Moja pierwsza wizyta w biurze ds. niepełnosprawnych

Na szczęście są ze dwie ławeczki, część z petentów siedzi, inni drepczą w miejscu.

Jestem przed biurem ds. osób niepełnosprawnych. Siedzę i patrzę na ludzi. Na szczęscie siedzę, bo po moim przyjściu zrobił się ładny tłumek. Ci, którzy stoją, są jakoś bardziej nerwowi.

Otwierają się drzwi, i świeża twarz rzuca się ku pokoikowi. – Halo halo, my tu wszyscy czekamy! – kilka osób protestuje. – Ach, większość z nas tylko po druczki!.

Ale krzyki się nie kończą. Kobieta, której udało się rozpętać burzę, nie daje za wygraną. Trochę krzyczy, obraża ze dwie osoby i wychodzi. Gdyby mogła, trzasnęłaby drzwiami do windy. Niestety.

Ja dalej siedzę i się boję. Niepełnosprawni się zmieniają, wchodzą po kolei. Niektóry rzeczywiście tylko po druczki. Moja kolej. Zatyka mnie i nie jestem w stanie mówić. Żałuję, że nie zabrałam ze sobą mamy. Ale pani trochę pomaga i po numerku dochodzimy do tego, czego od niej chcę. Nie jest łatwo, ale też nie zostaję okrzyczana.

Wychodzę z biura i myślę, że nie było tak źle. Rozglądam się po ludziach i nie zauważam nikogo, kto miałby widoczną niepełnosprawność.

Chcemy być oficjalnie chorzy, żeby mieć odrobinę łatwiejsze życie. Absurdalność pragnienia nadania oficjalności chorobie uderza mnie wyjątkowo mocno. Za jakiś spotkam ludzi, którzy będą oceniać, czy jestem wystarczająco chora, by korzystać z jakichś ułatwień. I to jest absurdalne.

Póki co, nie mam świstka w portfelu. Jak inni na korytarzu, wyglądam na zdrową. Niepełnosprawność jeszcze przyjdzie.

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.