moja nowa zabawka:)

Wiecie co jest najbardziej irytujące w fasolkach? po kilku dniach się nudzą. Nawet jak wybiera się je samemu ze sobą na zawody. Niestety. Po jakimś czasie wszystko się nudzi, dlatego rehabilitacja jest taka  trudna. Myślę, że połowa ludzi po prostu przerywa ćwiczenia przez nudę.

Ja, przyznaję bez bicia, też mam gorszy ćwiczeniowo czas. I nudzą mnie ostatnio fasolki. Dlatego tak rzuciłam się na zabawkę z Lidla za 15 zł. Tadaam!

zabawka

Wzięłam wersję z mniejszymi elementami, myślałam sobie pffff, co to dla mnie.

I niestety. Nie ma tak łatwo! Aż sama się sobie dziwię, jak opornie mi to idzie. Złapanie tego małego plastikowego gówienka jest raczej łatwe, ale obrócenie go w dobrą stronę supertrudne. I włożenie. Cały czas mam wrażenie, że coś nie pasuje.

Moja neurolog mówi w ogóle, że to niemożliwe, ale wydaje mi się, że od ataku padaczki

  1. dużo mniej boli mnie głowa (tzn. zaledwie kilka razy do tej pory i nie do płaczu)
  2. dużo gorzej operuję moją lewaczką.

Śmiesznie. Bo neurolog mówi, że to są dwie kompletnie odizolowane sprawy. Jakoś tak się zbiegło akurat w czasie. Dziwne…

 

Moje lepieje:) cz. I

Doczekaliście się;p Co jakiś czas lepię sobie jakiegoś lepieja udarowego.

NIestety, nie zawsze je zapisuję w telefonie, ale proszę:) to, co udało mi się znaleźć.

:)

Lepiej ryż szpitalny wżerać, niż go sobie z brzucha ścierać.

Lepiej tiwi zdzierżyć dzielnie, niż na sali milczeć szczelnie. Czytaj dalej

lubię kozy;))) origami po udarze mózgu – pozdrawiam z domowego przedszkola!

jestem na wczasach i nie mam tu wszystkich zabawek rehabilitacyjnych. kombinuję więc i wpadłam na pomysł, co może sprawić mi frajdę i usprawniać: ORIGAMI! to powinno ćwiczyć i paluchy i mózg. Okazało się, że będzie ćwiczyć przede wszystkim cierpliwość.

szczerze mówiąc, myślałam że to będzie łatwiejsze. Wczoraj, jak zaczęłam się bawić tym papierem, wszystkie kartki poszły do kosza. Ale mi było smutno. No ale nie kupiliśmy ryzy papieru, żeby się smucić, prawda?;)

dziś z innym nastawieniem i silnym postanowieniem nie nabawienia się ataku paniki postanowiłam zrobić coś, co już kiedyś robiłam i jest łatwe. I co sprawi mi frajdę.

I tak wyszła mi koza. Poznajcie Kozę. Od razu się zakumplowałyśmy.

koza origami

Serio nie myślałam, że to będzie takie trudne. Zgięcie czegokolwiek prosto jest dużym wyzwaniem. Palce mam supersztywne ostatnio. Instrukcje znalazłam łatwe, ale i tak niełatwo się za nimi nadąża. Wczoraj, gdy robiłam pierwsze podejście, prawie mnie zatkało z żalu. Ale w końcu szczęśliwie się udało  skończyć Kozę. Mam zamiar zrobić całe zoo. Zobaczymy, jak się uda ( ;

tutaj video, z którego korzystałam. Polecam, moja Koza, się już do mnie uśmiecha;)

Gdy ci samotno, zagraj w samotnika!

samotnik

„Solitaire 01” autorstwa Photo by Gnsin edited by WolfgangW

W szpitalu pan Grzegorz dał mi się pobawić grą. Samotnikiem. Na trochę innej planszy, niż ta na zdjęciu.

W grze generalnie chodzi o to, żeby pozostawić na planszy jak najmniej pionków, a w końcu  tylko jednego. Zasady zaraz wytłumaczę, bo dla mnie zasady początkowo były trochę inne. Miałam początkowo jedną zasadę. chwytać te pionki , nazywane w pracowni ‚grzybkami’ jedną ręką. Oczywiście lewą. zadanie, łatwiejsze od fasolek i bierek i na pewno znienawidzonych nakrętek, było początkowo masakrą. Ale z czasem ładnie chwytałam, przekładałam wykładałam. Doszedł szybko komponent logiczny, też ważny;) w moim przypadku bardzo. bo z logiką byłam na bakier i przed udarem, teraz jest tylko gorzej;p to se ćwiczyłam na tych planszach. I tylko lewą ręką.

Czasem mam wątpliwości, czy te gry logiczne mają sens i czy pomagają, ale nic, kupuję, gram, może pomagają. Czuję się takim samym głąbem jak pół roku temu, poprawę nagłą widziałam tylko po Nootropilu, ale potem wróciłam do normy. Ale zakładam, że ta praca daje efekty – tylko są tak subtelne i powolne, że ciężko je wyłapać. Powiedzcie – gadam z sensem?;)

Polecam samotnika. Może nawet wciągnąć. Na pewno to jakaś odmiana:)

do zabawy! – ja i konsola w rehabilitacji

Kiedy moja rehabilitantka pierwszy raz postawiła mnie przed konsolą – Nintendo Wii bodajże – byłam zachwycona. Niklawiaturae jestem typem gracza, w życiu nie miałam playstation czy innej konsoli, nie mówiąc już o tych szczytach techniki czytających ruch. I tu nagle, po raz pewnie piąty w życiu, kazano mi się bawić, ku zdrowotności.

Grałam we wspinaczkę. Rąsia do góry – złap, druga rąsia do góry – złap, podciągnij się, skocz… oczywiście było ciężko:)

początkowo nie zorientowałam się, że konsola ‚widzi’ nawet moje dłonie i nie wiedziałam, że muszę łapać… potem, , jak to ogarnęłam, treningi były żmudne i trudne. Wyzwań było mnóstwo – od wyciągnięcia rąk w górę po koordynację.

Nigdy nie wygrałam swojego wyścigu wspinaczkowego, nawet na najłatwiejszych trasach, ale były już takie, w których nie byłam ostatnia, więc i tu widziałam efekty swojej pracy.

Problem w tym, że nawet konsola może się znudzić. po jakichś 2 tygodniach zajmowania się sobą miałam jej dość. Czułam efekty – naprawdę, przede wszystkim ręka się wzmocniła, nawet wydolnościowo było trochę lepiej – w sensie już pół godziny przed ekranem było do przetrwania;) – ale samo granie mnie nudziło. wróciłam więc do ‚tradycyjniejszej’ rehabilitacji:)

 

wg badań terapia kończyn górnych za pomocą konsoli wii działa;) tu można o tym poczytać:)

 

Budujemy wieże;)

Wczorajsza wyprawa do Biedronki przypomniała mi o tym, że chwytający już udarowiec, może stać się nieudolnym budowniczym. Tata próbował namówić mnie na domki z kart (hahaha), ale pani rehabilitantka postawiła na coś innego – klocki, w szczególności grę,  w którą lubiłam przedudarowo pograć: Jengę:)

jenga

 

Znacie to? Najpierw układa się wieżę, potem wyjmuje po klocuszku i próbuje nie rozwalić. Dla zdrowego początkowo łatwe, potem trudniejsze, na końcu i każdy zdrowy narobi rabanu rozwalającymi się klockami. Takie jest życie, każda wieża w końcu upadnie (czytaliście Władcę Pierścieni? Widzieliście Krzywą Wieżę w Pizie? czytaliście Biblię?).

No ale los udarowca jest taki, że musi budować swoje wieże od nowa;p W końcu może się okazać, że jeśli zmusimy znajomego do gry ‚nie tą ręką’ w końcu nie przegramy:)

Ja lubię też wersję szybszą, która pozwala na kontrolę postępów. Klocuszki kładzie się jeden na drugim, tworząc rosnący, równoramienny krzyż. Kilkanaście to świetny wynik, do którego doszłam po tygodniach ćwiczeń. Kilka klocków jeden na drugim były powodem do dumy. A każdorazowa wywrotka wieży powodowała krzyk rehabilitantki przez pół sali ‚ile?’ i śmiech drugiej ‚nic się nie stało, pani Kasiu, nic się nie stało’. Musiałam to policzyć. Uwierzcie, liczenie do dziesięciu było dla mnie wyzwaniem wtedy, teraz także czasem jest;) te kilkanaście to było też wyzwanie. liczyłam więc i  sobie budowałam dalej. Pół godziny.

To ćwiczyło nie tylko precyzję:) ale też uspokajanie dłoni. Jeśli łapa ci się trzęsie jak studentowi na kacu, dziesięciu klocków nie ułożysz nigdy. Uwierzcie mi, nie jest łatwo.

Nie polecam Jengi codziennie, raczej jako odmianę i odpoczynek od fasolek i innych ćwiczeń;) Szkoda, żeby się znudziła.

Szpitalna Jenga jest trochę mniejsza, więc krzywdy mi nie zrobiła;)

 

grajmy sobie specjalistycznie! – ach ten program neuropsychologiczny!

klawiaturaSzczerze mówię, że nie pamiętam, pamiętam nazw i szczegółów, piszę tylko o wrażeniach z mojej terapii najwspanialszym programem, który pomagał mi tak samo, jak pani neuropsycholog.

Siada się przed dużym komputerem, z różnymi przyciskami zamiast klawiatury, dotykowym ekranem. Neuropsycholog dobiera ‚grę’, która jest ci potrzebna. Możesz rozpoznawać buzie, pędzić Pendolino i omijać sarenki, układać puzzle, czytać teksty i odpowiadać na pytania, szukać różnic… I nie pamiętam co tam jeszcze.

Refleks, pamięć, koncentracja, orientacja w przestrzeni, rozpoznawanie różnych rzeczy (nie wiem jak to nazwać – początkowo nie widziałam różnic między różnymi figurami, które się różniły między sobą…) , logiczne myślenie – to wszystko – i pewnie inne rzeczy też – było ćwiczone.

Codziennie czekałam na te zajęcia. choć były krótkie, nic mnie tak nie męczyło i z niczym nie widziałam, takich postępów. Szukałam czegoś takiego w Szczecinie – nie znalazłam. Chciałam ćwiczyć na tym, wybierać sobie wzorki, jechać Pendolino, ale nie udało się znaleźć. Może jeszcze znajdę:)

Wg neuropsycholog ze szczecińskiego szpitala powinnam to zastępować innymi rzeczami. W tym grami komputerowymi, bo to może ćwiczyć podobne kompetencje. Znalazłam sobie super zręcznościówkę, którą pamiętam z dzieciństwa i nie umiem przejść pierwszego etapu. Muszę znaleźć coś łatwiejszego;)  Może Teletubisie mają jakąś wersję do grania, ale nie wiem, czy bym chciała stać się jednym z nich.

teletubisie

 

świat w kawałkach da się poskładać:)

puzzle, mało elementówNigdy nie byłam wielkim fanem puzzli i dalej nie jestem. Jednak wiem, że jak trzeba, to można – polubić też!

Co dają puzzle? Ćwiczą koncentrację, uwagę, pamięć, wyobraźnię przestrzenną, sprawność manualną, cierpliwość… Daje się je nawet neurologicznie chorym, żeby pobudzać szare komórki do myślenia:)

Moje pierwsze poudarowe puzzle (na zdjęciu obok) układałam na rehabilitacji, oczywiście lewą ręką. Zajęło mi to pełne pół godziny. Z tego co pamiętam, miały 25 elementów, może 20.

Po ułożeniu ich byłam dumna jak paw, bo nie wierzyłam że mogę je ułożyć. Potem na specjalnym programie neuropsychologicznym układałam te swoje puzzle i powoli szło mi coraz lepiej. Wciąż jednak miałam z nimi trochę problemów. Źle sobie radzę z zadaniami przestrzennymi, trochę niedobrze z odwzorywaniem chyba, ale kiedy pani neuropsycholog mnie pytała, dlaczego tak układam, nie potrafiłam odpowiedzieć.

Po wyjściu dostałam puzzle od przyjaciół, miałam 100 elementów z pingwinami z Madagaskaru, 1000 z babeczkami… W Pingwinach tak się wyspecjalizowałam, że układałam je nawet bez obrazka! Babeczki były naprawdę wielkim wyzwaniem, które pojęłam:

puzzle2Dzieliłam, przekładałam, łączyłam (już nie lewą ręką, to byłoby zbyt wielkie wyzwanie)  i w końcu, chyba po kilku tygoniach, zupełnie sama ułożyłam! Oczywiście znowu duma mnie rozpierała, do czasu kiedy koleżanka określiła je jako „łatwe’ :(((((

Nic to, każde puzzle są dla mnie trudne, najbardziej lubię takie, które dostałam od koleżanki (dziękuję), z księżaniczkami Disneya – mają mało elementów i dość szybko się je układa (i kocham bajki Disneya), ale wciąż ćwiczą co trzeba, a nie trzeba przy nich zagracać pokoju na tygodnie.

Teraz na tapecie mamy puzzle 3D które są piekielnie trudne (nie tylko dla mnie) i chyba się poddam. Dziś znowu odeszłam od nich nie ułożywszy żadnego kawałka.

Więc chyba dam za wygraną i wezmę się za swoje księżniczki :)

 

 

Bule lewą ręką! Mistrzostwa o komin portalu lewaczka.pl

bule, petanquePrzyjaciel gra w petanque’s, czyli bule. Jest Quasiprofesjonalistą ( ; przyjechał ze swojego miłego miasta i zorganizowaliśmy Pierwsze drużynowe mistrzostwa petanque lewą ręką o komin lewaczki, zwany również Boulès w Le Szczecinie.

Niestety przez serię ogłoszonych walkowerów, nie można było przeprowadzić rundy eliminacyjnej i od razu drużyny przeszły do finałów. Dwuosobowe drużyny nazwijmy je: Przegrani i Wygrani rozegrały dwa emocjonujące mecze, z których krótką relację przedstawia korespondentka portalu lewaczka.pl!

Walka była zacięta! Pierwszy mecz wygrali Wygrani, którzy długo prowadzili kilkoma punktami, jednak Przegrani szybko odrobili straty, wyprzedzając nawet liderów. Do końca nie było wiadomo, kto ostatecznie zakończy grę jako zwycięzca, ale udało się Wygranym, choć zadecydowały o tym ostatnie rzuty.

Po pierwszym meczu, ze względu na drętwiejącą rękę piszącej te słowa (osoby z niedowładem lewostronnym;) ) została zarządzona przerwa na picie, po czym wznowiono rozgrywki.

W czasie drugiej części nie zarządzano wielu przerw na tłumaczenie zasad, jedynie te, które odpowiadały na zapotrzebowanie publiczności, ze skupieniem obserwującej rozgrywki*.

Gra była zacięta, przez długi czas prowadziła drużyna Przegranych, wieloma punktami! Potem jednak Wygrani zaczęli odrabiać straty, a losy gry ważyły się do końca, w ostatnich rzutach wiadomo było, że ten, kto zdobędzie jeden punkcik wygra tę rundę. Wygląda na to, że Przegranych zjadł jednak stres i przegrali jednym punkcikiem. Wygrali wygrani, przegrali Przegrani – czy tego byście się spodziewali drodzy czytelnicy? (( ;

Zabawa była przednia, wszyscy potem przenieśli się na grilla, bawili się z psami, popijali alkohol (nawet autorka bloga umoczyła usta!). Niestety nagrody za zajęcie pierwszego miejsca nie zostały wręczone, bo nie zdążyłam zrobić kominów. W pamięci zapisany kolejny, nie wyrobię się przez 3 lata z robotą… ;)
Poniżej mała fotorelacja, zasłoniłam znajomym buziaki, bo nie wiem czy zgadzają się na pokazanie swoich przesympatycznych buziek (a jest w ich gronie prawnik!)

bule

bule, petanque

bule, petanque

5

4

3

2

 

Na marginesie:

Gra petanque, zwana potocznie bulami, z boku wygląda na nudziarstwo, lecz jest rewelacyjna. Chciałabym codziennie grać często! Dlatego proces zakupu swojego zestawu ruszył z kopyta, jeśli znajdą się inni podjarani, będę w nie grać.

Gra polega na tym, żeby rzucić swoje kule-bule jak najbliżej małej kulki-świnki. Liczy się punkty i zaczyna się od nowa. I tak aż do czasu, kiedy osoba lub drużyna zdobędzie 13 punktów. Szczegółowiej o zasadach można poczytać na przykład tutaj.

Moja ręka sprawiła się w miarę dobrze. Już ładnie chwytam i mam trochę siły, a plus w grze jest taki, że bulami się rzuca, także nie trzeba ich długo trzymać. I tak się napracowałam – pod koniec pierwszego meczu, który rozegrałam, ręka mi drętwiała i wcale nie wiedziałam, czy nie odpuszczę drugiej rozgrywki. Jednak gra za bardzo mi się podobała, żeby nie wziąć się w garść, następnego dnia jednak odpuściłam ćwiczenia na rękę (a i inne też, byłam strasznie zmęczona po dwóch dniach na powietrzu:).

Gra jest jednak sportem precyzyjnym, wyrabiałam rzeczy, których jeszcze w kwietniu nie byłabym w stanie zrobić, ale w małym stopniu miałam kontrolę nad siłą, z którą rzucam, a jak udawało mi się raz na jakiś czas rzucić coś dobrze, to dużo było w tym farta. Prawda jest taka, że to jedyny sport ostatnio, który potraktowałam jak rozrywkę, a nie ćwiczenie i to było naprawdę super. Druga połowa mojej drużyny była trenerem nas wszystkich i bardzo mnie kilka razy rozbawiło jak mówił mi gdzie powinnam rzucić delikatnie, a mi kulka leciała 2 metry dalej i nie z tej strony ( ;

* Ludzie naprawdę się nami interesowali, pytali, robili zdjęcia nawet z tajniaka;) Ciekawe gdzie szczecińscy bularze grają, może są lepsze miejsca niż Jasne Błonia?;)

Zagrasz ze mną w operację?

Po udarze może się spełnić dużo marzeń, szkoda że tych z dzieciństwa;) Za każdym razem jak widziałam w tiwiku reklamę gry Operacja, chciałam mieć ją na własność. I udało się – dostałam ją w prezencie na wyjście ze szpitala.

Operacja dla większości dorosłych będzie nudą do porzucenia po minucie, jednak gra lewą ręką (lub prawą, jeśli jesteś praworęczny) jest wyzwaniem. Dużym wyzwaniem.

operation

 

Gra naprawdę ćwiczy precyzję. Wyzwaniem może być nawet samo chwycenie pensety, którą wyjmuje się z ciała chorego różne przedmioty. Jeśli się uda, naprawdę trudno jest usunąć przedmioty z ciała chorego  – o ile się nie ćwiczy. Ręka się trzęsie, jest niepewna, nawet wypuszcza się złapane przedmioty.

Zabawa jest ciekawsza i łatwiejsza niż wyciąganie koralików pensetą (co robiłam w Konstancinie) i jest to jedna z rzeczy, które można robić z innymi. Polecam zaproszenie znajomych, dzieci, wnuków, tak jak na bierki!, żeby pograć sobie wspólnie i nie odcinać się od świata, bo tyle się zmieniło. Gra oczywiście się nudzi po kilku rozgrywkach. Wtedy można ją odłożyć na półkę i zagrać za jakiś czas. Dziś szło mi dużo lepiej niż kilka tygodni temu! Na 5 prób wyciągnęłam 3 elementy! (fanfary).

MInusem jest cena – chyba najmniej 50 zł. Ale jak ktoś lubi pokombinować sobie z zabawkami – polecam:) zawsze po zrehabilitowaniu można grę oddać znajomym dzieciakom. Patrząc na entuzjazm moich małych gości, mogę ocenić, że dzieciaki to uwielbiają dużo bardziej niż ja:)