Śpię i nie chcę żeby budzić mnie!

ucinamy sobie z koleżanką krótką drzemkę, podczas długiej podróży, zdjęcie oczywiście z czasów głęboko przedudarowych

ucinamy sobie z koleżanką krótką drzemkę, podczas długiej podróży, zdjęcie oczywiście z czasów głęboko przedudarowych

Nie minęło dużo czasu od udaru, kiedy moja przyjaciółka powiedziała, że trzeba przyznać, że od kilku lat mnie nie widziała wyspanej.

To prawda, po udarze spałam (i śpię dalej) bardzo dużo. Śpię jak nakarmione, przewinięte i ukołysane do snu dziecko, co jest dla mnie nowością – bo wcześniej męczyłam się wybudzaniem, po którym nie udawało mi się zasnąć. Przesypiam noce! W ciągu dnia drzemkuję! Rano dosypiam. Noc przesypiam!

Prawda jest taka, że po prostu mój układ nerwowy potrzebuje snu jak powietrza (albo wody), dużo bardziej niż u osób, które nie są 5/6-mózgami (lub 7/8 mózgami). Sen jest niezbędny do dobrej regeneracji. Pamiętam, jak na rehabilitacji, pani neurolog, kiedy przyszła ze mną porozmawiać, zobaczywszy, że śpię, machnęła ręką i powiedziała, żebym spała – a to jest coś! Powiedziała, że świeżo po udarze, muszę odsypiać.

To wieczne marudzenie rodziców „idź już spać”, „nie ma czytania”! Jest głęboko osadzone w pierwotnej ludowej wiedzy – do rozwoju, do zdrowienia też sen jest potrzebny. Choć każdy to wie od zawsze i próbuje się buntować, co i rusz potwierdzają to amerykańscy naukowcy. Choć to się wydaje dziwaczne – w końcu oddychamy, śnimy, wiercimy się – mózg też sobie odpoczywa podczas snu – jego aktywność spada (w tym artykule jest kilka  ciekawych informacji), szybciej się regeneruje i odpoczywa.

Poza tym – bardzo mi przykro to mówić, dziurawe mózgi udarowców, potrzebują więcej energii i pracy, żeby wykonać coś, co wcześniej przychodziło im bez problemu. Impulsy nerwowe wśród naszych neuronów muszą znaleźć sobie nową drogę, żeby czegoś dokonać. Ilustruję to w poniższym komiksie pt. Przygody jednego Impulsa;)

Przygody jednego Impulsa

Mamy prawo być senni, prawda?;)

Oczywiście, zwiększona potrzeba snu, może wynikać też z innych rzeczy, np. uszkodzenia ośrodków, odpowiedzialnych za regulację cyklu sen – czuwanie (tak czytałam), co działa w dwie w strony może powodować też bezsenność. Hipersomnia wg jakiegoś artykułu w internecie, może dotykać nawet 20% udarowców! I jeśli nabiera niepokojących rozmiarów, nawet się ją leczy.

Póki co, moim zdaniem, moje spanko nie przekracza zdrowych standardów, ale już męczy – kiedy doba jest o kilka godzin krótsza, jest naprawdę króciutka.

Po raz kolejny muszę zaznaczyć, że każdy udar jest inny;) i wcale nie jest regułą, że udarowiec śpi więcej – poznałam i bezsenników, którzy wymykali się nocami ze szpitala, żeby sobie zapalić i oglądali nocami TVP Kulturę, a w ciągu dnia wcale niczego nie odsypiali.

Dziś przesypiałam ból głowy, więc cieszę się, że udało się skończyć notkę przed północą. Dobrych snów!

 

PS Szanowni rodzice, jak znam życie, ten wpis może wam posłużyć jako narzędzie do zaganiania mnie do łóżka, ale spróbujcie tylko na mnie naciska, a się pogniewamy! ( ;

Jestem jąkajłą! O „jąkaniu się” po udarze i czytaniu na głos

readingNie trzeba mieć afazji* po udarze, żeby odczuwać problemy komunikacyjne (przedostatnia neurolog, którą widziałam, powiedziała, że jestem szczęściarą, że udar uderzył w prawą stronę mózgu, gdyby był lewostronny, miałabym na pewno afazję). Ja od początku mówiłam, że po udarze się bardziej jąkam. Absolutnie tego nie wymyślałam. Nie mam stuprocentowej pewności z czego wynikają (i wynikały te problemy), pewnie z dwóch rzeczy – porażenia mięśni twarzy i problemów z koncentracją.

W moim pierwszym wypisie ze szpitala, w opinii neuropsychologa (z której długo nabijaliśmy się z przyjaciółmi) stoi, że zgłaszałam subiektywne odczucie jąkania, ale konsultacja tego nie potwierdziła. Czyli – czułam problem, ale ekspert go nie potwierdził. Później było podobnie. Pani neurologopeda powiedziała, że nie mam żadnych problemów artykulacyjnych. Ciężko było mi się z tym zgodzić, bo ja je odczuwałam, i wiedziałam, że muszę nad tym ciężko pracować i że nigdy już nie czeka mnie już angaż w radiu.

Z tym problemem można sobie poradzić, jeśli nie zatraciło się umiejętności czytania. Pani neurolog z mojej udarówki zasugerowała, żeby poczytać sobie codziennie na głos – przy tekstach pisanych zdarzają się inne słowa, których używamy, na co dzień, dłuższe, zagraniczne, nie zamienimy ich na inne, żeby było łatwiej Rodzice tego bardzo pilnowali, zwłaszcza tato, który zdobył sobie miano „rehabilitacyjnego kapo”, czytałam mu na głos nową książkę Cejrowskiego. Nadawała się, miała krótkie rozdziały, każdy jest trochę zamkniętą całostką…

W czasie pierwszych 2,5 miesiąca w szpitalach przeczytałam 2,5 książki na głos i wiele artykułów. W konstancinie czytałam na korytarzu (żeby nie przeszkadzać współlokatorkom), i najzabawniej było wtedy, kiedy przychodzili inni pacjenci, żeby posłuchać tej książki w odcinkach. Bywało tak, że najpierw przechodzili kilka razy, nie przyznając się, że słuchają, potem się dosiadali. I czasem dziękowali, a nawet chwalili… To było naprawdę super. W swojej bezużyteczności czułam się lepiej. Pozdrawiam moich słuchaczy! W szczególności pana Czarka, który pewnie nie ma pojęcia o istnienia tej strony.

Do tej pory staram się codziennie czytać na głos. Widzę dużą różnicę w łatwości mówienia i częstości zacinania się, w okresach, w których czytam regularnie i pozostałych. Do tego wykonuję masaże i ćwiczenia, ale czuję, że czytanie pomaga najwięcej.

Kolejną wartością w tym wszystkim jest to, że czytając na głos, łatwiej jakoś jest się skoncentrować. Serio. Te dwie książki przeczytane były przeze mnie wtedy, kiedy, cicha lektura była u mnie prawie niemożliwa. A je do tej pory pamiętam mniej więcej:)

Naprawdę polecam czytanie na głos.

* czym jest afazja? Na tej stronie tłumaczą to w przystępny sposób, ale w skrócie chodzi o utratę umiejętności używania mowy na skutek problemu neurologicznego.

Przepraszam, czy tu karmia?

 

Sa szpitale, do ktorych powinni przyjmowac dopiero po tym, jak ktos napisze pisemne oswiadczenie, ze spodziewa sie codziennie odwiedzajacych z swieza dostawa jedzenia, bo jak na moj gust, nie da sie w nich przelknac niczego, nie narazajac sie na trwaly uszczerbek na zdrowiu (psychicznym?).

 

Na szczescie, zazwyczaj kuchnie sa po prostu niedobre lub zwykle-nierowne- to jest do przezycia. Zdarzaja sie jednak wyjatki od tej reguly, jak na przyklad w Konstancinie, gdzie karmili w miare smacznie (!!!), drugie dania udawalo mi sie czasem zjesc w calosci (zup w szpitalach nie jem programowo, i nie bede!). No, moze oprocz jednego dania – raz sprobowalam i zalowalam do konca. Kiedy widzialam w menu mieso mielone, po prostu nie wchodzilam na stolowke. Po co sie meczyc! Na pewno dodam kiedys zdjecie dania, teraz tablet odmawia wspolpracy. Przyjaciolka zobaczywszy ten cud gastronomii zapytala „co to za gruz?”. Przyznam, ze pytanie bylo jak najbardziej zasadne.

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze zawsze znajdzie sie ktos, komu zalezy, zebys zjadl obiad, i to najlepiej szpitalny, nie przyniesiony przez przyjaciol. To moze byc lekarz (rzadko), mama (musisz jesc, sprobuj chociaz lyzke zupy, proooooosze <smutna minka>), na oddzialach rehabilitacyjnych opiekun (opiekunka potrafila przygotowac mi kanapke z tego co zostawilam po sniadaniu i kazala wspolokatorkom pilnowac, czy na pewno zjadlam, pielegniarka, kuchenkowa… Kiedy odmawiasz wziecia obiadu, bo wiesz ze go nie ruszysz, zawsze beda gadac, a to ze na pewno jesz smieci, a to ze to jest zdrowe i nie za duzo, a to ze costam, a to ze cos innego. W zaleznosci od tego w jakim akurat jestem nastroju jest to zabawne lub wkurzajace, czesciej jednak wkurzajace. Na te okolicznoci przygotowalam kilka strategii, ktore pozwalaja przetrwac:

 

1. Uzycie klucza ‚u mnie w domu zawsze/nigdy…”. U mnie w domu na przyklad zazwyczaj sie nie je zup na obiad, samo drugie. Mimo ze to nieprawda. Kuchenkowej zawsze latwiej przyjac to, niz proste ‚nie chce, bo mnie brzydzi’.

2. Obserwowanie, co bedzie podane. Zazwyczaj na oddzialach wisi menu na dany dzien, albo da sie zobaczyc co dostaja pacjenci w pokojach wczesniej. Wtedy warto zrobic troche smutna, troche zaklopotana mine „chcialbym, ale nie moge” i krotko wytlumaczyc. Zauwazylam, ze od udaru nie sluza mi smazone/ mleczne dania i dobrze, ze akurat dzisiaj maz mi przyniosl lekki rosolek. Kolejne klamstwo, ale dobre.

3. Opcja ryzykancka – jemy to, co najbardziej jest zjadliwe, a reszte rozgrzebujemy. Moga to byc ziemniaczki, albo salatka, albo mieso . Wazne, zeby z talerza zniknelo duzo, niewazne czego.

4. Zwykle, umiejetne rozgrzebanie posilku. Zazwyczaj przejdzie, chociaz tu czesto marudza przy odbiorze talerzyka; Warto mieszac i chowac pod salatka mieso! Dzis tak zrobilam i jedyna kara byla dezaprobata przy odbiorze.

5. Na sniadaniach jesc chleb z maslem, jesli pasta/wedlina nie nadaja sie do spozycia. Na sniadania i kolacje jem tylko to. Wazne, zeby skibki zniknely z talerza. Jesli i tak spodziewamy sie komentarzy, mozna rozrzucic reszte po talerzu. Nikt nie bedzie sie doliczac mortadeli i nie bedzie ci robic kanapek ;) z ruszonego.

6. Niekiedy zwykle wytlumaczenie i niewziecie posilku, moze zdac egzamin. Ja czasem probuje, bo wiem ze jesli cos rozgrzebie, to pojdzie na smietnik, a tak moze sie nie zmarnuje, przynajmniej mam nadzieje.

 

Oczywiscie do zastosowania ktorejkolwiek strategii potrzeba pomocy z zewnatrz – albo kogos, kto nam doniesie posilek, albo barku, do ktorego mozna sie wybrac. Po udarze (w innych przypadkach pewnie tez) komorki naszych mozgow musza sie regenerowac i miec z czego odbudowywac, dlatego dobra dieta, picie i odpodczywanie sa bardzo wazne. Dzis piateczek, czyli pewnie rybka. Mam wieksze obawy niz zazwyczaj, bo wczoraj tez byla rybka. Ale juz wstepnie umowilam sie na obiad spoza szpitala, dlatego przetrwam.

Zazdroszcze troche osobom, ktore wydaja sie przystosowane do wyzwan wspolczesnej gastronomii szpitalnej i dzielnie radza sobie z posilkami. Moze to sa wlasnie ci, ktorzy maja zadatki na wspolczesnych herosow?

Przyczyny udaru: PFO

heartKiedy slysze moje ulubione udar? W takim mlodym wieku? Spiesze z szybka informacja o prawdopodobnej przyczynie tego wszystkiego. W moim przypadku bylo to prawdopodobnie (ech, niestety zaden udar nie wyjdzie ze mna na drinka i nie powie ‚sluuuuchaj, to wszystko przez antykoncepcje/nadwage/PFO’, wiec mowimy o prawdopodobnej przyczynie) PFO, czyli przetrwaly otwor owalny, nazywany przeze mnie dziura w sercu.

 

Jest to wlasnie taka dziura pomiedzy przedsionkami serca, ktora ma cala masa ludzi – wg moich lekarzy od 15 do 20% nas, a wg Internetu nawet 30%. Zostaje nam po zyciu plodowym, bo ‚niezarosniete’ przedsionki pomagaja nam oddychac do czasu, kiedy nasze pluca jeszcze nie dzialaja. Po narodzeniu, dziura zarasta, ale nie u wszystkich.

 

Kiedy skrzeplina przedostanie sie z prawego do lewego przedsionka serca, zamiast przeplynac caly organizm, rozpuscic sie gdzies, lub zatrzymac nawet na plucach, od razu jest wypychana prosto do mozgu, a mozg nie lubi skrzeplin i robimy ‚hyc o podloge’ i jesli mamy szczescie, ladujemy w szpitalu, a nie kostnicy.

 

Z zamykaniem PFO jest jednak problem. Jesli czyta to 100 osob, to 15-30 z nich statystycznie powinno miec swoja wlasna dziure i pewnie zadne z was o tym nie wie i nigdy nie bedzie potrzeby, zeby sie dowiadywalo. Wiec jesli ktos z czytelnikow pomysli sobie ‚dobrze wiedziec! Zrobie sobie badania w tym kierunku!’, faktycznie je zrobi i okaze sie ze ma PFO, nikt mu raczej na NFZ;p mu tego nie przeprowadzi, chyba ze wzgledu na to, ze system by padl, gdyby mial placic za te wszystkie zabiegi PFO…

 

Wskazania do zamkniecia sa chyba rozne, np. zamyka sie serducho, kiedy otwor jest bardzo duzy (z tego co wyczytalam – powyzej 10 mm) i na przyklad po DWUKROTNYM epizodzie udarowym. Wielu oburza to, ze trzeba 2 razy przez to przechodzic, zeby zostac zakwalifikowanym do zabiegu, mnie niespecjalnie, i to nawet mimo tego, ze moja dziura byla za duza na plytke, ktora mi wprowadzili lekarze i musieli uzyc wiekszej;) Kardiolodzy tu gdzie jestem mowia, ze to PFO bylo na 99% przyczyna tego wszystkiego, co oczywiscie nie zwalnia mnie z obowiazku dbania o siebie, dobrej diety, cwiczen, chudniecia, walki ze zlym cholesterolem, i tak dalej….

 

Ja mialam zamykane PFO przez ktoras z zyl, lekarze dostawali sie do serducha przez pachwine – czy to nie jest magiczne? Sam zabieg zamykania jest ‚nieskomplikowany, ale nie prostacki’ – lekarze jakos tak o nim powiedzieli, trwa okolo pol godziny. Jeszcze o nim na pewno napisze, ale tutaj nie ma sie czego bac.

 

Gorzej jest w przypadku badania, dzieki ktoremu dostrzegamy, czy nasza dziure. Podczas zwyklego echo serca, ktore robiono mi po moim ‚zemdleniu’ kilka lat temu, dopiero na tym przezprzelykowym (z kontrastem) okazalo sie, ze jestem dziurawa. Jeszcze napisze o tym badaniu, ale uwierzcie, jest duzo gorsze od samego zabiegu. Jednak warto bylo sie przemeczyc, teraz serducho mam zamkniete i jutro/pojutrze okaze sie, czy wszystko sie dobrze zarasta.

 

Dodam jeszcze, ze mam oczywiscie wielkie szczescie, ze zostalam szybko zdiagnozowana, zwlaszcza ze nie wszystkich bada sie tak dokladnie jak mnie – jestem mlodziutka i trafilam na swietna lekarke na udarowce. Jesli masz wsrod najblizszych kogos, zwlaszcza mlodego u kogo nie odkryto przyczyny udaru (lub sam go, drogi czytelniku, miales), warto bardziej sie wysilic, nawet prywatnie, i wykonac to badanie.

Ja po tym zabiegu spie odrobine spokojniej – wierze, ze to zamkniecie, zamknelo;) liczbe moich udarow w skonczonej liczbie 2.

 

Pozdrawiam z lozka w Szpitalu dzieciatka Jezus;) ( ;

 

Ps przepraszam za brak pl znakow, mam klawiature do tabletu, za ktora bardzo dziekuje Radkowi, ale ktorej jeszcze nie ogarniam

Ps2 za jakis czas dodam zdjecia, teraz posluchajcie najbardziej znanej piosenki o PFO – Prawy do lewego! ( ;

 

Udar mózgu: przyczyny mogą być różne

Poniżej wrzucam linki do wszystkich notek z cyklu:

(I) PFO 

(II) Fajki

(III) Migotanie przedsionków

(IV) Otyłość 

V) Wysokie ciśnienie 

(VI) Udar kryptogenny

(VII) Problemy hormonalne

(VIII) Toczeń

(IX) Rozwarstwienie tętnicy szyjnej

Wsiadaj bracie, dalej, hop!

Jeszcze pół roku temu uwielbiałam jeździć samochodem. Lubiłam nawet długie, dla wielu ludzi męczące podróże, lubiłam prowadzić auto i być wożoną:) Lubiłam czytać w podróży, obserwować krajobrazy, po prostu jechać Nie byłam rajdowcem, ale zwykłym, porządnym kierowcą, który jeździ pewnie (parkuje z dużą niepewnością). Nigdy nie było tak, że wracałam do domu i w ogóle nie jeździłam. A tutaj… Już kolejny miesiąc siedzę w Szczecinie, a na myśl o aucie wzdrygam się potężnie, bo przyjemności jazdy nie mam w ogóle z dwóch powodów:

Po pierwsze, sama (prowadząc) nie pojadę dalej niż do najbliższego sklepu, a i to zazwyczaj z duszą na ramieniu. Wynika to z wielkich problemów z koncentracją i podzielnością uwagi. Nie boję się o siebie, tylko że ktoś wyjdzie mi na drogę, a ja, nie zdążę go zauważyć, rozbiję sobie  (rodzicom) auto, a jemu głowę. To naprawdę paraliżujące i szczerze mówiąc nie wiem, jak to wyćwiczyć. Trochę gram w gry, żeby ćwiczyć podzielność uwagi, ale każdy kto się przesiadał z Need for speed do prawdziwego auta wie, że to nie to samo. Przy jeździe na rowerze jest podobnie. Nie wypuszczam się na ulice miasta, bo w sytuacjach, w których w zasięgu wzroku jest kilku użytkowników drogi, nie mogę mieć pewności, że zareaguję tak, jak ktoś zdrowy, kto umie jeździć na rowerze. To, że czasami z trudem trzymam równowagę, to zupełnie inna kwestia.

Po drugie, kiedy jestem pasażerem, zawsze, ale to zawsze, łapią mnie nudności. Mniejsze i bardziej dotkliwe. Niezależnie od tego, czy zaglądam do telefonu, czy próbuję patrzeć w punkt na linii horyzontu, jest źle. Gdyby to mijało zaraz po wyjściu z auta, byłoby pięknie. Czasem nie mija. Czasem trzyma mnie po kilka dni, w czasie których mogę jedynie leżeć i jęczeć, a moja dieta ogranicza się do sucharków i rumianku. Na to nie pomagają aviomariny, herbatki z imbirem i inne takie. To jest koszmarne. Jak mdłości są mniejsze, nawet po mnie nie widać, nie marudzę, ale każdy wie jak jest. Tylko babcia zawsze pyta, czy miałam mdłości. I zawsze się dziwi, że jednak miałam. Co na to neurologowie? Moja neuro powiedziała, że nie nazwalaby tego chorobą lokomocyjną, a inni nie wiedzą co powiedzieć, oprócz tego że tak to może być po udarze. No szpiedzy donoszą, że nie jestem jedyna na świecie z takim dumnym problemem.

W obydwu przypadkach mam nadzieję, że czas leczy dziury (w mózgu) i będę mogła jeszcze jeździć bez bólu i strachu. Pozdrawiam z trasy szczecin-torun-warszawa, guma złapała nad jechać w domu, mdłości poczekamy aż będziemy 20 m za chata.

 

Co zabrać ze sobą do szpitala?

hospital bedKiedy masz udar, raczej nie spakujesz sobie torby, żeby mieć wszystko, co najpotrzebniejsze pod ręką, ale do kolejnych pobytów, rehabilitacji i badań, możesz się przygotować. Ja zawsze biorę za dużo, ale teraz nie popełnię tego błędu. Z pobytu w Konstancinie wracałam  pełną torebką, dwoma plecakami i torbą podróżną. Aż dziw, że gdzieś to pomieściłam. Tylko że tam każdy pacjent miał swoją małą szafę. Nie w każdym szpitalu mamy ten komfort.

Niezbędnik: na każdy, nawet krótki pobyt, należy zabrać:

1. Sztućce! – minimum nóż, widelec, łyżka, łyżeczka też się przydaje, jak się samemu robi herbatkę. Czasem (chyba coraz rzadziej) na oddziałach mają sztućce, ale bywa tak, że jednego dnia starczy dla ciebie noża, a następnego nagle wszystkie znikają. To pacjenci kradną/chowają sztućce. Swoich też trzeba pilnować, lubią „zostać pożyczone”.

2. Kubek – są oddziały, na których herbatkę/kompot wlewają do kubków pacjentów i nie ma zmiłuj. Tak było na drugiej rehabilitacji.

3. Papier toaletowy – z tym różnie bywa. Na odnowionym, ślicznym oddziale kardiologii, na którym leżałam, programowo nie było papieru toaletowego, a z kolei na obydwu rehabilitacjach nie było z tym problemu. Tylko że czasem w weekendy papier znikał. Też przypuszczam, że niektórym pacjentom, mogło go brakować;

4. Pidżamka i ze dwie zmiany bielizny – nawet jeśli to ma być jedna noc, zawsze może coś wypaść „po drodze” i zamiast w piątek, wyjdziesz w poniedziałek;

5. Długopis/pisak – do podpisywania jedzenia, czasem dokumentów, do testów, na rehabilitacji neurologicznej też do rozwiązywania zadań domowych…

6. Zwykłe przybory do higieny w wersji minimum – jak najmniej!

7. Klapki

8. Dokumentacja medyczna (najlepiej ksero) – nawet chirurg leczący twoje hemoroidy będzie chciał zajrzeć do ostatniego wypisu ze szpitala, w szpitalu na sto procent upomną się o wszystko, co już się nazbierało.

9. Dowód osobisty!!!

10. Telefon z ładowarką

11. ręczniczek

12. Woda mineralna

Na dłużej:

13. dwuzłotówki ratujące życie – jeśli chcesz się napić kawy z automatu/kupić coś w kiosku/obejrzeć coś w TV szpitalnej… W ostatnim szpitalu w jakim byłam niestety telewizory były na salach, działały tylko na dwuzłotówki. Wieczorami korytarze zapełniały się kobietami w szlafrokach, które niczym zombie przemierzały kilometry z drobniakami w dłoni, szukając kogoś, kto im zamieni ich garść na dwie dwuzłotówy;

14. Przedłużacz – jeśli masz do naładowania coś więcej, niż telefon, przedłużacz ratuje życie.

15. Coś do rozrywki – jeśli masz taką możliwość, zamiast miliona książek i laptopów, radzę wziąć tablet. Jeśli nie, weź sobie jedną książkę i jedną gazetę; Jak się skończy, wymienisz się z kimś.

16. Materiałowa torebka – nie mając pewności, czy na danym oddziale zdarzają się kradzieże, warto, wychodząc na badania/do toalety/gdziekolwiek – włożyć wszystkie precjoza do torebki i nosić ze sobą. Nie chcę wzbudzać w nikim poczucia, że zło czai się wszędzie, mi w szpitalu zginął tylko balsam do ciała i myślę, że któraś z moich współlokatorek po prostu go przez pomyłkę zapakowała ze sobą, ale z tego co słyszałam, kradzieże się zdarzają;

17. Herbata/kawa – na oddziałach zazwyczaj można sobie zrobić herbatkę czy kawkę (zazwyczaj są też lodówki. Uwaga! – żarcie trzeba podpisywać, sanepid wymaga podobno, można się zdziwić, kiedy nagle zniknie nam mleko…)

Kiedy masz wrażenie, że jesteś tu na dożywociu, nie ma świata poza szpitalem i nigdy już zobaczysz świata za murem

18. Balsam do ciała – w szpitalu skóra robi się sucha i szorstka jak pergamin. Nie polecam;

19. Zatyczki do uszu – dorośli chrapią. Jeśli nie chrapią, to pochrapują. Jeśli nie pochrapują, to sapią tak, jakby chcieli. Zatyczki się przydają, serio.

20. należy dobrze przemyśleć sobie ubrania – jeśli ktoś nad odwiedza – pakujemy się inaczej, jeśli nie – inaczej, jeśli idziemy do szpitala na rehabilitację miesięczną, to nawet jeśli ktoś nad odwiedza 2 razy w tygodniu, trudno uniknąć drobnej przepierki.

Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, na pewno wyedytuję wpis;)

 

masaż twarzy po udarze

Do ćwiczeń, o których pisałam tutaj, warto dołączyć masaż. na rynku dostępne są profesjonalne masażery, ale wystarczy zwykła szczoteczka elektryczna. Im jest tańsza, tym lepsza – wtedy bardziej wibruje. Ja masuję sobie boczną stroną szczoteczki, żeby niepotrzebnie nie podrażniać skóry. Jeśli szczoteczka jest niedostępna, warto stymulować buzię dłońmi.

masaż twarzy po udarze

 

Na rysunku rozrysowałam schemat wg którego ja masuję sobie buzię.

1 – od kącika ust do płatka ucha

2 – od kącika ust  ku szczytowi małżowiny

3 – od kącika ust pionowo do góry

4 – od kącika ust pionowo w dół

5 – wokół ust

początkowo jeszcze masowałam owal twarzy i całą powierzchnię, ale bardzo słabo pamiętam te pierwsze ćwiczenia, więc nie powiem na pewno, jak to było.

Masaż wykonuję bardzo powoli, zazwyczaj 2-3 razy dziennie, po 15 powtórzeń, a jak mam wielkiego lenia – kilka. Od dwóch dni lewą ręką, bo nie naładowałam szczoteczki:)

I jeszcze – strasznie kichałam przez pierwsze dni masaży. Tak strasznie łaskotało! dlatego radzę trzymać szczoteczkę do góry nogami – wtedy na pewno nie uszkodzi się przez przypadek oka. Polecam te masaże, to dzięki nim uśmiecham się dziś całym buziakiem ( ;

 

Ach ta pupa niemowlaka

toilet paperWśród wielu szoków, które czekają na pacjenta udarówki, czeka wsadzenie jego własnego, starego zada w pampers. Na początku „na wszelki wypadek”, bo i tak masz cewnik, potem z konieczności. Chwila, w której w końcu okazuje się, że nie ma wielkiego strachu o to, czy narobisz w białą szpitalną pościel i w końcu wydostajesz się z pampersa, wydaje się być powrotem do pełnego zdrowia.

Z tego co pamiętam początkowo nawet mi nie przeszkadzał, ale wtedy bolało, poza tym skupiałam się na tym, żeby nie wyrwać sobie cewnika. Potem, kiedy dochodziła świadomość, że w razie potrzeby, będzie się robić pod siebie, była paraliżująca. Nie ma wyjścia, żeby to przetrzymać, nie wiadomo, kiedy wyjdziesz z tej sali, gdzie jesteś połączony z „centrum ratowania życia” kabelkami, monitorami, i całą tą elektroniką, nie ma opcji, żeby się nie posikać do tego cholernego pampersa, w końcu tłoczą w ciebie całymi dniami litry wody.

A tu niespodzianka! Kiedy w końcu przyszedł i na mnie czas, chciałam i nie mogłam. Męczyłam się pół dnia, próbowałam, niezależnie o tego, czy obok stali goście, czy nie, w końcu – przepraszam za to – udało się, kiedy ktoś siedział jakiś centymetr ode mnie i szybko pobiegł po pielęgniarkę, żeby mnie przewinęła.

To był dla mnie wielki szok. Wylewałam z siebie łzy pół nachodzącej nocy, przeszkadzając na pewno leżącej obok siostrze zakonnej, kiedy musiałam siku po raz drugi, czułam się podle, zwłaszcza że długo zwracałam na siebie uwagę pielęgniarek. Kiedy przyszły, żeby mnie przewinąć, rozryczałam się straszliwie, łykając łezki przepraszałam je, że muszą to robić, że to moja wina, że to wstyd, że przepraszam, że połamią sobie na mnie kręgosłupy, że przepaszam, że wstyd mi za to, że jestem taka słaba, że się wstydzę, że naprawdę nie mogłam wstać i iść do toalety, że przepraszam, przepraszam, przepraszaaaaaaaaaam.

I wtedy młodziutka, śliczna pielęgniarka, pani Kasia, złotowłosy anioł, uspokoiła mnie skutecznie i przysięgam, że jak się udało, widziałam wokół niej złotą aureolę i wierzyłam, że oddala się nie do dyżurki pielęgniarek, a na swój tron królowej miłosiernej.

Nie mówiła jakichś superodkrywczych rzeczy, powiedziała po prostu, że to jej praca, że jest przeszkolona do podnoszenia w dwie osoby nawet do osób większych ode mnie. I że nie ma się czego wstydzić, bo wszyscy jesteśmy tacy sami. Gdzieś w oddali wtórowała przezabawna salowa, która zaczynała liczyć, ile widziały w życiu gołych bab i facetów i ile „pamperów” zmieniła.

Po tym zasnęłam jak niemowlę, a rano, też jak niemowlę, obudziłam się zlana.

Ta noc diametralnie zmieniła moje patrzenie na fizjologię. Przewijanie jest niekomfortowe i dalej było kłopotliwe, ale już nie do przesady i z bardziej racjonalnych powodów, ale uświadomiłam sobie, że fizjologię każdy ma taką samą i każdy ma takie czy inne ciało. W czasie tych kilku miesięcy tyle osób widziało mnie nagą i pomagało w bardzo intymnych czynnościach, że już nie widzę problemu w żadnej nagości i tym, że ludzkie ciała funkcjonują tak, jak funkcjonują. U lekarzy, przy badaniach jest mi dużo łatwiej niż wcześniej.

Oczywiście, wszystko zależy od tego, na jakich opiekunów trafisz na początku. Jak patrzyłam na pielęgniarki w innym szpitalu, które wydzierały się na starszą i bardzo schorowaną panią, za to, że za często i za dużo sika, i wyliczały jej ile wypiła, to nóż w kieszeni mi się otwierał. Widziałam takich sytuacji kilka i wiem już, z czego może wynikać zła opinia o polskiej służbie zdrowia. Gdyby ktoś tak ze mną zrobił. to pewnie potem żałowałabym, że nie wydrapałam oka.

Mimo że moje pielęgniarki były cudowne, coś z traumy jednak mi zostało – dopiero ostatnio przestałam sprowadzać każdą rozmowę na pampersy ( ;

PS

Tzw. „dwójki’ nie było u mnie bardzo długo. Mój brat ostatnio wspominał, jak byłam w toalecie i przez drzwi krzyczałam z radością „Radek! Zrobiłam kupę!”:)

A z marchewki zupa marchwiowo-imbirowa! Przepis

Lubię marchewki. Surowe, sokowe, zupowe, tarte z jabłkiem, w ciastach, z piekarnika, nawet lubię na nich jeździć…

 

hitchhiking on carrots

tak, to ja!

Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać do tego, że marchew to dla udarowca samo dobro… MIĘDZY INNYMI je się ją przy cukrzycach (ale surową, ze względu na IG), miażdżycach, ma dużo przeciwutleniaczy (neutralizują wolne rodniki), witaminek – mnóstwo, również z grupy B (!), C, E, K, H i kwasu foliowego – który zbawiennie działa na układ nerwowy (łykam go codziennie!), bardzo dużo beta-karotenu i tak dalej….

Ostatnio w lodówce miałam niewiele ponad marchewki i musiałam zrobić coś obiadowego. Tak więc powstała moja pierwsza – i od razu pyszna jak z restauracji – zupa marchewkowa. Powtarzałam ją kilka razy i za każdym razem była udana i smakowała wszystkim wokół. Polecam!

carrot, garlic, imbir

Oto potrzebne składniki:

– 6 sporych marchewek

-5 ząbków czosnku;

– bulion warzywny/bulion z kostki;

– kilka cm korzenia imbiru – sporo całkiem/imbir w proszku

– ostra papryka świeża/w proszku

– trochę oliwy;

– sól i pieprz;

– łyżka mascarpone (idealnie się tu sprawdza jako zabielacz)

– kukurydza do robienia popcornu.

Z powyższych składników wyjdzie nawet więcej niż 6 takich małych talerzyków jak na zdjęciu. Można zupkę zrobić z dwóch marchwi i dwóch ząbków czosnku. 

Co się da, myjemy i obieramy i siekamy (wyciskamy) na drobne kawałki.

Czosnek i paprykę wrzucamy na gorący olej, a po kilku sekundach dorzucamy do tego cały imbir. Trochę to trzymamy na ogniu, tylko trzeba uważać, żeby nie przypalić czosnku, bo spalony czosnek jest niedobry i zabije inne smaki. Do tego wrzucamy marchew i zalewamy bulionem – tak, żeby był kilka cm ponad marchewkę, solimy i pieprzymy, jeśli bulion był bez soli, na dużym ogniu gotujemy wszystko. Można trochę pogotować wszystko we wrzątku. I zmniejszamy ogień pod garem i gotujemy dalej jakieś pół godziny.

Po wszystkim całość blendujemy, dodajemy łyżkę mascarpone i mieszamy dokładnie. Próbujemy. Jeśli uważamy że jest mało ostre/imbirowe – doprawiamy papryką/pieprzez/imbirem w proszku. Uwaga! łatwo przesadzić z imbirem.

Można podać bez niczego, pyszniej będzie z groszkiem ptysiowym lub grzankami, ale rewelacyjnie do podania nadaje się świeży popcorn.

carrot soup

Smacznego!

zależność, o nie!

left handUdar przychodzi niezapowiedziany i wybiera sobie łupy z najcenniejszych rzeczy, które masz. Bez wysiłku zabiera zdrowie, głos, sprawność, pracę, aktywność, radość, karier, a nawet życie. Do katalogu można dodać mnóstwo cennych wartości.

Ja uświadomiłam sobie dobitnie stratę pierwszej z nich, kiedy zapytałam się po raz pierwszy mojej pani doktor ile będę w szpitalu i ile się leczy to wszystko. Okazało się, że straciłam całą niezależność, którą z niemałym wysiłkiem budowałam przez wiele miesięcy. Nie chodziło tylko o to, że nagle zaczęto mnie przewijać i że początkowo ciężko mi się jadło bez pomocy, nie chodziło tylko o finanse, ale o całą bytowość i o zależność psychiczną. Dopóki nie chce ci się jeść, odpychasz od siebie tę myśl, ale potem jesteś głodny, a nie możesz przełknąć szpitalnego i bez pomocy mamusi/tatusia/przyjaciela nic na to nie poradzisz. A kiedy uświadamiasz sobie, że nawet jeśli szybko wyjdziesz ze szpitala, twoja praca wcale nie będzie na ciebie czekać (hip-hip-umowy zlecenie!), wiesz, że bez pomocnej dłoni mamusi rzeczywistość cię przerośnie.

Owinięty mięciutkim kokonem z dobrych chęci, przysług, wyręk i dobrych gestów, tracisz powolutku wolę dążenia do niezależności, bo wiesz, że jest  ciężko i przez jakiś czas nie będzie łatwiej. I wiesz, że mama chce cię mieć na oku z troski. I godzisz się na to, bo tygodniami patrzyłeś na ukrywany ból/niepokój mamy, taty, brata,kolejnych przyjaciół i wiesz, że już przysporzyłeś im stresu i wszyscy będą się czuli pewniej,jeśli będziesz się rehabilitował w domu.

Pewnego dnia przeprowadzka z Warszawy do domu rodziców w Szczecinie przestaje być przedmiotem sporu, bez entuzjazmu przyjmujesz jej konieczność. W końcu podejmujesz decyzję o podnajęciu swojego pokoju w Warszawie i powoli wpuszczasz młode pędy w brązową kanapę przed dużym telewizorem, którego i tak nie oglądasz. W końcu coraz rzadziej snujesz plany wyjazdów, już nie gadasz na okrągło, że w tym roku koniecznie chcesz zobaczyć Północną Jutlandię.

I to nie tylko dlatego, że przecież nie do końca czujesz się na siłach podjąć na nowo życie w pełnym wymiarze, ale też dlatego, że się na nowo uzależniłeś. I tylko twoja ciężka praca, rehabilitacja i codzienne układanie tego wszystkiego w głowie na nowo, może pomóc w zdobyciu na nowo niezależności.

To wszystko jest bardzo ciężkie, ale w sytuacji,w której nie panujesz ani nad ręką, ani nad mdłościami, ani nad swoim życiem, im szybciej się pogodzisz z tym, że (miejmy nadzieję) czasowo straciłeś swoją autonomię, będzie ci łatwiej. Tutaj trzeba zrozumieć przede wszystkim, że to nie wstyd – dopadła cię straszna choroba i nie ma wstydu w tym, że to mama albo partner zaniosą jakiś druczek do ZUSu. Czułam się winna tego, że wszyscy, nie dość, że się o mnie martwią, to jeszcze załatwiają wszystkie – bez wyjątku – moje sprawy. W końcu przyjaciółki jakoś mnie ustawiły odpowiednio i nie mam koszmarnego poczucia winy.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest uniwersalne doświadczenie, że piszę z perspektywy 26-latki, ale wiem, że większość udarowców potrzebuje przynajmniej przez jakiś czas pomocy i opieki, co może łączyć się z poczuciem winy czy utraty niezależności. Rozumiem i chorych, i opiekunów. Wiem, że ten wpis wygląda strasznie negatywnie, ale chcę podkreślić, że nie czuję się osaczona ani nic – mamo, tato, nie martwcie się! Po prostu tak musiało być, wiecie jaka jestem i nie mogłam się inaczej czuć. Już jest ok, a jak znowu wam z gniazda wyfrunę, to łezki będą nam kapać z nosów.

 

PS

spójrzcie na szpitalną izbę przyjęć. mało kto tam siedzi sam. taka jest chyba natura rzeczy. jak się psujemy, inni po prostu pomagają nam się poskładać do kupy.