Nic na siłę – jak namawiać do rehabilitacji

Widziałam ostatnio chłopaka, którego każdy namawiał na rehabilitację, mimo że on nie widzi sensu. Każdy, kto go widział mówił „aaa, nie rehabilitujesz się? Zacznij!”, „głupio robisz”

Moim zdaniem to nie ma szans na zadziałanie. Pisałam kiedyś, że „powrót do zdrowia jest decyzją”. Myślałam tak w styczniu 2016 roku, kiedy pisałam podlinkowany tekst, myślę tak teraz. Mówienie „koniecznie zrób to i to” nie ma szans na zadziałanie, bo pochodzi od ludzi z zewnątrz. Bliższych i dalszych, ale nie jest naszą decyzją. Jeśli jesteśmy zmuszani do rehabilitacji, nie ma szans na ominięcie buntu. Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się to oczywiste. 

Co ja bym robiła? Najpierw pomagała pokonać strach przed opuszczeniem bezpiecznego kokonu łóżka, wózka, stałej opieki. Przecież stopniowa rezygnacja z komfortu usprawiedliwionego smutku i słabości jest przerażająca. Wizja tego, że podejmie się ogromny wysiłek i niewiele się zmieni też jest straszna.

Następnie pokazywała bym korzyści. Subtelnie. Apelowała do chęci komfortu, ego, pokazywała to, że rehabilitacja może być ciężka, ale daje też mnóstwo satysfakcji. Tak bym robiła. Naskakiwanie na chorego że co musi, skoro nie musi (nie ma obowiązku prawnego dbania o siebie) wydaje mi się bez sensu. Pokazanie, że ok, zobacz jak niepełnosprawni walczą o rehabilitację w połączeniu znam kilka osób po udarze,  które teraz chodzą, jest moim zdaniem lepsze.

To musi potrwać, jedna rozmowa pewnie nie przekona. Pięć może też. Ale pokazywanie korzyści nad wadami podjęcia rehabilitacji jest bardziej życiowe. Kiedy ja podjęłam decyzję, że chcę ciężko pracować, żeby się usprawniać? Kiedy nagle pojęłam, że moja alterntywa to wszystko albo nic.

Po stronie wszystkeigo: powrót do samodzielności, wracanie do zdrowia, pozostawianie większości rzeczy za sobą,

Po stronie niczego: łóżko, pogłębianie swojej niepełnosprawności, uzależnienie od innych, uniemożliwienie podróżowania, samotność, smutek i obciążanie rodziców.

itd.

jak o tym pomyślałam, to uświadomiłam sobie, że nie mogę na to pozwolić. i ćwiczyłam (i ćwiczę, choć duuużo mniej) chodzenie, łapkę itd. 3 sekundy opieprzu nie pomogą.

Takie moje (osobiste, powtarzam: nie jestem psychologiem) przemyślenia. Czasem tak rozmawiam z innymi, z moimi czytelnikami i ich rodzinami i czasem mam swój malutki udział w ich zmianach.

PS

Na ostatnich zawodach miałam 3 miejsce!

5 myśli nt. „Nic na siłę – jak namawiać do rehabilitacji

  1. „pokonać strach przed opuszczeniem bezpiecznego kokonu łóżka, wózka, stałej opieki. Przecież stopniowa rezygnacja z komfortu usprawiedliwionego smutku i słabości jest przerażająca. Wizja tego, że podejmie się ogromny wysiłek i niewiele się zmieni też jest straszna”. Qrczę jaka ty jesteś mądra moja Droga. Dokładnie tak jest! Komfort usprawiedliwionego smutku, łez, rozpaczy, użalanie się nad sobą przecież też jest jak najbardziej oczywiste. Mam prawo być taka strasznie biedna przecież miałam udar! Halo! To nie byle wyrostek przecież! Taka postawa jest bardzo wygodna na swój sposób. Na szczęście mnie nikt nie pytał czy chcę. Mój osobisty Anioł poznany na oddziale dzień po czyli fizjoterapeutka Ola bez zbędnego gadania przystąpiła do ćwiczeń a zaraz potem dowiedziałam się, że bliscy załatwiają mi przeniesienie do Piasek. Na szczęście nie miałam okazji rozważać czy mogę się nie zgodzić. I na szczęście nie wiedziałam jakie to będzie wyczerpujące i jak długo potrwa. Teraz jestem na dziennej rehabilitacji w szpitalu i też mam dość, padam na pysk i śpię kilka godzin po ćwiczeniach. I następnego dnia zwlekam się z wyra i znów tam jadę. Masochistka. Dlaczego? Bo wierzę, że to coś daje, że jeśli nie jest jakoś super lepiej, to chociaż nie jest gorzej. Widzę, że ciało mi się zmienia i codziennie jest trochę silniejsze. Choć czasem odpadam i buntuję się na całego. Bardzo lubię czytać Twoje teksty. Dziękuję za nie.

  2. Kochana.Dla mnie jakos bylo oczywiste,ze musze przejsc rehabilitacje.Pisalam,ze bylam lezaca osoba z 3 pkt.wg skali Barthel …Zalamanie przyszlo w 4 m-cu szpitalnej rehabilitacji.Nie pomogly psycholog,neurolog,fizjoterapeuta i z 16 pkt wyszlam do domu.Po tygodniu sama zazadalam fizjoterapeuty,bo widzialam jak jestem bezradna i ile obciazen ma rodzina.Kochana synowa przeszla na pol etatu,kochany syn przyjezdal w ciagu pracy do domu zobaczyc co sie dzieje.W czwartki pomagala przyjaciolka ..Dzieki nim i fizjoterapeucie doszlam do 50 pkt.
    Pochwale sie,ze odwiedzajacy nie moga sie nadziwic do jakiej sprawnosci doszlam
    .Kolezanka,ktora ma meza tez po udarze z duza niesprawnoscia od 15 lat poprosila mnie bym zaczela z nim rozmawiac.po 3 miesiacach Kazik zaczal cwiczyc,ma rehabilitanta.Ciagle boi sie zejsc po kilku schodach,ale wierze w niego,ze wytrwa i pokona te schody.Podpowiedzialam mu by schodzil tylem/bo ja tak pokonuje 3 schodki/.Uwazam to za moj sukces,ze potrafilam Kazika przekonc.Gosia-jego zona- nie chwali,nie podziwia ,tylko przyjmuje za rzecz normalna jego drobne teraz postepy.
    Siostrom radze cwiczyc a nawet zaprosic fizjo-.Sa mlodsze ale juz dokucza im kregoslup ,kolana.Ale sciana.
    Kochana ,Ty piszesz tak wzniosle ,wybacz nie umiem.Mieszkam w Opolu ,czy daleko od Ciebie?Co prawda autem juz nie jezde,ale chcialabym umiejscowic Cie na mapie Polski.
    Serdecznie dziekuje za dobre slowa.Tylko zdrowka zycze.

  3. Jestem ze Szczecina, w Opolu nigdy nie byłam, ale może będzie okazja…

    Chciałabym pojechać na grób przyjaciela, więc może udałoby się to kiedyś połączyć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.