Gorzej być nie może! Na samodzielnego udarowca czyhają same zagrożenia

ostrzeżenie: 'dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku'. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

ostrzeżenie: ‚dzieci zostawione bez dozoru zostaną sprzedane o cyrku’. Mam nadzieję, że udarowców to nie czeka ( ;

Kilka tygodni temu przeżyłam jedną z najgorszych chwil w życiu.  Opowiem o niej bez szczegółów dotyczących lokacji,  ludzi… Dlatego, że nie chcę wpędzać nikogo w poczucie winy i niepotrzebne wyrzuty sumienia :)

Zaczęło się od tego, że poczułam się samodzielna. Może za bardzo samodzielna. Kasia-Zosia-Samosia, sama pojedzie, załatwi, zrobi, ogarnie, nawet bez stugodzinnego zapasu czasu, w końcu zdrowiejemy.

Jednak w pewnym momencie coś mnie dopadlo,  nie wiem czy zmęczenie,  czy totalna dekoncentracja, czy strach, czy cokolwiek innego. Najpierw autobus. Coś poleciało mi z łapek i nie mogłam tego podnieść. Poczułam się tak zagubiona, że rzeczywistość, choć nie wirowała, zaczęła wirować. Na raz ogarnęło mnie to uczucie bezradności i dezorientacji, które codziennie staram się zagłuszać działaniem wolnym, planowym, uważnym i rozważnym, staram się udawać, że go nie ma. Wtedy jednak nie było mowy o spychaniu czegokolwiek. Kaskada negatywnych myśli i żalu, rzeczy lecące z rąk, zdanie wyłącznie na siebie, trudne decyzje pod presją czasu, której nie byłoby, gdybym była zdrowa, bo czasu było mnóstwo. Musiałam decydować i radzić sobie samej, chociaż najchętniej swoje rzeczy bym wyrzuciła, skuliłabym się na ławeczce i czekałabym na ratunek. Takiej opcji nie było, było za mało czasu, żeby dzwonić po jakąkolwiek pomoc dla mnie, z resztą wiedziałam, że to tylko wywoła panikę i poczucie winy w innych, którzy nie mogą być obok.

To nie był atak paniki (znam je skądinąd), ale stan trochę zbliżony, serce biło mi jak narodowiec lewaka, oddychało się ciężko, a myśli wirowały. Nie mam pojęcia, czy jakkolwiek oddałam tamten koszmar, może lepiej będzie, jeśli powiem, że w końcu udało mi się znaleźć ławkę i zaczęłam szlochać, mamrocząc pod nosem, że nie umiem sobie wyobrazić niczego gorszego, niż życie po udarze.

Siedziałam tak (ławki obok dziwnie szybko opustoszały) aż do chwili , kiedy mogłam wykonać telefon. Wybrałam przyjaciółkę, która była na tyle daleko, że nie mogłaby się czuć winna, że jej przy mnie nie ma i o której wiedziałam, że rozsądnie postawi mnie do pionu tak, żebym mogła wrócić do domu. Natalka uratowała mi wtedy tyłek. Przerażenie zniknęło, dezorientacja została, motywacja wzrosła.

Kiedy wróciłam do domu, długo musiałam  odpoczywać, bo bieganie męczy mnie mniej, niż to, co dzieje się w tym łbie.

Chcę powiedzieć, że takie chwile zdarzają mi się rzadko, bo wypracowałam sobie strategie zapobiegania im. Ale rzeczywistość nie jest dla mnie tym samym, co przed udarem. Jest groźna i nieprzyjazna, ciężka do ogarnięcia. Funkcjonowanie w jej przestrzeni to wysiłek, który będzie ciężko zrozumieć osobom bez udarowego doświadczenia, nie wiem nawet, czy jest więcej udarowców, którzy widzą to tak jak ja. Wiem jednak, że pomimo zaskakująco wspaniałej formy, tego, że niemal nie widać po mnie udaru, jeszcze daleka dla mnie droga, do stanu, który można z angielska fully recovered (całkowite wyzdrowienie). I nie to, czy ręka jest bardziej, czy mniej sprawna, jest dla mnie najważniejsze.

I podtrzymuję, że trudno mi sobie wyobrazić coś gorszego, niż życie po ciężkim udarze, zwłaszcza w takich chwilach. Ale los tak dał i trzeba sobie z tym radzić. Nie można się poddawać, trzeba walczyć o to, żeby było najpierw znośniej, potem zupełnie dobrze. Droga udarowca jest długa, samemu ciężko się ją przechodzi.

Ja sobie poradziłam w tej chwili kryzysu i tyle, co mogę poradzić, to po prostu odpuścić wszystkie nieniezbędne rzeczy. Poradzisz sobie bez chleba, ważniejsze jest dotarcie do domu/odebranie dziecka z przedszkola/dotarcie do pociągu/bycie u lekarza na czas. Ktoś czeka? Prawda jest taka, że jak kocha, zrozumie ( ; a jak nie kocha, mała strata (chyba że to lekarz orzecznik ZUS).

Oczywiście piszę to do samodzielnych udarowców, warto sobie poukładać w głowie, co trzeba i jak trzeba. A jak trzeba, prosić o pomoc. I jakoś żyć:) Mnie to wszystko nie zniechęciło do samodzielnego funkcjonowania, nie wiem, czy cokolwiek by było. I mamo, tato, bracie, uwierzcie, że sobie radzę;p chociaż do domu wróciłam śmierdząca (coś mi się rozlało;p) i wymęczona.

I nie napisałam tej notki dlatego, żeby kogoś przerazić, gdyby nie to, że była w ‚szkicach’ napisana do połowy, pewnie z moją dziurawą pamięcią już bym o tym nie pamiętała. Piszę o tym raczej dlatego, żeby dać nieudarowym czytelnikom lepszy dostęp do świata udarowca, czy po prostu mojego świata. Jak mawia dziadek, jest dobrze, ale nie beznadziejnie( ;

Jedna myśl nt. „Gorzej być nie może! Na samodzielnego udarowca czyhają same zagrożenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.