Objawy udaru mózgu

To być może najważniejsza notka na całej tej stronie. Pamiętam, jak koleżanka opowiadała o udarze jej narzeczonego. Z tego co pamiętam, trafiło go w kinie. Z tego co pamiętam, że byłam wstrząśnięta przez długi czas, bo chłopak był wówczas niewiele starszy ode mnie teraz. I pamiętam, że zastanawiałam się, skąd jego znajomi wiedzieli, że trzeba mu szpitala. Ja nawet czytając o udarach, nie byłam pewna, że już jeden przeszłam, bo przecież byłabym już kaleką –  a to był tylko (aż?) przemijający epizod udarowy, moje pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.

Naprawdę warto, nauczyć się objawów udaru. Tu ładna reklama:

Dodajmy do tego opadanie kącika ust, to naprawdę widoczne!

Mamy więc osłabienie, niedowład, zwykle jednostronne, może być drętwienie

Zaburzenia mowy, od bełkotu, aż do niemożliwości mówienia

Zaburzenia widzenia (zazwyczaj połowiczne)

Nietrzymanie równowagi, niepewny chód.

Może występować nagły ból głowy

Najgorsze jest to, że wszystkie widzialne objawy muszą wystąpić. Często (nie zawsze) występują nagle. Ja chyba nie miałam zaburzeń widzenia, nie pamiętam bólu głowy, ale podobno był.

Tu jeszcze infografika ukradziona z facebooka Know stroke
objawy udaru mózgu

Polecam też artykuł, o udarze krwotocznym, objawy mogą być dokładnie takie same jak przy nieokrwiennym, ale tam jest opisane to szerzej,

dodali np. drgawki.

Wg mnie, każdy z naw powinien znać objawy udaru. W Polsce dochodzi do 90.000 udarów rocznie (!!!). Prawdopodobieństwo, że ktoś obok nas będzie potrzebował pomocy, nie jest wcale takie małe. Jak się zachować w razie potrzeby, piszę tutaj. 

Pierwsza pomoc udarowa

left handOstatnio ktoś zapytał mnie, czy istnieje coś takiego jak ‚pierwsza pomoc’ udarowa. Istnieje. Jeśli zauważysz objawy udarowe:

NATYCHMIAST DZWOŃ POD 999 (a w USA CALL 911)

Tak naprawdę nie możesz nic poza sprawnym zawiadomieniem karetki – ze sprawnym opisaniem objawów, gdybym ja dzwoniła na pogotowie, jak już opisałabym objawy, zaznaczyłabym, że to wygląda na udar.

Poniżej, kilka rad praktycznych.

 

Oczywiście, trzeba obserwować chorego, sprawdzać czy oddycha i czy serducho bije, jeśli nie – podjąć resuscytację (zgodnie z aktualnymi normami;p przechodziłam wiele kursów pierwszej pomocy, ratownicy potrafią zmieniać standardy co kilka lat, ostatnim razem uczono mnie 30 uciśnięć klatki piersiowej do dwóch oddechów, zaczynać od oddechów), aż do powrotu krążenia i oddychania, albo do przyjazdu pogotowia.

Jeśli chory oddycha, na pewno warto ułożyć go w pozycji bocznej ustalonej, żeby nie zapadł mu się język ani żeby niczym się nie zadławił (właśnie uświadomiłam sobie, że nie pamiętam jak robi się pozycję boczną ustaloną).

Jeśli jedziesz z chorym do szpitala, to sprawdź, czy gaz jest zakręcony (pozdrawiam moją ocalicielkę, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, ryż spaliłby nam chatę, na szczęście mieszkanie ocalało!:)) i czy z wanny woda się nie przelewa. Na pewno będziesz musiał odpowiedzieć w międzyczasie na kilka pytań, jeśli chory jest twoim znajomym, może będziesz potrafił odpowiedzieć, jeśli nie – pewnie na większość odpowiesz milczeniem.

Pamiętaj jednak GODZINĘ UDARU. Tzn. czas, w którym wystąpiły objawy. To może zadecydować o całym leczeniu.

Jeśli masz taką możliwość, weź ze sobą dokumentację medyczną chorego. Ja swojej nie miałam w Warszawie, głupio; ) na szczęście moja współlokatorka znała moje wszystkie choroby, a rodzinka zabrała ze Szczecina wszystkie dokumenty.

NIE DAJ SIĘ PRZEKONAĆ, ŻE NIC SIĘ NIE DZIEJE I NIE TRZEBA KARETKI. Mgliście przypominam sobie, że próbowałam krzyczeć, że nie trzeba karetki. Na szczęście nikt mnie nie rozumiał. ;)

i NIE WIEŹ CHOREGO SWOIM SAMOCHODEM, tylko dzwoń po karetkę. Nie każdy szpital ma „oddział udarowy”. I nie wiesz wcale, który szpital ma właśnie dyżur udarowy. Może wyjedziesz 10 min wcześniej, ale nie oszczędzi ci to korków, miotania się pośród niewiadomych i straty cennych minut.

NIE PANIKUJ, ale pamiętaj, że tu liczy się każda minuta. Moje życie i poniekąd zdrowie uratowała przytomność mojej przyjaciółki, współlokatorki która choć była przerażona, zachowała przytomność, za co będę jej wdzięczna do końca świata i jeszcze dalej:)))

zabawne gierki, a tu lecą bierki

gra w bierkiKiedy znajomi odwiedzali mnie jeszcze na neurologii, śmiali się, że niedługo będę grać z nimi w bierki lewą ręką, hihihi, haha, a potem chciało mi się ryczeć, bo to dla mnie były zbyt okrutne żarty.

Nadszedł jednak czas długaśnego pobytu w Konstancinie, musiałam zmienić trochę nastawienie i w końcu poprosiłam przyjaciół, żeby kupili mi bierki. Trochę w to nie wierzyłam, ale graliśmy – żeby było sprawiedliwiej, wszyscy lewymi rękami. Głosy oburzenia słyszałam z rzadka. Graliśmy na początku na szpitalnych krzesłach, było ciężko, ale jakoś szło, zdarzało mi puścić pojedynczą bierkę w lot koszący po korytarzu. Ale od czasu do czasu coś się udawało zrobić. Ręka się trzęsła, ale od czasu do czasu się coś udawało. Raz na jakiś czas dobrze wyciągniętą bierkę wypuszczałam. Z czasem szło coraz lepiej. Chyba ani razu nie wygrałam, ale postęp naprawdę widać było gołym okiem.

Nawet zdrowy praworęczny miał oczywiście dużo z tym problemów, ale to mi patyczki wypadały, ułatwiając innym zabawę. To mi łapa potrafiła się zatrząść tak, że aż psułam cały układ. To ja musiałam się skupiać tak, że na chwilę mnie nie było.

Gra w bierki wymaga tego, czego nie mam: sprawności ręki, precyzji, logicznego myślenia, przestrzennego myślenia, koncentracji. I chyba dzięki temu jest idealna. Muszę do niej wrócić Czas odkurzyć patyczki, które nawet były mi przyjacielem w chwilach załamania ( ;

 

gra w bierki

Śpię i nie chcę żeby budzić mnie!

ucinamy sobie z koleżanką krótką drzemkę, podczas długiej podróży, zdjęcie oczywiście z czasów głęboko przedudarowych

ucinamy sobie z koleżanką krótką drzemkę, podczas długiej podróży, zdjęcie oczywiście z czasów głęboko przedudarowych

Nie minęło dużo czasu od udaru, kiedy moja przyjaciółka powiedziała, że trzeba przyznać, że od kilku lat mnie nie widziała wyspanej.

To prawda, po udarze spałam (i śpię dalej) bardzo dużo. Śpię jak nakarmione, przewinięte i ukołysane do snu dziecko, co jest dla mnie nowością – bo wcześniej męczyłam się wybudzaniem, po którym nie udawało mi się zasnąć. Przesypiam noce! W ciągu dnia drzemkuję! Rano dosypiam. Noc przesypiam!

Prawda jest taka, że po prostu mój układ nerwowy potrzebuje snu jak powietrza (albo wody), dużo bardziej niż u osób, które nie są 5/6-mózgami (lub 7/8 mózgami). Sen jest niezbędny do dobrej regeneracji. Pamiętam, jak na rehabilitacji, pani neurolog, kiedy przyszła ze mną porozmawiać, zobaczywszy, że śpię, machnęła ręką i powiedziała, żebym spała – a to jest coś! Powiedziała, że świeżo po udarze, muszę odsypiać.

To wieczne marudzenie rodziców „idź już spać”, „nie ma czytania”! Jest głęboko osadzone w pierwotnej ludowej wiedzy – do rozwoju, do zdrowienia też sen jest potrzebny. Choć każdy to wie od zawsze i próbuje się buntować, co i rusz potwierdzają to amerykańscy naukowcy. Choć to się wydaje dziwaczne – w końcu oddychamy, śnimy, wiercimy się – mózg też sobie odpoczywa podczas snu – jego aktywność spada (w tym artykule jest kilka  ciekawych informacji), szybciej się regeneruje i odpoczywa.

Poza tym – bardzo mi przykro to mówić, dziurawe mózgi udarowców, potrzebują więcej energii i pracy, żeby wykonać coś, co wcześniej przychodziło im bez problemu. Impulsy nerwowe wśród naszych neuronów muszą znaleźć sobie nową drogę, żeby czegoś dokonać. Ilustruję to w poniższym komiksie pt. Przygody jednego Impulsa;)

Przygody jednego Impulsa

Mamy prawo być senni, prawda?;)

Oczywiście, zwiększona potrzeba snu, może wynikać też z innych rzeczy, np. uszkodzenia ośrodków, odpowiedzialnych za regulację cyklu sen – czuwanie (tak czytałam), co działa w dwie w strony może powodować też bezsenność. Hipersomnia wg jakiegoś artykułu w internecie, może dotykać nawet 20% udarowców! I jeśli nabiera niepokojących rozmiarów, nawet się ją leczy.

Póki co, moim zdaniem, moje spanko nie przekracza zdrowych standardów, ale już męczy – kiedy doba jest o kilka godzin krótsza, jest naprawdę króciutka.

Po raz kolejny muszę zaznaczyć, że każdy udar jest inny;) i wcale nie jest regułą, że udarowiec śpi więcej – poznałam i bezsenników, którzy wymykali się nocami ze szpitala, żeby sobie zapalić i oglądali nocami TVP Kulturę, a w ciągu dnia wcale niczego nie odsypiali.

Dziś przesypiałam ból głowy, więc cieszę się, że udało się skończyć notkę przed północą. Dobrych snów!

 

PS Szanowni rodzice, jak znam życie, ten wpis może wam posłużyć jako narzędzie do zaganiania mnie do łóżka, ale spróbujcie tylko na mnie naciska, a się pogniewamy! ( ;

Przepraszam, czy tu karmia?

 

Sa szpitale, do ktorych powinni przyjmowac dopiero po tym, jak ktos napisze pisemne oswiadczenie, ze spodziewa sie codziennie odwiedzajacych z swieza dostawa jedzenia, bo jak na moj gust, nie da sie w nich przelknac niczego, nie narazajac sie na trwaly uszczerbek na zdrowiu (psychicznym?).

 

Na szczescie, zazwyczaj kuchnie sa po prostu niedobre lub zwykle-nierowne- to jest do przezycia. Zdarzaja sie jednak wyjatki od tej reguly, jak na przyklad w Konstancinie, gdzie karmili w miare smacznie (!!!), drugie dania udawalo mi sie czasem zjesc w calosci (zup w szpitalach nie jem programowo, i nie bede!). No, moze oprocz jednego dania – raz sprobowalam i zalowalam do konca. Kiedy widzialam w menu mieso mielone, po prostu nie wchodzilam na stolowke. Po co sie meczyc! Na pewno dodam kiedys zdjecie dania, teraz tablet odmawia wspolpracy. Przyjaciolka zobaczywszy ten cud gastronomii zapytala „co to za gruz?”. Przyznam, ze pytanie bylo jak najbardziej zasadne.

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze zawsze znajdzie sie ktos, komu zalezy, zebys zjadl obiad, i to najlepiej szpitalny, nie przyniesiony przez przyjaciol. To moze byc lekarz (rzadko), mama (musisz jesc, sprobuj chociaz lyzke zupy, proooooosze <smutna minka>), na oddzialach rehabilitacyjnych opiekun (opiekunka potrafila przygotowac mi kanapke z tego co zostawilam po sniadaniu i kazala wspolokatorkom pilnowac, czy na pewno zjadlam, pielegniarka, kuchenkowa… Kiedy odmawiasz wziecia obiadu, bo wiesz ze go nie ruszysz, zawsze beda gadac, a to ze na pewno jesz smieci, a to ze to jest zdrowe i nie za duzo, a to ze costam, a to ze cos innego. W zaleznosci od tego w jakim akurat jestem nastroju jest to zabawne lub wkurzajace, czesciej jednak wkurzajace. Na te okolicznoci przygotowalam kilka strategii, ktore pozwalaja przetrwac:

 

1. Uzycie klucza ‚u mnie w domu zawsze/nigdy…”. U mnie w domu na przyklad zazwyczaj sie nie je zup na obiad, samo drugie. Mimo ze to nieprawda. Kuchenkowej zawsze latwiej przyjac to, niz proste ‚nie chce, bo mnie brzydzi’.

2. Obserwowanie, co bedzie podane. Zazwyczaj na oddzialach wisi menu na dany dzien, albo da sie zobaczyc co dostaja pacjenci w pokojach wczesniej. Wtedy warto zrobic troche smutna, troche zaklopotana mine „chcialbym, ale nie moge” i krotko wytlumaczyc. Zauwazylam, ze od udaru nie sluza mi smazone/ mleczne dania i dobrze, ze akurat dzisiaj maz mi przyniosl lekki rosolek. Kolejne klamstwo, ale dobre.

3. Opcja ryzykancka – jemy to, co najbardziej jest zjadliwe, a reszte rozgrzebujemy. Moga to byc ziemniaczki, albo salatka, albo mieso . Wazne, zeby z talerza zniknelo duzo, niewazne czego.

4. Zwykle, umiejetne rozgrzebanie posilku. Zazwyczaj przejdzie, chociaz tu czesto marudza przy odbiorze talerzyka; Warto mieszac i chowac pod salatka mieso! Dzis tak zrobilam i jedyna kara byla dezaprobata przy odbiorze.

5. Na sniadaniach jesc chleb z maslem, jesli pasta/wedlina nie nadaja sie do spozycia. Na sniadania i kolacje jem tylko to. Wazne, zeby skibki zniknely z talerza. Jesli i tak spodziewamy sie komentarzy, mozna rozrzucic reszte po talerzu. Nikt nie bedzie sie doliczac mortadeli i nie bedzie ci robic kanapek ;) z ruszonego.

6. Niekiedy zwykle wytlumaczenie i niewziecie posilku, moze zdac egzamin. Ja czasem probuje, bo wiem ze jesli cos rozgrzebie, to pojdzie na smietnik, a tak moze sie nie zmarnuje, przynajmniej mam nadzieje.

 

Oczywiscie do zastosowania ktorejkolwiek strategii potrzeba pomocy z zewnatrz – albo kogos, kto nam doniesie posilek, albo barku, do ktorego mozna sie wybrac. Po udarze (w innych przypadkach pewnie tez) komorki naszych mozgow musza sie regenerowac i miec z czego odbudowywac, dlatego dobra dieta, picie i odpodczywanie sa bardzo wazne. Dzis piateczek, czyli pewnie rybka. Mam wieksze obawy niz zazwyczaj, bo wczoraj tez byla rybka. Ale juz wstepnie umowilam sie na obiad spoza szpitala, dlatego przetrwam.

Zazdroszcze troche osobom, ktore wydaja sie przystosowane do wyzwan wspolczesnej gastronomii szpitalnej i dzielnie radza sobie z posilkami. Moze to sa wlasnie ci, ktorzy maja zadatki na wspolczesnych herosow?

Przyczyny udaru: PFO

heartKiedy slysze moje ulubione udar? W takim mlodym wieku? Spiesze z szybka informacja o prawdopodobnej przyczynie tego wszystkiego. W moim przypadku bylo to prawdopodobnie (ech, niestety zaden udar nie wyjdzie ze mna na drinka i nie powie ‚sluuuuchaj, to wszystko przez antykoncepcje/nadwage/PFO’, wiec mowimy o prawdopodobnej przyczynie) PFO, czyli przetrwaly otwor owalny, nazywany przeze mnie dziura w sercu.

 

Jest to wlasnie taka dziura pomiedzy przedsionkami serca, ktora ma cala masa ludzi – wg moich lekarzy od 15 do 20% nas, a wg Internetu nawet 30%. Zostaje nam po zyciu plodowym, bo ‚niezarosniete’ przedsionki pomagaja nam oddychac do czasu, kiedy nasze pluca jeszcze nie dzialaja. Po narodzeniu, dziura zarasta, ale nie u wszystkich.

 

Kiedy skrzeplina przedostanie sie z prawego do lewego przedsionka serca, zamiast przeplynac caly organizm, rozpuscic sie gdzies, lub zatrzymac nawet na plucach, od razu jest wypychana prosto do mozgu, a mozg nie lubi skrzeplin i robimy ‚hyc o podloge’ i jesli mamy szczescie, ladujemy w szpitalu, a nie kostnicy.

 

Z zamykaniem PFO jest jednak problem. Jesli czyta to 100 osob, to 15-30 z nich statystycznie powinno miec swoja wlasna dziure i pewnie zadne z was o tym nie wie i nigdy nie bedzie potrzeby, zeby sie dowiadywalo. Wiec jesli ktos z czytelnikow pomysli sobie ‚dobrze wiedziec! Zrobie sobie badania w tym kierunku!’, faktycznie je zrobi i okaze sie ze ma PFO, nikt mu raczej na NFZ;p mu tego nie przeprowadzi, chyba ze wzgledu na to, ze system by padl, gdyby mial placic za te wszystkie zabiegi PFO…

 

Wskazania do zamkniecia sa chyba rozne, np. zamyka sie serducho, kiedy otwor jest bardzo duzy (z tego co wyczytalam – powyzej 10 mm) i na przyklad po DWUKROTNYM epizodzie udarowym. Wielu oburza to, ze trzeba 2 razy przez to przechodzic, zeby zostac zakwalifikowanym do zabiegu, mnie niespecjalnie, i to nawet mimo tego, ze moja dziura byla za duza na plytke, ktora mi wprowadzili lekarze i musieli uzyc wiekszej;) Kardiolodzy tu gdzie jestem mowia, ze to PFO bylo na 99% przyczyna tego wszystkiego, co oczywiscie nie zwalnia mnie z obowiazku dbania o siebie, dobrej diety, cwiczen, chudniecia, walki ze zlym cholesterolem, i tak dalej….

 

Ja mialam zamykane PFO przez ktoras z zyl, lekarze dostawali sie do serducha przez pachwine – czy to nie jest magiczne? Sam zabieg zamykania jest ‚nieskomplikowany, ale nie prostacki’ – lekarze jakos tak o nim powiedzieli, trwa okolo pol godziny. Jeszcze o nim na pewno napisze, ale tutaj nie ma sie czego bac.

 

Gorzej jest w przypadku badania, dzieki ktoremu dostrzegamy, czy nasza dziure. Podczas zwyklego echo serca, ktore robiono mi po moim ‚zemdleniu’ kilka lat temu, dopiero na tym przezprzelykowym (z kontrastem) okazalo sie, ze jestem dziurawa. Jeszcze napisze o tym badaniu, ale uwierzcie, jest duzo gorsze od samego zabiegu. Jednak warto bylo sie przemeczyc, teraz serducho mam zamkniete i jutro/pojutrze okaze sie, czy wszystko sie dobrze zarasta.

 

Dodam jeszcze, ze mam oczywiscie wielkie szczescie, ze zostalam szybko zdiagnozowana, zwlaszcza ze nie wszystkich bada sie tak dokladnie jak mnie – jestem mlodziutka i trafilam na swietna lekarke na udarowce. Jesli masz wsrod najblizszych kogos, zwlaszcza mlodego u kogo nie odkryto przyczyny udaru (lub sam go, drogi czytelniku, miales), warto bardziej sie wysilic, nawet prywatnie, i wykonac to badanie.

Ja po tym zabiegu spie odrobine spokojniej – wierze, ze to zamkniecie, zamknelo;) liczbe moich udarow w skonczonej liczbie 2.

 

Pozdrawiam z lozka w Szpitalu dzieciatka Jezus;) ( ;

 

Ps przepraszam za brak pl znakow, mam klawiature do tabletu, za ktora bardzo dziekuje Radkowi, ale ktorej jeszcze nie ogarniam

Ps2 za jakis czas dodam zdjecia, teraz posluchajcie najbardziej znanej piosenki o PFO – Prawy do lewego! ( ;

 

Udar mózgu: przyczyny mogą być różne

Poniżej wrzucam linki do wszystkich notek z cyklu:

(I) PFO 

(II) Fajki

(III) Migotanie przedsionków

(IV) Otyłość 

V) Wysokie ciśnienie 

(VI) Udar kryptogenny

(VII) Problemy hormonalne

(VIII) Toczeń

(IX) Rozwarstwienie tętnicy szyjnej

Wsiadaj bracie, dalej, hop!

Jeszcze pół roku temu uwielbiałam jeździć samochodem. Lubiłam nawet długie, dla wielu ludzi męczące podróże, lubiłam prowadzić auto i być wożoną:) Lubiłam czytać w podróży, obserwować krajobrazy, po prostu jechać Nie byłam rajdowcem, ale zwykłym, porządnym kierowcą, który jeździ pewnie (parkuje z dużą niepewnością). Nigdy nie było tak, że wracałam do domu i w ogóle nie jeździłam. A tutaj… Już kolejny miesiąc siedzę w Szczecinie, a na myśl o aucie wzdrygam się potężnie, bo przyjemności jazdy nie mam w ogóle z dwóch powodów:

Po pierwsze, sama (prowadząc) nie pojadę dalej niż do najbliższego sklepu, a i to zazwyczaj z duszą na ramieniu. Wynika to z wielkich problemów z koncentracją i podzielnością uwagi. Nie boję się o siebie, tylko że ktoś wyjdzie mi na drogę, a ja, nie zdążę go zauważyć, rozbiję sobie  (rodzicom) auto, a jemu głowę. To naprawdę paraliżujące i szczerze mówiąc nie wiem, jak to wyćwiczyć. Trochę gram w gry, żeby ćwiczyć podzielność uwagi, ale każdy kto się przesiadał z Need for speed do prawdziwego auta wie, że to nie to samo. Przy jeździe na rowerze jest podobnie. Nie wypuszczam się na ulice miasta, bo w sytuacjach, w których w zasięgu wzroku jest kilku użytkowników drogi, nie mogę mieć pewności, że zareaguję tak, jak ktoś zdrowy, kto umie jeździć na rowerze. To, że czasami z trudem trzymam równowagę, to zupełnie inna kwestia.

Po drugie, kiedy jestem pasażerem, zawsze, ale to zawsze, łapią mnie nudności. Mniejsze i bardziej dotkliwe. Niezależnie od tego, czy zaglądam do telefonu, czy próbuję patrzeć w punkt na linii horyzontu, jest źle. Gdyby to mijało zaraz po wyjściu z auta, byłoby pięknie. Czasem nie mija. Czasem trzyma mnie po kilka dni, w czasie których mogę jedynie leżeć i jęczeć, a moja dieta ogranicza się do sucharków i rumianku. Na to nie pomagają aviomariny, herbatki z imbirem i inne takie. To jest koszmarne. Jak mdłości są mniejsze, nawet po mnie nie widać, nie marudzę, ale każdy wie jak jest. Tylko babcia zawsze pyta, czy miałam mdłości. I zawsze się dziwi, że jednak miałam. Co na to neurologowie? Moja neuro powiedziała, że nie nazwalaby tego chorobą lokomocyjną, a inni nie wiedzą co powiedzieć, oprócz tego że tak to może być po udarze. No szpiedzy donoszą, że nie jestem jedyna na świecie z takim dumnym problemem.

W obydwu przypadkach mam nadzieję, że czas leczy dziury (w mózgu) i będę mogła jeszcze jeździć bez bólu i strachu. Pozdrawiam z trasy szczecin-torun-warszawa, guma złapała nad jechać w domu, mdłości poczekamy aż będziemy 20 m za chata.

 

Co zabrać ze sobą do szpitala?

hospital bedKiedy masz udar, raczej nie spakujesz sobie torby, żeby mieć wszystko, co najpotrzebniejsze pod ręką, ale do kolejnych pobytów, rehabilitacji i badań, możesz się przygotować. Ja zawsze biorę za dużo, ale teraz nie popełnię tego błędu. Z pobytu w Konstancinie wracałam  pełną torebką, dwoma plecakami i torbą podróżną. Aż dziw, że gdzieś to pomieściłam. Tylko że tam każdy pacjent miał swoją małą szafę. Nie w każdym szpitalu mamy ten komfort.

Niezbędnik: na każdy, nawet krótki pobyt, należy zabrać:

1. Sztućce! – minimum nóż, widelec, łyżka, łyżeczka też się przydaje, jak się samemu robi herbatkę. Czasem (chyba coraz rzadziej) na oddziałach mają sztućce, ale bywa tak, że jednego dnia starczy dla ciebie noża, a następnego nagle wszystkie znikają. To pacjenci kradną/chowają sztućce. Swoich też trzeba pilnować, lubią „zostać pożyczone”.

2. Kubek – są oddziały, na których herbatkę/kompot wlewają do kubków pacjentów i nie ma zmiłuj. Tak było na drugiej rehabilitacji.

3. Papier toaletowy – z tym różnie bywa. Na odnowionym, ślicznym oddziale kardiologii, na którym leżałam, programowo nie było papieru toaletowego, a z kolei na obydwu rehabilitacjach nie było z tym problemu. Tylko że czasem w weekendy papier znikał. Też przypuszczam, że niektórym pacjentom, mogło go brakować;

4. Pidżamka i ze dwie zmiany bielizny – nawet jeśli to ma być jedna noc, zawsze może coś wypaść „po drodze” i zamiast w piątek, wyjdziesz w poniedziałek;

5. Długopis/pisak – do podpisywania jedzenia, czasem dokumentów, do testów, na rehabilitacji neurologicznej też do rozwiązywania zadań domowych…

6. Zwykłe przybory do higieny w wersji minimum – jak najmniej!

7. Klapki

8. Dokumentacja medyczna (najlepiej ksero) – nawet chirurg leczący twoje hemoroidy będzie chciał zajrzeć do ostatniego wypisu ze szpitala, w szpitalu na sto procent upomną się o wszystko, co już się nazbierało.

9. Dowód osobisty!!!

10. Telefon z ładowarką

11. ręczniczek

12. Woda mineralna

Na dłużej:

13. dwuzłotówki ratujące życie – jeśli chcesz się napić kawy z automatu/kupić coś w kiosku/obejrzeć coś w TV szpitalnej… W ostatnim szpitalu w jakim byłam niestety telewizory były na salach, działały tylko na dwuzłotówki. Wieczorami korytarze zapełniały się kobietami w szlafrokach, które niczym zombie przemierzały kilometry z drobniakami w dłoni, szukając kogoś, kto im zamieni ich garść na dwie dwuzłotówy;

14. Przedłużacz – jeśli masz do naładowania coś więcej, niż telefon, przedłużacz ratuje życie.

15. Coś do rozrywki – jeśli masz taką możliwość, zamiast miliona książek i laptopów, radzę wziąć tablet. Jeśli nie, weź sobie jedną książkę i jedną gazetę; Jak się skończy, wymienisz się z kimś.

16. Materiałowa torebka – nie mając pewności, czy na danym oddziale zdarzają się kradzieże, warto, wychodząc na badania/do toalety/gdziekolwiek – włożyć wszystkie precjoza do torebki i nosić ze sobą. Nie chcę wzbudzać w nikim poczucia, że zło czai się wszędzie, mi w szpitalu zginął tylko balsam do ciała i myślę, że któraś z moich współlokatorek po prostu go przez pomyłkę zapakowała ze sobą, ale z tego co słyszałam, kradzieże się zdarzają;

17. Herbata/kawa – na oddziałach zazwyczaj można sobie zrobić herbatkę czy kawkę (zazwyczaj są też lodówki. Uwaga! – żarcie trzeba podpisywać, sanepid wymaga podobno, można się zdziwić, kiedy nagle zniknie nam mleko…)

Kiedy masz wrażenie, że jesteś tu na dożywociu, nie ma świata poza szpitalem i nigdy już zobaczysz świata za murem

18. Balsam do ciała – w szpitalu skóra robi się sucha i szorstka jak pergamin. Nie polecam;

19. Zatyczki do uszu – dorośli chrapią. Jeśli nie chrapią, to pochrapują. Jeśli nie pochrapują, to sapią tak, jakby chcieli. Zatyczki się przydają, serio.

20. należy dobrze przemyśleć sobie ubrania – jeśli ktoś nad odwiedza – pakujemy się inaczej, jeśli nie – inaczej, jeśli idziemy do szpitala na rehabilitację miesięczną, to nawet jeśli ktoś nad odwiedza 2 razy w tygodniu, trudno uniknąć drobnej przepierki.

Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, na pewno wyedytuję wpis;)

 

Ach ta pupa niemowlaka

toilet paperWśród wielu szoków, które czekają na pacjenta udarówki, czeka wsadzenie jego własnego, starego zada w pampers. Na początku „na wszelki wypadek”, bo i tak masz cewnik, potem z konieczności. Chwila, w której w końcu okazuje się, że nie ma wielkiego strachu o to, czy narobisz w białą szpitalną pościel i w końcu wydostajesz się z pampersa, wydaje się być powrotem do pełnego zdrowia.

Z tego co pamiętam początkowo nawet mi nie przeszkadzał, ale wtedy bolało, poza tym skupiałam się na tym, żeby nie wyrwać sobie cewnika. Potem, kiedy dochodziła świadomość, że w razie potrzeby, będzie się robić pod siebie, była paraliżująca. Nie ma wyjścia, żeby to przetrzymać, nie wiadomo, kiedy wyjdziesz z tej sali, gdzie jesteś połączony z „centrum ratowania życia” kabelkami, monitorami, i całą tą elektroniką, nie ma opcji, żeby się nie posikać do tego cholernego pampersa, w końcu tłoczą w ciebie całymi dniami litry wody.

A tu niespodzianka! Kiedy w końcu przyszedł i na mnie czas, chciałam i nie mogłam. Męczyłam się pół dnia, próbowałam, niezależnie o tego, czy obok stali goście, czy nie, w końcu – przepraszam za to – udało się, kiedy ktoś siedział jakiś centymetr ode mnie i szybko pobiegł po pielęgniarkę, żeby mnie przewinęła.

To był dla mnie wielki szok. Wylewałam z siebie łzy pół nachodzącej nocy, przeszkadzając na pewno leżącej obok siostrze zakonnej, kiedy musiałam siku po raz drugi, czułam się podle, zwłaszcza że długo zwracałam na siebie uwagę pielęgniarek. Kiedy przyszły, żeby mnie przewinąć, rozryczałam się straszliwie, łykając łezki przepraszałam je, że muszą to robić, że to moja wina, że to wstyd, że przepraszam, że połamią sobie na mnie kręgosłupy, że przepaszam, że wstyd mi za to, że jestem taka słaba, że się wstydzę, że naprawdę nie mogłam wstać i iść do toalety, że przepraszam, przepraszam, przepraszaaaaaaaaaam.

I wtedy młodziutka, śliczna pielęgniarka, pani Kasia, złotowłosy anioł, uspokoiła mnie skutecznie i przysięgam, że jak się udało, widziałam wokół niej złotą aureolę i wierzyłam, że oddala się nie do dyżurki pielęgniarek, a na swój tron królowej miłosiernej.

Nie mówiła jakichś superodkrywczych rzeczy, powiedziała po prostu, że to jej praca, że jest przeszkolona do podnoszenia w dwie osoby nawet do osób większych ode mnie. I że nie ma się czego wstydzić, bo wszyscy jesteśmy tacy sami. Gdzieś w oddali wtórowała przezabawna salowa, która zaczynała liczyć, ile widziały w życiu gołych bab i facetów i ile „pamperów” zmieniła.

Po tym zasnęłam jak niemowlę, a rano, też jak niemowlę, obudziłam się zlana.

Ta noc diametralnie zmieniła moje patrzenie na fizjologię. Przewijanie jest niekomfortowe i dalej było kłopotliwe, ale już nie do przesady i z bardziej racjonalnych powodów, ale uświadomiłam sobie, że fizjologię każdy ma taką samą i każdy ma takie czy inne ciało. W czasie tych kilku miesięcy tyle osób widziało mnie nagą i pomagało w bardzo intymnych czynnościach, że już nie widzę problemu w żadnej nagości i tym, że ludzkie ciała funkcjonują tak, jak funkcjonują. U lekarzy, przy badaniach jest mi dużo łatwiej niż wcześniej.

Oczywiście, wszystko zależy od tego, na jakich opiekunów trafisz na początku. Jak patrzyłam na pielęgniarki w innym szpitalu, które wydzierały się na starszą i bardzo schorowaną panią, za to, że za często i za dużo sika, i wyliczały jej ile wypiła, to nóż w kieszeni mi się otwierał. Widziałam takich sytuacji kilka i wiem już, z czego może wynikać zła opinia o polskiej służbie zdrowia. Gdyby ktoś tak ze mną zrobił. to pewnie potem żałowałabym, że nie wydrapałam oka.

Mimo że moje pielęgniarki były cudowne, coś z traumy jednak mi zostało – dopiero ostatnio przestałam sprowadzać każdą rozmowę na pampersy ( ;

PS

Tzw. „dwójki’ nie było u mnie bardzo długo. Mój brat ostatnio wspominał, jak byłam w toalecie i przez drzwi krzyczałam z radością „Radek! Zrobiłam kupę!”:)

zależność, o nie!

left handUdar przychodzi niezapowiedziany i wybiera sobie łupy z najcenniejszych rzeczy, które masz. Bez wysiłku zabiera zdrowie, głos, sprawność, pracę, aktywność, radość, karier, a nawet życie. Do katalogu można dodać mnóstwo cennych wartości.

Ja uświadomiłam sobie dobitnie stratę pierwszej z nich, kiedy zapytałam się po raz pierwszy mojej pani doktor ile będę w szpitalu i ile się leczy to wszystko. Okazało się, że straciłam całą niezależność, którą z niemałym wysiłkiem budowałam przez wiele miesięcy. Nie chodziło tylko o to, że nagle zaczęto mnie przewijać i że początkowo ciężko mi się jadło bez pomocy, nie chodziło tylko o finanse, ale o całą bytowość i o zależność psychiczną. Dopóki nie chce ci się jeść, odpychasz od siebie tę myśl, ale potem jesteś głodny, a nie możesz przełknąć szpitalnego i bez pomocy mamusi/tatusia/przyjaciela nic na to nie poradzisz. A kiedy uświadamiasz sobie, że nawet jeśli szybko wyjdziesz ze szpitala, twoja praca wcale nie będzie na ciebie czekać (hip-hip-umowy zlecenie!), wiesz, że bez pomocnej dłoni mamusi rzeczywistość cię przerośnie.

Owinięty mięciutkim kokonem z dobrych chęci, przysług, wyręk i dobrych gestów, tracisz powolutku wolę dążenia do niezależności, bo wiesz, że jest  ciężko i przez jakiś czas nie będzie łatwiej. I wiesz, że mama chce cię mieć na oku z troski. I godzisz się na to, bo tygodniami patrzyłeś na ukrywany ból/niepokój mamy, taty, brata,kolejnych przyjaciół i wiesz, że już przysporzyłeś im stresu i wszyscy będą się czuli pewniej,jeśli będziesz się rehabilitował w domu.

Pewnego dnia przeprowadzka z Warszawy do domu rodziców w Szczecinie przestaje być przedmiotem sporu, bez entuzjazmu przyjmujesz jej konieczność. W końcu podejmujesz decyzję o podnajęciu swojego pokoju w Warszawie i powoli wpuszczasz młode pędy w brązową kanapę przed dużym telewizorem, którego i tak nie oglądasz. W końcu coraz rzadziej snujesz plany wyjazdów, już nie gadasz na okrągło, że w tym roku koniecznie chcesz zobaczyć Północną Jutlandię.

I to nie tylko dlatego, że przecież nie do końca czujesz się na siłach podjąć na nowo życie w pełnym wymiarze, ale też dlatego, że się na nowo uzależniłeś. I tylko twoja ciężka praca, rehabilitacja i codzienne układanie tego wszystkiego w głowie na nowo, może pomóc w zdobyciu na nowo niezależności.

To wszystko jest bardzo ciężkie, ale w sytuacji,w której nie panujesz ani nad ręką, ani nad mdłościami, ani nad swoim życiem, im szybciej się pogodzisz z tym, że (miejmy nadzieję) czasowo straciłeś swoją autonomię, będzie ci łatwiej. Tutaj trzeba zrozumieć przede wszystkim, że to nie wstyd – dopadła cię straszna choroba i nie ma wstydu w tym, że to mama albo partner zaniosą jakiś druczek do ZUSu. Czułam się winna tego, że wszyscy, nie dość, że się o mnie martwią, to jeszcze załatwiają wszystkie – bez wyjątku – moje sprawy. W końcu przyjaciółki jakoś mnie ustawiły odpowiednio i nie mam koszmarnego poczucia winy.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest uniwersalne doświadczenie, że piszę z perspektywy 26-latki, ale wiem, że większość udarowców potrzebuje przynajmniej przez jakiś czas pomocy i opieki, co może łączyć się z poczuciem winy czy utraty niezależności. Rozumiem i chorych, i opiekunów. Wiem, że ten wpis wygląda strasznie negatywnie, ale chcę podkreślić, że nie czuję się osaczona ani nic – mamo, tato, nie martwcie się! Po prostu tak musiało być, wiecie jaka jestem i nie mogłam się inaczej czuć. Już jest ok, a jak znowu wam z gniazda wyfrunę, to łezki będą nam kapać z nosów.

 

PS

spójrzcie na szpitalną izbę przyjęć. mało kto tam siedzi sam. taka jest chyba natura rzeczy. jak się psujemy, inni po prostu pomagają nam się poskładać do kupy.