Jestem trochę ćpunem – leki po udarze

tabletkiBardzo dziwne jest dla mnie to, że choć żadne lekarstwo nie zwróci mi martwego mózgu i tak od 21 grudnia wzięłam setki (jeśli nie tysiące pigułek) i zastrzyków.

Ich lista nie jest aż tak imponująca, jak myślałam – właśnie ją zrobiłam i  liczy najmniej 30 preparatów. Nie włączam w to leczenia trombolitycznego, wszystkie kroplówki liczę jako jeden i wszystkie przeciwbóle liczę jako jeden. I te same preparaty pod różnymi nazwami też policzyłam jako 1.

Lekarstwa mogę zasadniczo podzielić tak:

  1. leki i zastrzyki przeciwkrzepliwe i kardiologiczne – żeby we krwi nie robiły się już żadne skrzepliny wędrujące z serduszka do mózgu.
  2. suplementy, leki i zastrzyki i kroplówki przywracające odpowiedni poziom różnych pierwiastków, cholesterolów, witaminek itp.
  3. leki przeciwdepresyjne, w tym na przewlekły ból głowy.
  4. leki na różne świństwa, które przypałętały się do mnie w szpitalach – od wymiotów, przez hemoroidy, po zakażenie układu moczowego.
  5. leki osłonowe – żeby inne leki nie robiły tak dużej szkody!
  6. leki przeciwbólowe, które, jeśli dobrze pamiętam, na obrzęk mózgu działają tak sobie.
  7. lekarstwa i kroplówki z pierwszego szpitala, których nazw i przeznaczenia nie znam, a które na pewno mi podawano, np. żeby obrzęk mózgu zszedł. Może w wypisie ze szpitala są ich nazwy, ale jest tam miliard słów, których nie znam i nie mogę się ich doczytać – dlatego liczba 26 może być dużo większa:)
  8. leki prokognitywne – mają niby wspomagać funkcje poznawcze i pomagać w myśleniu.
  9. grupa leków które wyczytałam w wypisach, ale nie mam pojęcia na co są.
  10. leki nasenne – choć ja sporadycznie dostawałam nie nasenne, tylko w małych dawkach takie, które ułatwiały zasypianie. Bez sensu bo znałam je wcześniej i lekarz mówił o dawkach 4x większych niż to, co dostawałam w szpitalu.

dużo tego jest, bardzo dużo. Obecnie dziennie biorę 6 tabletek i żadna z nich nie powstrzyma spastyczniejącej łapy i nie wróci mi mózgu, a wszystkie są potrzebne, choć nie tak, że po ich odstawieniu miałabym natychmiastowo się narazić na kolejny udar. Nie chcę jednak się narażać i grzecznie łykam co każą, choć mózgu mi to nie zwróci.

Moim największym lekowym rozczarowaniem są szpitalne leki przeciwbólowe, które nie łagodziły bólów na tyle, żeby było dobrze (z tego co pamiętam). największą zaś nadzieją, jest to lekarstwo prokognitywne. Choć niektórzy w nie nie wierzą, mówią, że ‚stare baby masowo to łykają i studenci w czasie sesji, ale to nie bardzo działa’, jestem bardzo ciekawa efektów.

Branie lekarstw to uciążliwy obowiązek. Trzeba o nich pamiętać. Trzeba pamiętać o odpowiednio wczesnym pójściu do lekarza po receptę. Trzeba ich szukać po aptekach lub zamawiać – rzadko się zdarza tak, że idę do apteki, kładę receptę na stół, płacę i wychodzę z lekarstwami. Czasem znaleźć je jest strasznie trudno – spróbujcie znaleźć zastrzyki przeciwzakrzepowe, których nigdzie nie ma, nawet w hurtowniach – powodzenia. I kosztują. Część, nawet po refundacji jest bardzo droga dla przeciętnej kieszeni, inne kosztują kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, więc miesięcznie na pewno przeszło stówkę się wyda w tańszym okresie – ta stówka wciąż nie zwróci mi mózgu.

poza tym, na każde wyjście do lekarza muszę brać ostatni wypis ze szpitala, lub ewentualnie listę leków. Nie chciałabym przecież, żeby maść na kręgosłup  wchodziła w złe interakcje z moją aspiryną cardio, prawda?

Wolę też nie myśleć o mojej biednej wątrobie, o obciążonych jelitach… Jakoś tak jestem dziwnie przeświadczona, że część moich mdłości jest przez to, że organizm został nadwyrężony przez lekarstwa, jeśli nie te brane przeze mnie teraz, to przez te, które były ‚cięższe’.

W moim ‚pudelku na leki’ jest mnóstwo pigułek i trochę zastrzyczków – tych wykupionych i jeszcze niewykorzystanych, oraz tych, które zostały, po odstawieniu. W osobnym pudełku mam po listku lekarstw, których aktualnie biorę. W szpitalach jest łatwiej – przynoszą ci wszystko, łykasz i po sprawie. 2 razy zapomniałam o lekarstwie – pielęgniarki ganiały za mną, żeby sprawdzić, czy ładnie wszystko zjadłam, aż do końca mojego „turnusu”;)

Czekam na dzień, kiedy będę mogła nie wziąć niczego. Albo tylko aspirynkę, którą pewnie będę łykać do końca życia, niech jej będzie, choć mózgu mi nie zwróci.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.