Budujemy wieże;)

Wczorajsza wyprawa do Biedronki przypomniała mi o tym, że chwytający już udarowiec, może stać się nieudolnym budowniczym. Tata próbował namówić mnie na domki z kart (hahaha), ale pani rehabilitantka postawiła na coś innego – klocki, w szczególności grę,  w którą lubiłam przedudarowo pograć: Jengę:)

jenga

 

Znacie to? Najpierw układa się wieżę, potem wyjmuje po klocuszku i próbuje nie rozwalić. Dla zdrowego początkowo łatwe, potem trudniejsze, na końcu i każdy zdrowy narobi rabanu rozwalającymi się klockami. Takie jest życie, każda wieża w końcu upadnie (czytaliście Władcę Pierścieni? Widzieliście Krzywą Wieżę w Pizie? czytaliście Biblię?).

No ale los udarowca jest taki, że musi budować swoje wieże od nowa;p W końcu może się okazać, że jeśli zmusimy znajomego do gry ‚nie tą ręką’ w końcu nie przegramy:)

Ja lubię też wersję szybszą, która pozwala na kontrolę postępów. Klocuszki kładzie się jeden na drugim, tworząc rosnący, równoramienny krzyż. Kilkanaście to świetny wynik, do którego doszłam po tygodniach ćwiczeń. Kilka klocków jeden na drugim były powodem do dumy. A każdorazowa wywrotka wieży powodowała krzyk rehabilitantki przez pół sali ‚ile?’ i śmiech drugiej ‚nic się nie stało, pani Kasiu, nic się nie stało’. Musiałam to policzyć. Uwierzcie, liczenie do dziesięciu było dla mnie wyzwaniem wtedy, teraz także czasem jest;) te kilkanaście to było też wyzwanie. liczyłam więc i  sobie budowałam dalej. Pół godziny.

To ćwiczyło nie tylko precyzję:) ale też uspokajanie dłoni. Jeśli łapa ci się trzęsie jak studentowi na kacu, dziesięciu klocków nie ułożysz nigdy. Uwierzcie mi, nie jest łatwo.

Nie polecam Jengi codziennie, raczej jako odmianę i odpoczynek od fasolek i innych ćwiczeń;) Szkoda, żeby się znudziła.

Szpitalna Jenga jest trochę mniejsza, więc krzywdy mi nie zrobiła;)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.