no weź się tato!

tataMojego tatę mój udar prawie zdruzgotał (mamę też, tylko mama to twardzielka) Wiatr przywiał mi szepty, że gadał, że gdybym umarła, to on też by umarł.

Na szczęście oboje żyjemy – tato, pozdrawiam!

Kiedy nie potrafiłam nic, a były święta, mimo protestów wymachiwał mi rękoma i nogami, żeby mój mózg nie zapomniał, że kończyny się ruszają – dzięki temu jestem teraz dość sprawna.

Kiedy już przestałam walczyć o życie, a zaczęłam o zdrowie, zamienił się w nieugiętego kapo. To on mi kazał czytać na głos (jak to przeczyta, zaprzeczy. Powie że prosił. Tato, to nie była prośba, uwierz), ściskać różne piłeczki, czytać, siedzieć, ćwiczyć różne rzeczy… Jeździł do Warszawy na zmianę z mamą i często mnie wkurzał – bo chory, czy niechory, zmęczony, czy niezmęczony siedział u mnie całymi dniami, nawet wtedy, kiedy on powinien był odpocząć, albo ja chciałam samotności. A on najdalej oddalał się na korytarz, do baru w ostateczności. Musiałam mu powtarzać każde słowo lekarza lub rehabilitanta… i tak w kółko. Kapo to kapo, był mi nim, kiedy sama nie wiedziałam, że bez ćwiczenia będę kaleką. I w tym byciem kapo objawiała się – i objawia cała ojcowska troska.

Do tej pory mnie mobilizuje, kiedy mi się nie chce, podrzuca mi pomysły, kiedy ich nie mam, dopytuje mnie jak mi idzie, kupuje sprzęt sportowy, kiedy trzeba, namawia, martwi się strasznie. Z takim tatą, trochę upierdliwym czasem (tak tak) nie ma opcji, żebym nie doszła do siebie. Potrafi nawet, wzbudzając mieszankę współczucia i poczucia winy, wyciągnąć mnie na rower wieczorem! Czasem używa podstępów, ale nie powiem jakich, niech myśli, że ich nie przejrzałam.

Tata jest też od rozpieszczania. W szpitalu, kiedy była jego warta, codziennie rano dostawałam prozdrowotnego milk-shake’a, ostatnio trochę się obija i nie zawsze robi, ale w domu przeważnie też. To on mi kupował kaczora donalda i bez problemu stawiał obiadki w Konstancinie (mama też, ale z oporami;p). Tata doprowadził moje stopy do stanu używalności – robił im kąpiele w rumianku i siemieniu lnianym, żeby potem trzeć każdą stópkę przez godzinę (miałam tragiczne skorupy zamiast stóp od szpitalnej pościeli chyba). Sam to znalazł w necie. Póki co odmówił mi lotu na paralotni i skoku ze spadochronem.

Każdy kto ma udar, powinien mieć taką osobę koło siebie. Serio. Wiem, że tata (jak i mama), dla mnie i brata, rzuciłby wszystko, żeby nas ratować. Jedna uwaga – tato, nie musisz łapać mnie za kolanko w czasie jazdy samochodem! Ja mam trochę czucia, nie musisz sprawdzać:)

Dziękuję wam (tobie, mamie i Radziowi) za wszystko.

PS. żeby nie było zbyt słodko, powiem, że tata, choć pracuje bardzo dużo,  jest wielkim leniuchem. Często na mnie przerzuca, to co sam powinien był zrobić – zarówno jeśli chodzi o sport, jak i o obowiązki. Niech to lenistwo zobrazuje nasza rozmowa. Woła mnie do pokoju.

ja: no co?

tata: podaj mi pilota [do telewizora]

ja (wkurzona): przecież leży obok ciebie.

tata: musiałbym użyć kręgosłupa…

[kurtyna]

PS 2 nasze rozmowy czasem wyglądają całkiem podobnie;)

PS 3 – jeśli w tej notce nie widać miłości, to tylko moja wina, nie tego, że taty nie kocham.

6 myśli nt. „no weź się tato!

  1. Cudna notka… Cudna! A:):):) a te pierwsze tygodnie dobrze pamietam, jak Twoj Tata wrecz szalal ze wszystkimi mozliwymi rodzajami cwiczen i kolekcjonowal wszystkie karteczki z zanotowanymi radami od rehabilitantki i nie dal sie powstrzymac zadnym marudzeniem ;) Twoja sprawnosc teraz to na pewno w ogromnej mierze jego zasluga!

  2. Kasiu czytam to własnie w pracy (na przerwie:) ) i ocieram łzy z policzków.
    Mam nadzieję, że kiedyś mój synek będzie z taką miłością mówił o nas:)
    Kasiu tak wogóle to super piszesz powinnaś zacząć pisać do gazet artykuły:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.