozum mnie!), a po 10 minutach rzucam po hiszpansku, ze chce sie napic piwa, bo to akurat umiem. Kiedy ktos mnie o cos pyta, nawet jesli to dotyczy mojej codziennosci. Kiedy opowiadam pani orzecznik ZUS co mi dolega, slysze ‚ze nie jestesmy na towarzyskiej pogawedce’. Placze sie w zeznaniach, jak w czasie obrony mojej pracy mgr, kiedy stres zaatakowal mnie pozno, ale tak mocno, ze nie potrafilam wytlumaczyc o co chodzi w moim temacie (chociaz wczesniej plynnie tlumaczylam to swojemu lustru)(wyszlam stamtad placzac ni to ze smiechu, ni to z rozpaczy, ale dostalam magistra z poczucia humoru!).

Oczywiscie jest tak, ze jak pozniej o tym mysle, czuje sie jak kretynka, bo odpowidzi, chociaz zlozone, sa proste. W myslach potem odpowiadam plynnie, czasem nawet po czasie wpadam na blyskotliwe odpowiedzi, kiedy jestem z kims twarza w twarz,  lub na sluchawce nie umiem wyartykulowac tego, co mam w glowie.

w opinii tej pani psycholog, ktorej bardzo nie polubilam (bo wydawala mi sie b. niekompetentna), wyrazam sie logicznie, ale ze sklonnoscia do dygresji.

Mam czasem wrazenie, ze moj swiat wewnetrzny jest jak platonskie idee, jego odzwierciedlenie w artykulacji jest kompletnym połamanstwem, dygoczacym cieniem w jaskini;) bardzo czesto nie moge wytlumaczyc o co mi chodzi. ale jestem po udarze, wiec i tak nikt nie zwraca na to uwagi, bliscy ciesza sie, ze w ogole gadam, a dalsi nie zwracaja na to za bardzo uwagi, albo spelniam ich oczekiwania w komunikacji.

Nie wiem z czego to wynika – brak koncentracji? Skupieniena czynnosci mowienia – nie na myslach? Cos innego? Nie wiem.

zupelnie inaczej jest przy pisaniu. To rozne umiejetnosci;) wiec jesli chcialbys ode mnie konkretow, lepiej lap mnie na mailu, nie na spacerze:)