Dziś rocznica drugiego udaru. I są sprawy, z którymi się nie pogodziłam jeszcze:)

Dziś mija rok od mojego drugiego udaru. Udarku – bo był duuuuuużo mniejszy od pierwszego. Udarku – bo nie zniszczył wszystkiego, tylko pogorszył trochę pewne sprawy i zmotywował do innych.

Udaru, który nie wywrócił do góry nogami mojego życia, tylko podkreślił, że nie jest normmalnie. I odsunął w czasie to, na co byłam już gotowa. Ale co tam, co się odwlecze… A przynajmniej mam nadzieję:)

Ten rok w jednych sprawach niewiele zmienił, w innych – wszystko. No, na przykład  na 99% znam przyczyny, nie jest tak, że siedzę w strachu przed kolejnym udarem.

Ale ja nie o tym. Chciałam o tym, co jest niezbędne do życia po udarze, żeby się nie poddać.

Chciałam bardziej pofilozofować. Na Rocznice Grudniowe zostawiam te rzeczy, które zmieniły się na lepsze. Teraz inaczej do tego podejdę i skupię się na emocjach, które mam od kilku miesięcy w rozsypce.

Nie to, że jestem ciągle nieszczęśliwa. Tak właściwie to myślę, że paradoksalnie moje problemy z depresją złagodniały po udarze. W tym roku nawet miałam kilka niezłych miesięcy. Mimo tego, moje emocje są dalej tak rozchwiane, jak chyba nigdy w życiu. Byle co doprowadza mnie do płaczu i byle co do wielkiej radości.

Wydaje mi się też, że dalej nie jestem z tym wszystkim pogodzona. Nawet nie z chorowaniem, całkiem dobrze je oswoiłam, ale z ograniczeniami, które chorowanie na mnie nakłada. Potrafię się popłakać, jak opowiadam o tym, czego nie mogę. Albo o tym, że kiedyś to było tak…

Moim ulubionym przykładem jest ten o Noblu, o którym wspominałam na pewno milion razy. Tata mi powiedział, że literackiej nagrody Nobla raczej nie dostanę i żebym wybrała jakąś łatwiejszą kategorię… Dobry żart, który doprowadził mnie do smutku takiego, że mogłabym w nim utonąć. Albo to, kiedy ktoś mi powiedział, że nie wie, czy kiedykolwiek będę jeszcze jeździć. Póki co mam przeszło 2,5 roku przerwy, czeka mnie jeszcze 1,5 roku przymusowego trzymania prawka w szufladzie. Prognoza jest w sumie prawdopodobna, ale gdybym była pogodzona z tym, co się dzieje, chyba bym nie płakała potem dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugo. Albo ostatnio. Kolega pokazał mi wideo z jakimś zdolnym chłopcem. I zaczęłam mówić „ooo, kiedyś też byłam w tym całkiem dobra! Pewnie jakbym więcej ćwiczyła, to byśmy mogli ze sobą konkurować”. Nie skończyłam. Bo łezki popłynęły do oczu.

Jestem niesamowicie przewrażliwiona na punkcie rzeczy, których raczej nie będę mogła zrobić. Albo inaczej: których wykonywanie mogłoby wiązać się z dużym ryzykiem dla zdrowia. Albo takich, dla których droga jest zamknięta, bo ręka nie działa za dobrze, bo cośtam, albo bo coś innego.

Wiecie, jak myślałam o tym tekście na spokojnie, oczywiście przyznawałam przed sobą, że każdy człowiek ma przed sobą miliony furtek, które są zamknięte. I tak naprawdę, że każdy wybór zamyka kolejną furtkę. Tyle że ja zawsze chciałam decydować o sobie, z odrobiną szaleństwa, pewną dozą rezygnacji, ale decydować. A tu decyzje zapadły poza mną. Decyduje udar, decyduje padaczka, decyduje toczeń. Decydują rozwarstwienie tętnicy i mdłości. Wbrew mej woli, często wbrew staraniom.

Jakoś się z tym nie pogodziłam. A chcę się pogodzić. akceptacja pewnych rzeczy sprawi, że nie będę musiała odwracać głowy, kiedy łzy mi napływają do oczu, bo nagle uderzyło mnie, że raczej nie pójdę już na maraton filmowy do kina, bo to po prostu nie ma sensu przy wiecznie bolącej głowie i senności i minipadaczce, która na widok fajerwerków na ekranie może zepsuć moim znajomym… Kotłuje mi się to w głowie na tyle często, że jestem pewna, że czas pogodzenia jeszcze nie nadszedł.

A byłam już blisko powiedzenia sobie, ok, to moje nowe życie, to nieważne, jest mnóstwo fajnych rzeczy, które mnie czekają. Ale to uczucie wraca i wraca. Próbuję sobie poukładać to wszystko w głowie, a rocznica wydaje się przyzwoitym momentem na to wszystko. Obśmiewam pewne rzeczy, bo są śmieszne. Śmieszy mnie płacz przez utraconego Nobla, mimo że nie napisałam ani jednej książki:)

Po prostu pogodzenie się z udarem to cholernie skomplikowany dla mnie proces. Już, już wydaje się że jest ok, a potem bum.

Z takimi myślami zastała mnie rocznica. Nie jest to jakoś skomplikowane i myślę, że wraz ze wsparciem ze strony rodzinki i zrozumieniem samej siebie, będzie coraz lepiej:) A może za rok napiszę coś zupełnie innego?:) :)))

Jedna myśl nt. „Dziś rocznica drugiego udaru. I są sprawy, z którymi się nie pogodziłam jeszcze:)

  1. Tak jest w tym racja. Wielu ludzi dopiero po utracie pełni sprawności zdaje sobie sprawę z tego co utracili – możliwosci- może nigdy nie nurkowalabym głębinowo ale miałam przed udarem tą możliwość,teraz udar mi ją zabrał. Pięknie to napisała nieżyjąca już aktorka: cieszmy się z małych rzeczy… czy jakoś tak. Rozumiem chociaż każdy udar jest inny i cieszy nas zupełnie co innego to mamy podobne zmartwienia. Pozdrawiam ciepło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.