Choroba lokomocyjna na opak

Wspominałam już miliard razy o swojej chorobie lokomocyjnej, która mnie męczy I smuci najbardziej na świecie. To dzięki niej mdłości łapią mnie tak często, to dzięki niej jestem zamknięta na świat (konkretniej na miasto), bo co to za przyjemność iść do miasta na spotkanie/wolontariat/zakupy/do muzeum i przez godzinę zwalczać wrażenie, że zaraz zwymiotuję na stół i że moja głowa pięknie z bólu I paskudne zmęczenie.

Gdybym faktycznie, w 100% słuchała swojego organizmu, nie ruszyłabym się dalej niż 8-10 km od domu, czyli tyle, ile mogę przejść.

A teraz jestem na samochodowej wyprawie do (I po) Danii.

Jestem bardzo dzielna (założę się, że mój przyjaciel to potwierdzi) i nie ma mowy, żebym sobie jakoś mocniej odpuszczała.

Bo a) spełniam swoje marzenie zobaczenia Jutlandii Północnej, b) mdłości są DUŻO MNIEJSZE niż w miastach.

Siedzę i siedzę, myślę i myślę, i się dziwię.

Okazuje się, że dla mnie długa podróż jest męcząca (pewnie całą środę będę to wszystko odchorowywać), ale też długie dystanse autostradowe są dużo łatwiejsze do zniesienia, niż krótkie kursy po mieście.

Niesamowite.  Gdyby dzieci tak miały, nie byłoby problemów w drodze na kolonie, zarzygane byłyby tylko auta rodziców w miastach.  Ale niekoniecznie;)

Rozumiem, że specyfika jazdy po mieście jest zupełnie inna od tej w długich trasach, rozumiem, że wszystkie ronda, skrzyżowania, przyspieszanie na żółtym, hamowanie na czerwonym… Ale to i tak dziwaczne dla mnie.  W długiej trasie (to 10 godzin!) łapie mnie kryzys raz na jakiś czas i trwa krótko.  Łatwy jest więc do opanowania.

Tak to wygląda.

Dziś czeka mnie 10 godzin drogi do domu inie boję się, a właściwie cieszę.  Nie ma dla mnie przyjemniejszego sposobu spędzania czasu niż w drodze.

:) dobrze, że od czasu do czasu mogę tak roztrwonić rentę, bo jakbym nie mogła, naprawdę byłabym najbardziej nieszczęśliwym udarowcem na ziemi.

:)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.