Pływanie po udarze mózgu

swimming in oman

jedno z najpiękniejszych miejsc w których pływałam – i muszę wrócić do formy żeby tam wrócić jak najszybciej ( ; zdjęcie tego nie odda…

Mnóstwo osób mówiło mi o korzyściach pływania w rehabilitacji, niektórzy rzucali nawet konkretami, których nie mogę sprawdzić, bo nie pamiętam żadnego argumentu naukowo-praktycznego  pływaniem – ach te dziury w mózgu!:) google nie zwraca żadnych ciekawych wyników na frazy typu pływanie po udarze mózgu

Ja jednak sama widzę korzyści płynące z pływania ( ; – zatem je wyliczę.

1. pływanie doskonale rozluźnia – co jest dobre dla spastycznej łapy (mojej). jeśli się nie przesadzi, oczywiście. Jak ostatnio przepłynęłam 2 km, to następnego dnia byłam jedną bolącą kulką goryczy i stanowiłam przeciwieństwo rozluźnienia. Jednak zwykle leniwe 40 min w basenie jest dobrym rozluźniaczem.

2. pływanie poprawia koordynację – a sami wiecie, że tej u udarowca jest jak na lekarstwo. Prawa, lewa, a nóżki chlap chlap chlap. Bajka rehabilitanta.

3. pływanie wzmacnia lewą rękę. i prawą rękę. i każdą kończynę jaką mamy. ale trudno przy nim przesadzić. Moje doświadczenie jest potwierdzeniem tej tezy – po pierwszych wycieczkach na basen (jeszcze w Konstancinie) bolała mnie prawa ręka. Podświadomie odpuszczałam lewej, ale wciąż nią pracowałam. Potem się czułam z tym dziwnie i skarżyłam się na bezsensowność swoich ćwiczeń. W końcu zrozumiałam, że tak jest lepiej.

4. Pływanie synchronizuje dwie półkule mózgu – nie wiem dlaczego i jak, ale kołacze mi się w głowie, że ktoś mi to powiedział;)

5. Pływanie oczyszcza mózg z wielu uporczywych myśli – każdy udarowiec będzie wiedział, jakie to jest cenne.

Ja mam dziwny stosunek do tego wszystkiego, ale znowu zaczynam lubić wodę. Dlaczego? Za gówniarza byłam pływaczką wyczynową, tygodniowo przepływaliśmy dziesiątki kilometrów. Po rzuceniu ‚karierki’ pływaka, ten sport pozostał u mnie w sferze miłości, hobby pielęgnowanego na tyle, żeby móc bez zawahania zawsze powiedzieć, że ‚świetnie pływam’. Plus uwielbiałam wodę – pytajcie moich rodziców lub dziadków, jak im szło wyciąganie mnie z jezior:)

A po udarze, kiedy dostałam pozwolenie na basen (nie jacuzzi) nagle odległości przepływane przeze mnie spadły przynajmniej o połowę, techniki na szczęście nie widzę( ; Oczywiście czarna rozpacz. Straciłam nawet pływanie. Koleżanka z klubu i szkoły jest w tym Konstancinie trenerką. Proponowała płetwy, żeby sobie przyspieszyć tempo, wówczas nie czułabym się jak ślimaczek, ale podziękowałam. Argumenty na nie przeważyły te na tak. Wtedy. teraz nie wiem dlaczego.

I chodziłam dalej już w Szczecinie (wychodzi mi min. 1, max kilka razy w tygodniu) raczej z poczucia obowiązku niż z przyjemności. Raczej z chęci pokonania triathlonu niż chęci rehabilitacji. Ale nie tak dawno temu znowu zaczęłam odczuwać przyjemność z pływania. Zwłaszcza wtedy, kiedy się zapominam i w głowie brzmi mi jakaś rytmiczna piosenka, jak poniższa.

I muszę powiedzieć, że wt-pt które spędziłam nad jeziorem, gdzie wake’owałam i windsurfowałam, a dla kondycji i rozluźnienia pluskałam się w wodzie i pływałam, czułam się jak kiedyś. Każdy wymęczony fikołek czy głębszy nur, słońce nad oczami i pauza na zorientowanie się, gdzie się płynie, sprawiały mi strasznie dużą przyjemność (oczywiście gdy już pokonałam wrodzonego lenia).

Wiem oczywiście, że nie każdego można wpuścić do wody, bo nie każdy sobie w niej poradzi, ale widziałam udarowców, którzy spędzali sobie czas na schodkach prowadzących. Uwierzcie, że nie byli tam, żeby gubić kilogramy – po prostu ich lekarz&rehabilitanci uznali, że gdzieś tu jest korzyść. Choćby w tym rozluźnieniu ciała:)

 

Wytrąconam z równowagi – jestem mistrzem!

O równowadze napiszę pewnie jeszcze milion notek, ale generalnie u mnie to wyglądało tak – odkąd nauczyłam się stać,  coraz lepiej ja trzymałam. Najpierw  trzymasz ją siedząc, stojąc, potem chodząc z balkonikiem, potem udaje co się przejść kilka kroków samodzielnie… Teraz, jak to nazywamy z panią Magdą, mam problemy na grząskim (lub jeśli jestem bardzo zmęczona) – więc zwykłe chodzenie nie jest mi wyzwaniem. Każda ma rowerze jest.  Rolki – są,  chodzenie po piachu – jest, schody – są. Ale, jak to mówią no risk no fun*, więc pojechałam na wczasy, na których ćwiczę

1.Samozaparcie,

2. Równowagę.

Powiem wam że jest dużo lepiej z samozaparcie, niż z równowagą, dlatego mam pewne sukcesy. Tadam!

Jestem w niebie! I jestem mistrzem! #wakeboard #wakeboarding #lewaczkapl

A post shared by kasia (@sfizohremja) on

Wakeboard jest rzeczą która została stworzona dla mnie – tak myślałam do chwili, w której próbowałam zawrócić.  Nie udało mi się jeszcze (tacie się udało :((( gratuluję!). Równowagę trzymałam nieźle.

Za to na windsurfingu

Było gorzej.  5/6 czasu spędziłam ciągnąc za sobą deskę  i odpływając od trzcin. O żadnym zwrocie nie było mowy, bo przy każdej próbie zmiany ułożenia stóp natychmiast zaliczałam wywrotkę. Wdrapywamie się na deskę z moimi ultrasłabymi mięśniami zajmowało mi mnóstwo czasu,  łapanie równowagi rzadko kończyło się złapaniem jej, najczęściej kończyło się wywrotką. Na kilka dni spędzonych w wodzie udało mi się przepłynąć kilka minut – i to był naprawdę wielki sukces.  Na mistrzostwach świata udarowców zajmuję pierwsze miejsce w samozaparciu!

Mięśnie oczywiście mnie bolą wszystkie ( ok, prostownik kciuka nie), a jutro planuję powtórkę :) może uda się zwrócić na tym wake’u, może coś zdziałam  ma windsurfingu:) dla mnie to jest istotą rehabilitacji – powtarzać coś tyle razy, aż mięśnie + mózg się nauczą, a potem powtarzać to tyle razy, aż porządnie zapamiętują.

Tu oczywiście mam mnóstwo dobrej zabawy, chociaż że że zmęczenia byłam blisko do zadławienia się wodą…

Oczywiście obie deski są dla mnie za trudne – trochę ćwiczę równowagę i idzie do przodu.  Rolki też są za trudne.  Rower na początku też był za trudny a teraz jakoś jedzie… Może to jest dobry system dla ‚ambitnych’ – wybierać cele osiągalne, ale nierealne z racjonalnego punktu widzenia? Kto nie otworzy serca, nie dostanie widelca.

Ale okazuje się, że żeby wrócić na deskę, trzeba mi było udaru (( ;

Ps Oczywiście wpis jest bezczelnym chwaleniem, ale jestem z siebie bardzo, bardzo dumna,więc się chwalę.

Ps 2 Słoneczko przygrzało, mimo filtrów 50 wielokrotnie aplikowanych, jestem cała poparzona i swędzi cały dzień  i jestem rączek nieboraczek.

 

Nuda… Nic sie nie dzieje.

 W beautiful chairKonstancinie leżałam na jednej sali z panią Tereską. Pani Tereska była chyba z daleka, rodzina nie odwiedzała jej zbyt często. Pani Tereska, kiedy nie miała zajęć, patrzyła w telewizor, albo – częściej – patrzyła w ścianę.  Po kilku dniach odważyłam się zapytać ją, czy przypadkiem się jej nie nudzi.

– Bardzo – odpowiedziała. Problem w tym, że nie czułam się na siłach z nią ‚rozmawiać’,ja mówiłam gorzej niż teraz, a ona ledwie zaczynała na nowo składać słowa.

– Chce może pani przejrzeć gazety? – Zapytałam, a pani Tereska po raz -pierwszy jak ją znałam się uśmiechnęła. Nieśmiało przeczuciła ‚Politykę’ i wpadłam na genialny pomysł: a może woli pani gazetę o gwiazdach?  – o gwiazdach!  – pani Tereska uśmiechnęła się pi raz drugi i być może wypowiedziała jedno z pierwszych słów ‚po’. Kupiłam jej Gwiazdy czy jakieś inne Party i po raz pierwszy zobaczyłam panią Tereskę nie znudzona. Przejrzała gazetę i jak wielki skarb ułożyła na swojej półeczce.

Po kilku dniach poszedł do mnie syn pani Tereski i podziękował, że kupiłam mamie gazetę, ale niepotrzebnie, bo mama nie czyta.

MAMA NIE CZYTA.

Byłam w szoku. Nawet nie dlatego, że pani Tereska nie czytała, ale przez tę radość z obrazków. Dotarło do mnie ze nuda osoby po udarze może być większa niż mogę to sobie wyobrazić.

Kilka razy czytałam newsy na głos, żeby pani Tereska mogła posłuchać. I wtedy zrozumiałam to, jaką sensacje robiłam, kiedy czytałam na głos na korytarzu. Połowa osób, które mnie podsluchiwały, po prostu szukała jakiejkolwiek rozrywki,dokładnie tak jak ja. 

Zgaduje, że przy wielu innych chorobach, czas spędzony w szpitalu byłby pretekstem do nadrobienia zaległości w lekturach, w filmach, a przy udarze w wielu przypadkach czytanie jeśli jest możliwe, stanowi ćwiczenie tak ciężkie, jak sparing z Pudzianem. Filmy ogląda się na raty, albo trzeba do nich wracać, bo uwaga gubi się gdzieś po drodze.  Poza tym życie jest codziennie takie samo.  Nie zaskoczy cie korek w drodze do pracy, upierdliwy klient, nie pójdziesz po robocie do pubu ze znajomymi, twoje życie jest przewidywalne do bólu i nudne.

Mi też się nudzi, mimo że cały czas jestem zajęta – a to ćwiczę, a to się uczę, a to sprzątam, a to pisze bloga. Jedyną ucieczką od rutyny są znajomi, którzy lubią grillować i grać w gry – i tak samo było w szpitalu, goście byli skutecznymi ogdaniaczami nudy (choć to pewnie działało w jedną stronę – zwłaszcza kiedy zasypiałam w czasie wizyty;p)

Udarowcom się nudzi. A przynajmniej części z nich.  A jeśli myślisz że przesadzam, pomyśl sobie, że nagle przestajesz robić to, co robisz na co dzień, kilka miesięcy spędzasz w szpitalu, a potem zamiast do swojego zwykłego życia w biegu, wracasz do domu. Przy którym słowie się zanudziłeś?

o depresji poudarowej

 

 

 

 

brainOstatnio któryś z polubionych przeze mnie fanpejdży zaatakował mnie infografiką wg której na depresję poudarową cierpi 1/3 z tych co przeżyli udar.

Znacie jakieś statystyki dotyczące depresji u ‚nieudarowców’? Ostatnio czytałam, że podobno 1 osoba na 6 w ciągu życia jej w jakimś momencie doświadczy, a przeważnie 1 osoba na 20 na nią cierpi*. To dużo, a po udarze jeszcze więcej.

Ja sama miałam raz konsultację psychiatryczną, ale o psychoterapii na oddziale udarowym nie ma mowy. Moja konsultacja nie wynikała z tego, że rutynowo przepytywano wszystkich neurologicznych, niestety, lecz z tego, że już wcześniej byłam pod opieką lekarza psychiatry i moja dr prowadząca chciała się upewnić, czy na pewno ma mi dawać niektóre lekarstwa.

Dodajmy do tego, że osoba z nieleczoną depresją jest przeważnie bardziej zobojętniała, apatyczna, drażliwa, nic się jej nie chce, nie ma wiary w powodzenie swoich akcji, widzi świat w czarnych barwach i negatywnie patrzy w przyszłość. Dodajmy do tego fakt, że wielka część Polaków, wierzy, że psychiatrzy to szarlatani-naciągacze, a depresja to wymysł bogatych ludzi sukcesu, nie prawdziwa choroba… i jak to dodamy, zapytajmy jak rehabilitować udarowców, którzy przechodzą poudarową depresję i jak się takimi osobami opiekować.

Nawet Zachodnie strony przyznają, że poudarowa depresja jest niedodiagnozowana i stanowi poważną przeszkodę w leczeniu. Jeśli jest tak w świecie, który nie zamiata tego problemu pod dywan i na wielu stronach dla tych, co przeszli udar i ich opiekunów znajdują się strony informacyjne takie jak ta, jak źle musi być u nas?

Jedna z moich rehabilitantek powiedziała, że chciałaby, żeby u niej na oddziale rehabilitacyjnym pracował etatowo psychoterapeuta i psychiatra, bo ci co się rehabilitują, często sobie sami nie radzą ze swoimi emocjami. Ja się z tym zgadzam w 100% – bo naprawdę ciężko jest samodzielnie przepracować chorobę czy kalectwo. A depresja hamuje zdrowienie i generalnie jest samym złem.

Nam cały czas brakuje przykładów osób, które wyszły z udaru i powróciły do normy mniej więcej. Gdybyśmy mieli przed oczami takiego Bogusława Kaczyńskiego, który po udarze wrócił do pracy w radio, wiedzielibyśmy do czego dążymy. Tymczasem słuchamy tylko o kalectwie i ograniczeniach życia, podczas gdy anglojęzyczne strony ociekają pozytywną energią ocaleńców udarowych, którzy dzielą się przykładem i swoim dobrym duchem.

Ja dalej miewam dni, w których wszystko wydaje mi się bez sensu, wydaje mi się, że ćwiczenie nic już nie poprawi, kiedy rzucam w eter najgłupsze pytanie świata: ‚dlaczego ja’, dalej miewam dni, kiedy kulę się w łóżku i chcę zniknąć, pomstuję na los i złorzeczę mu bardzo. Na szczęście te gorsze godziny nie utrzymują się bardzo długo i zamiast patrzeć w ścianę, biorę się do pracy z energią, po której byście nie poznali mojego wcześniejszego załamania. Nie pogodziłam się ze swoim udarem do końca, ale też nie jestem jęczybułą i wiem, że jeśli nie będę pracować, będę potrzebowała opiekunów, a jestem samodzielna.

Na szczęście udar nie pogłębił moich wcześniejszych problemów, ale ich też nie wyleczył. Taka stała jest całkiem niezła. Mam nadzieję że będzie tylko lepiej.

 

*ponieważ w różnych źródłach są różne dane, polecam wygooglowanie źródeł samodzielnie.

 

no weź się tato!

tataMojego tatę mój udar prawie zdruzgotał (mamę też, tylko mama to twardzielka) Wiatr przywiał mi szepty, że gadał, że gdybym umarła, to on też by umarł.

Na szczęście oboje żyjemy – tato, pozdrawiam!

Kiedy nie potrafiłam nic, a były święta, mimo protestów wymachiwał mi rękoma i nogami, żeby mój mózg nie zapomniał, że kończyny się ruszają – dzięki temu jestem teraz dość sprawna.

Kiedy już przestałam walczyć o życie, a zaczęłam o zdrowie, zamienił się w nieugiętego kapo. To on mi kazał czytać na głos (jak to przeczyta, zaprzeczy. Powie że prosił. Tato, to nie była prośba, uwierz), ściskać różne piłeczki, czytać, siedzieć, ćwiczyć różne rzeczy… Jeździł do Warszawy na zmianę z mamą i często mnie wkurzał – bo chory, czy niechory, zmęczony, czy niezmęczony siedział u mnie całymi dniami, nawet wtedy, kiedy on powinien był odpocząć, albo ja chciałam samotności. A on najdalej oddalał się na korytarz, do baru w ostateczności. Musiałam mu powtarzać każde słowo lekarza lub rehabilitanta… i tak w kółko. Kapo to kapo, był mi nim, kiedy sama nie wiedziałam, że bez ćwiczenia będę kaleką. I w tym byciem kapo objawiała się – i objawia cała ojcowska troska.

Do tej pory mnie mobilizuje, kiedy mi się nie chce, podrzuca mi pomysły, kiedy ich nie mam, dopytuje mnie jak mi idzie, kupuje sprzęt sportowy, kiedy trzeba, namawia, martwi się strasznie. Z takim tatą, trochę upierdliwym czasem (tak tak) nie ma opcji, żebym nie doszła do siebie. Potrafi nawet, wzbudzając mieszankę współczucia i poczucia winy, wyciągnąć mnie na rower wieczorem! Czasem używa podstępów, ale nie powiem jakich, niech myśli, że ich nie przejrzałam.

Tata jest też od rozpieszczania. W szpitalu, kiedy była jego warta, codziennie rano dostawałam prozdrowotnego milk-shake’a, ostatnio trochę się obija i nie zawsze robi, ale w domu przeważnie też. To on mi kupował kaczora donalda i bez problemu stawiał obiadki w Konstancinie (mama też, ale z oporami;p). Tata doprowadził moje stopy do stanu używalności – robił im kąpiele w rumianku i siemieniu lnianym, żeby potem trzeć każdą stópkę przez godzinę (miałam tragiczne skorupy zamiast stóp od szpitalnej pościeli chyba). Sam to znalazł w necie. Póki co odmówił mi lotu na paralotni i skoku ze spadochronem.

Każdy kto ma udar, powinien mieć taką osobę koło siebie. Serio. Wiem, że tata (jak i mama), dla mnie i brata, rzuciłby wszystko, żeby nas ratować. Jedna uwaga – tato, nie musisz łapać mnie za kolanko w czasie jazdy samochodem! Ja mam trochę czucia, nie musisz sprawdzać:)

Dziękuję wam (tobie, mamie i Radziowi) za wszystko.

PS. żeby nie było zbyt słodko, powiem, że tata, choć pracuje bardzo dużo,  jest wielkim leniuchem. Często na mnie przerzuca, to co sam powinien był zrobić – zarówno jeśli chodzi o sport, jak i o obowiązki. Niech to lenistwo zobrazuje nasza rozmowa. Woła mnie do pokoju.

ja: no co?

tata: podaj mi pilota [do telewizora]

ja (wkurzona): przecież leży obok ciebie.

tata: musiałbym użyć kręgosłupa…

[kurtyna]

PS 2 nasze rozmowy czasem wyglądają całkiem podobnie;)

PS 3 – jeśli w tej notce nie widać miłości, to tylko moja wina, nie tego, że taty nie kocham.

Weekend wyjazdowy (i skutki weekendu)

beautiful chairJeszcze w pierwszym czy drugim szpitalu powiedziałam mamie, że nawet dobrze, że jestem na chorobowym, będę miała czas na podróżowanie. Mama (z bardzo zmartwioną miną) odrzekła wtedy, że trochę będę musiała przeczekać i najlepiej żebym przez pierwsze pół roku siedziała w domu. Później nie mogłam spać kilka nocy, bo tak przeżywałam swoje uziemienie.

A tu weekend wyjazdowy, urodziny kumpla. Impreza, rozmowy do rana, śmiech do bólu brzucha, powrót do domu, od razu rehabilitacja, film i sen.

Było nieźle chyba – kolega powiedział że nie widzi różnicy (!) między mną sprzed i po u., ale różnica może być taka, że wcześniej mogliśmy nigdy nie widzieć się na trzeźwo lub bez kaca.

Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach, żeby podołać. Na szczęście nikt nie oczekiwał, że będę brać udział w dyskusji, a kiedy już się odzywałam, raczej się nie wcinano i spokojnie dawano mi dokończyć:)

Fizyczne zmęczenie ogromne, ale do ogarnięcia na tyle, żeby przemieszczać się z lokalu do lokalu, z taksówki do parku, z parku do restauracji, z restauracji na Wildę.

Po 2,5 dnia powrót, ledwie się przebrałam – rehabilitacja i łóżeczko.

Wczoraj i dziś się zbieram owoce, same zgniłki:

zły nastrój, ból głowy, mdłości nawet bez samochodu, w samochodzie dużo gorsze niż podczas kilkugodzinnej podróży do Poznania, zmęczenie jak po maratonie, nie ma mowy o hiszpańskim i o zagadkach logicznych, zrealizowałam plan minimum i to wszystko. Ogólnie stan psychofizyczny balonika z którego spuszczono powietrze.

Po podróży – każdej podróży, nie chodzi tylko o imprezy urodzinowe – chodzi też o podróż do szpitala, na uczelnię po papiery itd. powrót do bezbolesnej normy trwa u mnie mniej więcej 3 dni. Zgaduję, że obecnie mam 1 to go. 

Podróż to chaos w którym się nie odnajduję, wysiłek do granic wytrzymałości, robienie dobrej miny do złej gry i długi powrót do normy.

To wszystko mówi osoba, która czuła się chora, jeśli nie miała w przewidywalnej perspektywie czasowej zaplanowanej wycieczki, która wiecznie spłacała pożyczki zaciągnięte na podróże. Która potrafiła pojechać przez pół polski, żeby zobaczyć jakiś koncert, i jeszcze tej samej nocy wrócić. A teraz podróżowanie nie jest dla mnie, bo boli. I nie pozwala mi dobrze ćwiczyć nawet po powrocie – jestem rozbita, z bólu i zmęczenia. I nie mam ochoty na nic. I marzę sobie o tym, żeby wrócić do pełnego zdrowia. I żeby mieć siły (i środki) na to, co mi kiedyś sprawiało największą przyjemność.

I nie piszę tego, żeby się żalić – bardziej po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, że zmiany w każdej sferze życia, nawet w takich pierdołach, jak podróże, mogą bardzo doskwierać. Szczerze mówiąc, obecnie (pewnie to przez lato) bardziej mi doskwiera to że nie mogę sobie wyjechać jak chcę, niż to, że mam problemy z pokrojeniem pomidora i z pisaniem na klawiaturze.

Dobrze, że tym razem warto było – najgorzej jest wtedy kiedy nie jedzie się dla przyjemności, tylko z obowiązku. Albo wtedy, kiedy wyobrażam sobie, że będzie super, a cały czas leżę, jęczę, że jestem zmęczona, że boli, ani się z nikim nie spotkam, ani nic sensownego nie zrobię. Weekendów, podczas których boli brzuch od śmiechu, nie ma co żałować, nawet jeśli potem jest się zgniłkiem – wtedy przypomina się sobie o tym, że wciąż się żyje ( ;

żeby mi się chciało, jak się nie chce…

readingNic mi się nie chce. Ćwiczyć się nie chce. Uczyć hiszpańskigo się nie chce. Robić na drutach, chodzić na spacery, gotować się nie chce. Układać puzzli się nie chce. Pisać bloga się nie chce.

Nic mi się nie chce. Jeszcze kilka dni temu, każdemu, kto pytał, mówiłam, że nie mam pustych przebiegów, że moja rehabilitacja trwa cały czas, którego nie przesypiam. Że nawet kiedy wybieram sobie rozrywki, staram się, żeby były przydatne mojemu mózgowi lub organizmowi. Pracowałam sumiennie, rzetelnie, codziennie, a kiedy robiłam dzień przerwy, to przez wielkie zmęczenie, albo złe samopoczucie.

A teraz, może od tygodnia, nic mi się nie chce, a na dodatek szukam wymówek, które nie chcą jakoś przyjść. ok – jutro i pojutrze jakieś mam, ale dziś, wczoraj, przedwczoraj? Jednak nie bardzo. Wyrzuty sumienia mam ogromne, mimo że oczywiście i tak coś robię, ku ich zagłuszeniu. Ale jest powoli – tu przez godzinę robię sobie kawę i ją piję, tu głaszczę pieski (moja ukochana ma kolejnego guza…), tu przekładam rzeczy z miejsca na miejsce udając, że sprzątam… Mało w tym konkretu, dużo rozlazłości.

Moja rutyna była męcząca, ale satysfakcjonująca. Doskonale wiem, że szybko muszę wrócić do roboty.

Może to powoli zmęczenie materiału i właśnie przerobiłam tegoroczny urlop? Może potrzeba mi zewnętrznej motywacji? Może bata nad głową?

Wyrzuty sumienia są koszmarne, szczególnie że po każdej kilkudniowej przerwie (jak np. wtedy, kiedy pojechałam do Warszawy i zmarnowałam to na mdłości, albo u przyjaciół na wsi) widzę regres. Odbudowanie formy nie trwa bardzo długo, ale zawsze jest to przechodzenie drugi raz tej samej drogi.

Coś czuję, że potrzebowałabym kogoś takiego jak jeden z moich dawnych wykładowców. Patrzył na problem, rozmawiał z tobą 2 minuty i nagle znowu chciało ci się działać, robić i żyć, całe wątpliwości, które nosiło się w trzewiach, były natychmiastowo, bezboleśnie usuwane. Póki co nie mam tu kogoś takiego, dlatego na poniedziałek umówiłam się na rehabilitację. Prywatną, relację oczywiście zdam ( ;

1na6 – dlaczego piszę bloga?

1 na 6. Udar mózgu nie jest problemem z kosmosu. 1 na 6 w tym przypadku oznacza, że w rodzinie dziadkowie+rodzice+dwoje dzieci, jedna osoba będzie mieć udar. Ojciec? Syn? Babka? Prawdopodobnie każda z osób, które nie nie żyją jak pustelnicy, w swoim bliskim otoczeniu będzie miała do czynienia z udarem mózgu. Stąd hasło kampanii Fundacji Udaru Mózgu, na którą kiedyś na pewno bym nie zwróciła uwagi, teraz chciałabym, żeby każdy przynajmniej o niej usłyszał, wszedł na stronę www, przeczytał o co chodzi i zrozumiał, że to nie jest rzadka przypadłość. Akcja ma zwracać uwagę na profilaktykę udarową, bo nie każdy udar musi się wydarzyć.

plakat 1na6

Ja, kiedy po udarze byłam w stanie wziąć do ręki (prawej) telefon, żeby przeczytać o rokowaniach, dowiedzieć się co to za choroba, jak się z tego wychodzi, ile się leczy, czytałam tylko o tym, że jeśli nie umrę za chwilę, to za jakiś czas dobije mnie drugi udar. Polskie blogi udarowców miały po kilka wpisów i nie powiedziały mi niczego cennego. Artykuły tylko straszyły. Obraz był paskudny – śmierć, trwałe kalectwo i obciążenie rodziny do śmierci.

A ja jestem żywą dobrą prognozą. Chociaż wciąż się zmagam z niesprawnościami, radzę sobie. Jestem szczęściarą, chociaż mam pecha:) A ponieważ nie straciłam głosu w wyniku afazji, mogę opowiedzieć, jak to jest być ‚po’. I mogę pomóc tym, którzy próbują zrozumieć świat tych ‚po’, mogę pomóc w odnalezieniu się w świecie kogoś, kto miał udar. Statystyki są okropne – 1na6, więc wielu z nas będzie potrzebowało pomocy w sytuacji, w której zmienia się wszystko – od umiejętności po chęć życia.

Powiedziałam sobie, że jeśli ta strona pomoże chociaż jednej osobie, było warto. W pewnym momencie odebrałam pierwszą wiadomość od osoby, której naprawdę pomogłam. Potem następną. Więc było warto i jest warto.

Przy tym ćwiczę sobie pisanie – idzie bardzo opornie, ale jakoś idzie, coraz sprawniej, może kiedyś wrócę do zawodu…

Oczywiście zapraszam na stronę 1na6:)

Aaa, a ja dodam, że jest kolejna rzecz w moim życiu, która zmieniła się na lepsze po 21 grudnia 2014 roku: kiedy reguluję brwi, lewa strona boli mnie dużo mniej! Kobitki na pewno na pewno zrozumieją, że to duży plus:)

Fluencja słowna

brainEureka! W końcu dokopałam się nazwy tego, czego wciąż widzę duże deficyty – to, co wczoraj nazywałam (nieprezycyjnie) jąkaniem, uczeni nazywają fluencją słowną, czyli płynnością:)

fluencja słowna to płynność i szybkość przypominania sobie i wypowiadania lub pisania słów.

Ja bym powiedziała gorzej – chodzi o fluencję mowy:) No, w porównaniu do ery przed udarem, mówię niepłynnie. Poszukiwanie słów czy form gramatycznych sprawia, że się zawieszam. I choć jeśli spotykam kogoś nowego, może nawet nie przypuszczać, że mam problem neurologiczny, ale wiecie jak jest – jest wolniej, mniej płynnie, jest to cholerne odgrzebywanie z zasobów pamięci, kopalnia odkrywkowa, warstwa po warstwie, może się do czegoś dokopię, może coś leży na wierzchu, może trzeba będzie szukać drogi naokoło, bo słowo którego szukam jest zbyt trudne, żeby je wypowiedzieć. Czasem znam je od początku, niczego nie muszę szukać, ale mięśnie (chyba) nie pozwalają mi tego płynnie powiedzieć. Wtedy sy-la-bi-zu-ję-i-cza-sem-się-u-da-je-coś-pooowiedzieć.

Ćwiczę to, przynajmniej leksykalnie. Czytanie na głos pomaga:) gram też sama ze sobą w państwa miasta. Staram się wymieniać słowa, które kończą się na -p, -g, -pi, -we… Czasem mama się ze mną bawi:) To naprawdę mi pomaga, teraz mówię dużo lepiej niż dwa miesiące temu, dwa miesiące temu mówiłam lepiej niż trzy…

Moim skromnym zdaniem jednak najważniejsze jest, żeby nie zaprzestać mówienia, ćwiczenia ćwiczeniami, ale jeśli ze wstydu, zażenowania, zmęczenia, będziemy milknąć, nie będziemy nawet próbować mówienia będzie coraz gorzej.

W Konstancinie leżałam z dwoma paniami, jedna z nich często komunikowała się ze mną gestami, czasem przez cały dzień słyszałam od niej tylko ‚tak’, ‚nie’, albo ‚to’. Mówiła słabo, ale druga współlokatorka zmuszała ją do gadania, cierpliwie mówiła „Ewa, powiedz to” i pomagała jej w trudniejszych słowach. Jakoś tam było, powolutku coraz lepiej.

Wydaje mi się że w temacie fluencji przecinają się te problemy mózgowe, które ja mam, zaburzegania koncentracji i uwagi, dziwaczne, nieprzewidywalne problemy z pamięcią, brak multitaskingu;) (w końcu trzeba jednocześnie powiedzieć i pomyśleć, jedno i drugie płynnie). Także z poprawą innych rzeczy widzę i poprawę mowy. Jak jestem zmęczona, gadam tak źle, że się zamykam, albo ograniczam mówienie. W końcu milczenie jest złotem;)

 

czary-pomiary

groch i fasolagwarantuję wam, że po jakimś czasie – dwóch dniach, tygodniu, miesiącu, może roku – każde ćwiczenie, jeśli nie będzie zmieniane, znudzi cię tak, że długo na myśl o nim będziesz mieć odruch wymiotny lub będziesz jęczeć tak, że usłyszą cię na drugim końcu miasta.

Z mojego doświadczenia wynika jedno – tak jeśli robi się to ćwiczenie samemu, nie z rehabilitantem, trzeba zastąpić je czym innym. Jak ćwiczenie nudzi, robi się je mniej dokładniej, ale jakoś bardziej męczy.

Niektórych rzeczy jednak nie powinno się rzucać, bo dalej są skuteczne. I o teraz?

Moja recepta jest bardzo prosta – (bardziej lub mniej) monitorować postępy. 

Szybciej!

Dalej!

Więcej!

Dokładniej!

Itd.

IMG_20150530_123457Działa na wszystko, naprawdę. Od fasolek, przez kolorowanki, granie na pianinie, gry logiczne, po chodzenie z gumami i rolki. Na wszystko. fasolki rzuciłabym w kąt po dwóch dniach od wyjścia ze szpitala, ale od czasu do czasu liczę, ile udaje mi się ich wyciągnąć. Może teraz nie widzę spektakularnych skoków jakościowych, ale widzę, kiedy jest gorzej – wtedy to motywuje mnie o pracy nad ponowną poprawą. Albo do walki o jeszcze jedną fasolkę.

Jeśli koło kolorowanki piszę daty, widzę, że z miesiąca na miesiąc koloruję coraz lepiej.

Również dzięki mojemu endomondo (taka aplikacja do mierzenia aktywności sportowych) naprawdę się staram, żeby z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej – albo mieć więcej km zrobionych, albo więcej kcal spalonych, albo dłuższy dystans przebiegnięty za jednym razem… To niesamowite, jak to poprawi dodać energii – dla mnie moje endomondo jest sparing-partenerm.

Przydatne, zwłaszcza kiedy postępy są subtelne.

W ten sposób, można rywalizować samemu ze sobą;) jeśli pamięta się, że jesteśmy udarowcami, nie wyczynowymi sportowcami, to może być duża pomoc:)

PS/

jeśli masz pod opieką swojego udarowca, spróbuj sobie zapisywać, jak mu idzie. Może ‚jejku, dwa miesiące temu, nawet nie chwytałaś łyżki, dziś zamieszałaś herbatę’ akurat zdziała cuda:)