Jak to jest zlać się w majty?

toilet paperUwierzcie mi – nie ma nic gorszego niż zlanie się w majty. Nietrzymanie moczu po udarze jest gorsze dla psychiki chorego niż niedowład, problemy z mową, a nawet te koszmarne mdłości w aucie.

Zsikanie się, nieważne czy do łóżka czy w spodnie, jest czymś naprawdę, naprawdę przytłaczającym i nikt mi nie powie, że jest inaczej.

Nie wiem, czy medycyna potwierdzi moją intuicję, że nietrzymanie moczu po udarze (inkontynencja – fajne słowo, no nie?) może mieć dwojakie przyczyny – zmiany neurologiczne, oraz po prostu osłabienie mięśni, wielkie osłabienie mięśni; o tym drugim, nie czytałam w internetach, ale moja intuicja jest tak silna, że aż się nią dzielę – bo to właśnie miało miejsce u mnie według mnie. Plus zmniejszone czucie – jeden z moich ‚wypadków’ zdarzył się tak dziwacznie, że w ogóle nie czułam, że muszę do toalety. Kiedy poczułam zaczęłam iść natychmiast do toalety, ale mimo wszystkich wysiłków nie doniosłam – to był koszmar, sprzątanie tego, potem zgłoszenie salowej, potem odpowiadanie współlokatorce ‚dlaczego tak wcześnie idę się kąpać dzisiaj’…

Niezależnie od przyczyny, niezależnie od tego, czy problem zaczął się po udarze, porodzie czy czymś innym – to jest okropne.

Na szczęście jestem pacjentem bezpampersowym – tzn. panuję nad pęcherzem, nie moczę łóżka. Mimo to i tak mi się zdarzyło kilka razy, więcej solidnie ‚popuścić’. Za każdym razem czułam się upokorzona przez własne ciało. Mogłam sobie tłumaczyć, że jestem po udarze, że raz nie zawsze, że to tylko zmoczenie się, a nie kolejny udar… Nic nie pomagało i nic nie pomaga. Zlanie się w majty jest doświadczeniem, którego nie umiem przerobić na ‚to nic takiego’, bo w mojej głowie jest to rzecz bardziej wstydliwa niż rzyganie po pijaku na ganku domu, o którym można po latach mówić ze śmiechem.

Niekontrolowane oddawanie moczu, zwłaszcza dla bezpampersowca, jest czymś, co się przydarza i wywołuje bezradność. Wiadomo, trzeba się umyć, zmienić portki lub pościel, ale człowiek jest tak zdezorientowany i przerażony, a przede wszystkim przytłoczony tym co się stało, a przecież trzeba działać.

Pani neurolog i reumatolog (opiekowała się mną podczas jednej rehabilitacji) mówiły, żeby się nie przejmować, że przyczyną prawdopodobnie u mnie nie był udar, bo udar nie był dość głęboki itd… (nie?)

Ok, pierwszy raz rzekomo zsikałam się w nocy przez plaster rozgrzewający, strasznie mnie bolały plecy od czegoś i babcia mi nakleiła.

Ok, miałam przewlekłą infekcję wykrytą w badaniu moczu, kiedy mi to wyleczono, sytuacja się bardzo poprawiła, ale nie nazwałabym jej taką jak przed udarem, skoro zdarzyło mi się jeszcze raz, po mojej kuracji antybiotykowej…

Ale kto z was zsikał się przez plaster? Ilu z was miało ten problem przez bakterie? (; najwyżej popuszczacie ze śmiechu;p

Wzięłam się za ten problem i zaczęłam ćwiczyć, podejrzewając, że problem nie tkwi w zalaniu krwią ‚ośrodka trzymania moczu’, lecz w osłabieniu każdego jednego mięśnia mojego ciała, szczególnie tych z lewej strony, ale przecież nie tylko. Z pomocą przyszła najpierw moja pani Madzia, kserując ćwiczenia z pisma fizjoterapeutycznego, które wykonywałam dzielnie przez jakiś czas (nie wiem czy dobrze), ale potem mnie a) znudziły, b) za bardzo absorbowały. Przerzuciłam się na ćwiczenia, których masa jest w internet ach, na przykład tutaj – polegają na spinaniu i rozluźnianiu tzw. mięśni Kegla/mięśni dna miednicy. Ja je robię codziennie i widzę efekty całej swojej terapii. Przyszły dość szybko i teraz czuję się dużo bardziej komfortowo, choć wciąż nie do końca pewnie.

Nie wiem, jak to wygląda u mężczyzn, ale z tego, co widzę, częściej dotyczy kobiet niż mężczyzn. I z tego co widzę w artykułach, większość udarowców w końcu dochodzi do normy w tym zakresie. Ale trzeba mieć świadomość, że nietrzymanie moczu, nie jest jedynym problemem związanym z układem moczowym, z którym możemy się zmagać. Częste oddawanie moczu, albo niemożliwość wypróżnienia pęcherza też należą są problemami, ale chyba nie tak traumatycznymi.

I nie rozumiem, dlaczego to jest dla mnie takie tabu – większe niż pampersy, niż to, że nie pamiętam ‚Gwiezdnych Wojen’, niż to, że były momenty, kiedy wolałabym zostać warzywkiem, niż starać się o powrót do normalności… Może dlatego, że najczęściej mamy z nim do czynienia u żuli, którzy z pomocą moczu walczą o przestrzeń w autobusach?

PS.

Tę notkę pisałam od kilku miesięcy – nie przyszło mi łatwo przyznanie się do czegoś, o czym wiedzieli dotąd rodzice, rehabilitantka i dwóch lekarzy. Ale wiem, że to duży problem wielu osób po udarze i ciężko o nim rozmawiać, więc wiedziałam, że trzeba o nim napisać. A żeby było szczerze – musiałam się przyznać.

PS2

Drodzy przyjaciele, nie lękajcie się. Wydaje mi się, że ten problem jest już poza mną. A wy, jeśli kiedykolwiek się zsikacie, możecie liczyć na uśmiech empatii, a nie wyśmianie. Obiecuję.

PS3

widzę, że popełniłam błąd. Kiedy piszę o zsikaniu się, piszę nie o popuszczeniu, ale o sytuacji, kiedy leci na podłogę, spodnie są mokre, podłoga jest mokra, oczy są mokre, wszystko jest mokre.

 

K jak kajaki!

kayakOstatnie 2 tygodnie były strasznie szalone, a ostatnim szaleństwem były kajaczki, na które szłam z obawami, ale nie trzeba było się bać.

Koleżanka pożyczyła mi swojego chłopaka (najsilniejszy w grupie) i jakoś się płynęło, niezbyt długą trasą, szybciej i wolniej, jak mi ręka trochę drętwiała, dawałam jej luz i ręka wtedy waliła ściemę, tu uspokoję kolegę – nie martw się, nie więcej niż minutkę na raz, więc nie nawiosłowałeś się za mnie za bardzo.

Wsiadanie i wysiadanie do łódki było wyzwaniem, ale co mi tam,

Ręka popracowała, poprostowała się i pozginała, nie dużo za dużo, tylko trochę za dużo. Dziś jest bardziej leniwa niż zwykle, ale obiad zjadłam nożem i widelcem, bez przekładania widelca stale do prawej ręki.

Ostatnio kajakowałam kilka lat temu, było bardzo przyjemnie, tereny międzyodrza żeglowne, kąpielisko Dziewoklicz czyste i dość spokojne, woda ciepła jak w Morzu Śródziemnym. Przyjemnie. Rehabilitacji nie porzuciłam z okazji na gości, równowagę ćwiczyłam, szybki marsz był, ręka była ćwiczona, może trochę mniej niż zazwyczaj, ale była.

Kajaczki polecam, i zdrowym i chorszym (tym, co mogą). Najważniejsze, że w nocy nie obudziła mnie sztywność łapy, jak się  to zdarzało w tym tygodniu razy kilka. Jeśli to zasługa kajaków, to będę chodzić na nie 2x w tygodniu, a jak się skończy sezon, to na ergometr (choć w to wątpię;)).

Powiem wam, że odkąd spędziłam te miesiące w szpitalach, dużo bardziej mnie ciągnie na dwór, ku spacerom, kajakom, leżaczkom, wystawianiu buzi (grubo posmarowanej filtrem) ku słońcu. Wcześniej rzadko doceniałam moje wędrówki po mieście.

Dziękuję moim przyjaciołom za miły weekend! – jeszcze do was wrócę;)

Pływanie po udarze mózgu

swimming in oman

jedno z najpiękniejszych miejsc w których pływałam – i muszę wrócić do formy żeby tam wrócić jak najszybciej ( ; zdjęcie tego nie odda…

Mnóstwo osób mówiło mi o korzyściach pływania w rehabilitacji, niektórzy rzucali nawet konkretami, których nie mogę sprawdzić, bo nie pamiętam żadnego argumentu naukowo-praktycznego  pływaniem – ach te dziury w mózgu!:) google nie zwraca żadnych ciekawych wyników na frazy typu pływanie po udarze mózgu

Ja jednak sama widzę korzyści płynące z pływania ( ; – zatem je wyliczę.

1. pływanie doskonale rozluźnia – co jest dobre dla spastycznej łapy (mojej). jeśli się nie przesadzi, oczywiście. Jak ostatnio przepłynęłam 2 km, to następnego dnia byłam jedną bolącą kulką goryczy i stanowiłam przeciwieństwo rozluźnienia. Jednak zwykle leniwe 40 min w basenie jest dobrym rozluźniaczem.

2. pływanie poprawia koordynację – a sami wiecie, że tej u udarowca jest jak na lekarstwo. Prawa, lewa, a nóżki chlap chlap chlap. Bajka rehabilitanta.

3. pływanie wzmacnia lewą rękę. i prawą rękę. i każdą kończynę jaką mamy. ale trudno przy nim przesadzić. Moje doświadczenie jest potwierdzeniem tej tezy – po pierwszych wycieczkach na basen (jeszcze w Konstancinie) bolała mnie prawa ręka. Podświadomie odpuszczałam lewej, ale wciąż nią pracowałam. Potem się czułam z tym dziwnie i skarżyłam się na bezsensowność swoich ćwiczeń. W końcu zrozumiałam, że tak jest lepiej.

4. Pływanie synchronizuje dwie półkule mózgu – nie wiem dlaczego i jak, ale kołacze mi się w głowie, że ktoś mi to powiedział;)

5. Pływanie oczyszcza mózg z wielu uporczywych myśli – każdy udarowiec będzie wiedział, jakie to jest cenne.

Ja mam dziwny stosunek do tego wszystkiego, ale znowu zaczynam lubić wodę. Dlaczego? Za gówniarza byłam pływaczką wyczynową, tygodniowo przepływaliśmy dziesiątki kilometrów. Po rzuceniu ‚karierki’ pływaka, ten sport pozostał u mnie w sferze miłości, hobby pielęgnowanego na tyle, żeby móc bez zawahania zawsze powiedzieć, że ‚świetnie pływam’. Plus uwielbiałam wodę – pytajcie moich rodziców lub dziadków, jak im szło wyciąganie mnie z jezior:)

A po udarze, kiedy dostałam pozwolenie na basen (nie jacuzzi) nagle odległości przepływane przeze mnie spadły przynajmniej o połowę, techniki na szczęście nie widzę( ; Oczywiście czarna rozpacz. Straciłam nawet pływanie. Koleżanka z klubu i szkoły jest w tym Konstancinie trenerką. Proponowała płetwy, żeby sobie przyspieszyć tempo, wówczas nie czułabym się jak ślimaczek, ale podziękowałam. Argumenty na nie przeważyły te na tak. Wtedy. teraz nie wiem dlaczego.

I chodziłam dalej już w Szczecinie (wychodzi mi min. 1, max kilka razy w tygodniu) raczej z poczucia obowiązku niż z przyjemności. Raczej z chęci pokonania triathlonu niż chęci rehabilitacji. Ale nie tak dawno temu znowu zaczęłam odczuwać przyjemność z pływania. Zwłaszcza wtedy, kiedy się zapominam i w głowie brzmi mi jakaś rytmiczna piosenka, jak poniższa.

I muszę powiedzieć, że wt-pt które spędziłam nad jeziorem, gdzie wake’owałam i windsurfowałam, a dla kondycji i rozluźnienia pluskałam się w wodzie i pływałam, czułam się jak kiedyś. Każdy wymęczony fikołek czy głębszy nur, słońce nad oczami i pauza na zorientowanie się, gdzie się płynie, sprawiały mi strasznie dużą przyjemność (oczywiście gdy już pokonałam wrodzonego lenia).

Wiem oczywiście, że nie każdego można wpuścić do wody, bo nie każdy sobie w niej poradzi, ale widziałam udarowców, którzy spędzali sobie czas na schodkach prowadzących. Uwierzcie, że nie byli tam, żeby gubić kilogramy – po prostu ich lekarz&rehabilitanci uznali, że gdzieś tu jest korzyść. Choćby w tym rozluźnieniu ciała:)

 

Wytrąconam z równowagi – jestem mistrzem!

O równowadze napiszę pewnie jeszcze milion notek, ale generalnie u mnie to wyglądało tak – odkąd nauczyłam się stać,  coraz lepiej ja trzymałam. Najpierw  trzymasz ją siedząc, stojąc, potem chodząc z balkonikiem, potem udaje co się przejść kilka kroków samodzielnie… Teraz, jak to nazywamy z panią Magdą, mam problemy na grząskim (lub jeśli jestem bardzo zmęczona) – więc zwykłe chodzenie nie jest mi wyzwaniem. Każda ma rowerze jest.  Rolki – są,  chodzenie po piachu – jest, schody – są. Ale, jak to mówią no risk no fun*, więc pojechałam na wczasy, na których ćwiczę

1.Samozaparcie,

2. Równowagę.

Powiem wam że jest dużo lepiej z samozaparcie, niż z równowagą, dlatego mam pewne sukcesy. Tadam!

Jestem w niebie! I jestem mistrzem! #wakeboard #wakeboarding #lewaczkapl

A post shared by kasia (@sfizohremja) on

Wakeboard jest rzeczą która została stworzona dla mnie – tak myślałam do chwili, w której próbowałam zawrócić.  Nie udało mi się jeszcze (tacie się udało :((( gratuluję!). Równowagę trzymałam nieźle.

Za to na windsurfingu

Było gorzej.  5/6 czasu spędziłam ciągnąc za sobą deskę  i odpływając od trzcin. O żadnym zwrocie nie było mowy, bo przy każdej próbie zmiany ułożenia stóp natychmiast zaliczałam wywrotkę. Wdrapywamie się na deskę z moimi ultrasłabymi mięśniami zajmowało mi mnóstwo czasu,  łapanie równowagi rzadko kończyło się złapaniem jej, najczęściej kończyło się wywrotką. Na kilka dni spędzonych w wodzie udało mi się przepłynąć kilka minut – i to był naprawdę wielki sukces.  Na mistrzostwach świata udarowców zajmuję pierwsze miejsce w samozaparciu!

Mięśnie oczywiście mnie bolą wszystkie ( ok, prostownik kciuka nie), a jutro planuję powtórkę :) może uda się zwrócić na tym wake’u, może coś zdziałam  ma windsurfingu:) dla mnie to jest istotą rehabilitacji – powtarzać coś tyle razy, aż mięśnie + mózg się nauczą, a potem powtarzać to tyle razy, aż porządnie zapamiętują.

Tu oczywiście mam mnóstwo dobrej zabawy, chociaż że że zmęczenia byłam blisko do zadławienia się wodą…

Oczywiście obie deski są dla mnie za trudne – trochę ćwiczę równowagę i idzie do przodu.  Rolki też są za trudne.  Rower na początku też był za trudny a teraz jakoś jedzie… Może to jest dobry system dla ‚ambitnych’ – wybierać cele osiągalne, ale nierealne z racjonalnego punktu widzenia? Kto nie otworzy serca, nie dostanie widelca.

Ale okazuje się, że żeby wrócić na deskę, trzeba mi było udaru (( ;

Ps Oczywiście wpis jest bezczelnym chwaleniem, ale jestem z siebie bardzo, bardzo dumna,więc się chwalę.

Ps 2 Słoneczko przygrzało, mimo filtrów 50 wielokrotnie aplikowanych, jestem cała poparzona i swędzi cały dzień  i jestem rączek nieboraczek.

 

znowu ćwiczenie twarzy po pora żeniu nerwu twarzowego

facial palsyfacial palsyZnalazłam karteczki ze szpitala, i okazało się, że pochodzą z tej strony. Jeszcze raz o ćwiczeniu buzi:) uwierzcie że jest  przyjemniej, kiedy jest mniej krzywa. Ostatnio pani Magda pytała mnie, czy codziennie ćwiczę tę buzię. Niestety, nie codziennie. Ale staram się o tym pamiętać;) mam lusterko na stole albo na parapecie i unoszę brew – kto umie?;p

 

 

Jest dobrze! Ale nie beznadziejnie:)

Dziś miałam pierwszą rehabilitację z panią Magdą, i wniosek jest jeden: jak to mawia mój dziadek – jest dobrze, a nie beznadziejnie.

wnioski i zalecenia są takie (w punktach, bo mam chaos we łbie i nie mam energii, żeby dużo pisać):

brain1. jednak za dużo ćwiczyłam. Trzeba spasować (ale nie spastycznieć) – i to w każdej sferze. nie ma pracy od rana do nocy! ciekawe czy dam radę ( ;

2. Na spastyczniejącą łapę trzeba uważać, masować, rozluźniać. Nie bardzo mam na wpływ na coś więcej.

3. dużo grać na pianinie, też gamy (niestety)

4. schudnąć – jakbym się nie starała ; )

5. Mogłam niedokładniej ćwiczyć, bo się wymęczyłam za bardzo.

6. może mniej takich rzeczy typu siła łapy i fasolkowe-rysowanie, a więcej na luz…

I nie pamiętam dalej.

Pani Magda to dobra i mądra fizjoterapeutka, która się śmieje, że ją tu zjadę. Ale nic z tych rzeczy, nawet jak mnie wykończy i będzie bić jak dzieciaka po ręku – nikomu innemu nie wolno – złego słowa nie powiem. Potrzebowałam specjalisty. Może nie robiłam nawet ćwiczeń źle, tego nie wiemy, bo skąd mamy to wiedzieć, ale na pewno trzeba było trzeźwego spojrzenia, bo sama zapominam o tym, o czym wiem : ) w ramach odpoczynku, obejrzę sobie film (bez drutów!) i pójdę odsypiać weekend.

 

czary-pomiary

groch i fasolagwarantuję wam, że po jakimś czasie – dwóch dniach, tygodniu, miesiącu, może roku – każde ćwiczenie, jeśli nie będzie zmieniane, znudzi cię tak, że długo na myśl o nim będziesz mieć odruch wymiotny lub będziesz jęczeć tak, że usłyszą cię na drugim końcu miasta.

Z mojego doświadczenia wynika jedno – tak jeśli robi się to ćwiczenie samemu, nie z rehabilitantem, trzeba zastąpić je czym innym. Jak ćwiczenie nudzi, robi się je mniej dokładniej, ale jakoś bardziej męczy.

Niektórych rzeczy jednak nie powinno się rzucać, bo dalej są skuteczne. I o teraz?

Moja recepta jest bardzo prosta – (bardziej lub mniej) monitorować postępy. 

Szybciej!

Dalej!

Więcej!

Dokładniej!

Itd.

IMG_20150530_123457Działa na wszystko, naprawdę. Od fasolek, przez kolorowanki, granie na pianinie, gry logiczne, po chodzenie z gumami i rolki. Na wszystko. fasolki rzuciłabym w kąt po dwóch dniach od wyjścia ze szpitala, ale od czasu do czasu liczę, ile udaje mi się ich wyciągnąć. Może teraz nie widzę spektakularnych skoków jakościowych, ale widzę, kiedy jest gorzej – wtedy to motywuje mnie o pracy nad ponowną poprawą. Albo do walki o jeszcze jedną fasolkę.

Jeśli koło kolorowanki piszę daty, widzę, że z miesiąca na miesiąc koloruję coraz lepiej.

Również dzięki mojemu endomondo (taka aplikacja do mierzenia aktywności sportowych) naprawdę się staram, żeby z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej – albo mieć więcej km zrobionych, albo więcej kcal spalonych, albo dłuższy dystans przebiegnięty za jednym razem… To niesamowite, jak to poprawi dodać energii – dla mnie moje endomondo jest sparing-partenerm.

Przydatne, zwłaszcza kiedy postępy są subtelne.

W ten sposób, można rywalizować samemu ze sobą;) jeśli pamięta się, że jesteśmy udarowcami, nie wyczynowymi sportowcami, to może być duża pomoc:)

PS/

jeśli masz pod opieką swojego udarowca, spróbuj sobie zapisywać, jak mu idzie. Może ‚jejku, dwa miesiące temu, nawet nie chwytałaś łyżki, dziś zamieszałaś herbatę’ akurat zdziała cuda:)

Ustawili mnie do pionu – subiektywnie o pionizacji

stroke, sit, pionizacjaNiewiele osób pamięta swój pierwszy siad. Pierwsze stanięcie na nogach. Pierwsze samodzielne kroki. Ja pamiętam doskonale. Oczywiście te po udarze.

W moim przypadku pionizacja przeszła niemal bezboleśnie. To znaczy że na początku jej nawet nie zauważałam. Nagle nieśpiącą część dnia zaczęłam spędzać na półleżąco, potem, podczas obchodu, sprawdzono czy trzymam równowagę i usiadłam. Z nogami w powietrzu! Nie mogłam się tym dłużej pocieszyć, bo od razu kazano mi się położyć, poza tym to całe siedzenie chyba mnie zmęczyło. Od tamtej pory jednak miałam jeść posiłki na siedząco! Każdego, kto mnie widział w tej pozycji witałam wesołym „patrz jak mi się majdają”! I majdałam nogami.

I tak powolutku szłam w górę – bardzo ostrożnie postawiono mnie na dwóch nogach, na kilka sekund. Ponieważ ja wtedy nie za bardzo rozumiałam co się ze mną dzieje, nie rozumiałam tego całego halo wokół stania. Potem  było kilka kroków, potem krótkie dystanse z wysokim balkonikiem, co oznaczało pozbycie się pampersów!

W końcu przyszedł czas na samodzielne kroki i powolutku chodziłam coraz więcej. Bardzo się bałam, ale trzymałam równowagę nieźle, tzn. niewiele gorzej niż teraz, kiedy już normalnie chodzę i biegam (czasem jedynie czuję że tracę równowagę, ale nie upadam).

I przy tym byłam szczęściarą – nie miałam zawrotów głowy i nie spadałam w żadnym kierunku – potrzebne było ‚jedynie’ odpowiednie wzmocnienie nogi, żeby mnie utrzymała.

Wiele osób nie ma tego szczęścia. Pamiętam, że przez dwa dni leżałam na sali z panią, która upierała się, że będzie siedzieć. I niemal za każdym razem, spadała w bok, a raz prawie spadła całkowicie z łóżka. Dostało się jej trochę od salowej:)

Nie wyobrażam sobie, jak można kogoś ‚postawić na nogi’ bez pomocy specjalisty, tak, żeby nie zrobić ani jemu, ani sobie krzywdy. Fizjoterapeuci, również ci, którzy nie mają pomocy różnych przyrządów, np. stołu pionizującego, przyczyniają się naprawdę do wielkich cudów. Jak się patrzy na efekty ich pracy, chce się być fizjoterapeutą. Naprawdę!

Pionizacja to chyba najstraszniejszy element rehabilitacji (jeśli człowiek jest świadomy problemu), ale z drugiej strony, jak się udaje – jeden z najbardziej satysfakcjonujących. Pamiętać swoje pierwsze kroki – bezcenne.

PS

wg jakichś studenciackich notatek tak naprawdę długo nie byłam spionizowana, bo 30 min stania czy chodzenia bez przerwy, przyszło dopiero w Konstancinie. I to nie na początku!

Gdzie nie powinnam chodzić na randki?

toilet paperJak tylko zaczęłam jeść, okazało się, że przy jedzeniu zawsze coś mi wypływa po lewej stronie. Wycierałam to i jadłam dalej, bo co zrobić? Myślałam, że przejdzie. Nic jednak samo nie przechodzi i dalej muszę jeść uzbrojona w chusteczki. Może wypływa mi trochę mniej, ale wciąż wypływa. Widzę poprawę w tym, że już rzadko spływa mi coś do brody. Może trochę mniej się wymyka, może szybciej reaguję na zagrożenie i wycieram buzię. Nie wkurzam się, kiedy ktoś mówi, żebym wytarła buzię, bo wiem jak jest. Jest mi tylko trochę wstyd.

Z drugiej strony, oczywiście mogło być dużo gorzej. Nie zauważyłam u siebie ślinienia, które jest częste u udarowców. Już sobie to wybrażam, siedzę koło chłopca który mi się podoba, a tu kap kap kap po koszulce, a zanim znajdę chusteczkę i po spodniach. A tak muszę po prostu unikać randek i biznes lanczów.

Ślinienie u udarowców wynika zwykle z osłabienia mięśni twarzy (zgaduję że głównie okrężnego twarzy), czyli sporo można samemu wyćwiczyć, o ćwiczeniach, które wykonuję, pisałam tutaj i tutaj. Ze wstydem przyznam, że już jakiś czas nie ćwiczyłam buzi, ale już dziś zrobię secik, a co.

PS

właśnie (po miesiącach od publikacji wpisu) znalazłam fachowy termin na ten problem. jest to po prostu (z angielska) leaking;)

fasolki! nieskomplikowane, ale niełatwe ćwiczenia manualne

co oddzielał Kopciuszek? Mak od soli? Groch od fasoli? Nie pamiętam, ale odkąd zaczęłam rehabilitować się w Konstancinie, bardzo często bawiłam się fasolkami, tj. mieszaniną grochu, fasoli i miedziaków.

groch i fasola

 

ćwiczenia były proste w zamyśle, ale oczywiście, szczególnie początkowo, sprawiały mnóstwo kłopotów.

1. wybieranie jednego składnika, najczęściej najdrobniejszego grochu z mieszaniny, dwoma palcami i wrzucanie do jakiegoś kubka.

2. Wybieranie jednego składnika początkowo kciukiem i wskazującym, a potem kciukiem i każdym kolejnym palcem.

3. zbieranie groszku lub fasolek w garść – no wiecie – bierze się dwoma palcami i wrzuca w garść i tak jak najwięcej! widziałam panią leczącą się z niedowładu, która potrafiła uzbierać sześćdziesiąt-kilka groszków w dłoni. Mnie nigdy nie udało się osiągnąć tego . zaczęłam od 6 groszków…

4. wybieranie monet, odkładanie ich na bok, a potem budowanie z nich wieży wg nominałów. Mordęga! Ale możliwa.

Instrukcją główną dla mnie było, żeby odpoczywać. Rehabilitacja to nie wyścigi:) Jak ręka się męczyła, trzeba było odpocząć, najlepiej położyć ją na płasko na stole i po chwili wrócić do roboty.

Raz wybierałam fasolki przez kilka godzin, a potem kilka dni ręka musiała odpoczywać, bo do niczego się nie nadawała;) u nas ‚lekcja’ trwała pół godziny i myślę, że to jest bezpieczny czas:)

Dobrym pomysłem jest liczenie tych fasolek wybranych do garści – żebyście widzieli dumę i radość na twarzy mojej współlokatorki kiedy dobiła do 60 groszków wybranych. Ja nie wiem, jaki mam maks. STaram się to liczyć, ale zawsze mi się miesza;)

!!! UWAGA, NIE JESTEM TERAPEUTĄ, piszę o tym co się u mnie sprawdziło, zanim się zainspirujesz, lepiej skonsultuj to ze specjalistą:)