Jak mi powoli wraca angielski…

handsUwierzcie mi, rzadko kiedy bywam tak przerażona jak wtedy, kiedy tata poprosił mnie o tłumaczenie rozmowy. Rozmowa szła mi tak kulawo, że potem przeryczałam (cichutko, żeby nie budzić mamy!) w poduszkę pół nocy. Z osoby z płynnym angielskim, pracującej po angielsku, stałam się dukaczem, który fluencji po angielsku, ma jeszcze mniej niż kiedyś.

Bałam się, że udar mózgu zabrał mi kolejną rzecz, na którą pracowałam całe życie (a takie rzeczy są dla mnie szczerze mówiąc bardziej bolesne, niż te, które po prostu były, bo jestem ludziem).

Nie mogłam rozmawiać za bardzo, filmy oglądałam z lektorem (!!! wcześniej tego nienawidziłam), o filmie bez napisów nie było (i nie ma dalej) mowy, zasady gramatyki były dla mnie zagadką w użyciu, słowa (lub nie) z głowy bardzo długo.

Poszukiwanie intensywnego kursu spaliło na panewce – a to nie tworzyli mi grupy, a to kurs kolidował z rehabilitacją, a to miałam szpital, nie wyszło.

Zarejestrowałam się więc na Skilltrade.org. Polskim portalu wymiany umiejętności, o którym słyszałam wcześniej, ale go nie znalazłam (słabe spozycjonowanie w googlu chyba). Pełna nadziei zaczęłam szukać trzech rzeczy – nauczyciela hiszpańskiego, konwersacji po angielsku i nauki jazdy na rolkach. Hiszpański i rolki w ogóle nie wyszły, baby do których pisałam, pozostawiały moje wiadomości bez odpowiedzi. A może po prostu moje zaoferowane umiejętności im nie odpowiadały? No mniejsza.

Raz umówiłam się na spacer,  gadaliśmy po angielsku, aż nie zaczął mi się język plątać – tak w angielskim, jak i polskim, język plącze mi się bardzo, jak za dużo mówię:)

W pewnym momencie jednak zorientowałam się, że skilltrade jest po prostu traktowane przez użytkowników jak portal randkowy, gdzie można spotkać nie desperata, tylko kogoś interesującego. No i udało mi się znaleźć kilka osób (głównie kolegów, choć nie tylko!;) z zagranicy, z którymi sobie koresponduję, od czasu do czasu gadam na Skypie, są dni, w których więcej używam angielskiego niż polskiego. I choć nie czuję się wciąż płynnie, lepsze to niż nic.

DZIĘKUJĘ SKILLTRADE, choć masz wiele wad. Portal działa dopiero od 2015 roku, ma wiele błędów – zaskakująco dużo, ale to sprawy techniczne. Mi pomogło, również to, że jak piszę wiadomości, nie wiadomo, że miałam udar. Jak się więcej gada, to w końcu wychodzi, ale nie ma już tego paskudnego torowania, które z resztą zwykle jest bardzo pomocne, bo prawda o udarze jest taka, że to ciężka, męcząca choroba. A jak się przejdzie do znajomości normalnie, potem też jest jakoś normalniej. I swobodniej się gada. Skilltrade to teraz takie moje okienko na świat i na POWRÓT do umiejętności.

miałam udar prawostronny

brain(…) prawdę mówiąc, cała  historia neurologii i neuropsychologii jest historią badań nad lewą półkulą mózgu. 

Jednym z ważniejszych powodów lekceważenia prawej – albo „podległej”, jak ją zawsze nazywano – półkuli było to, że objawy jej uszkodzeń są i wiele mniej wyraźne niż w przypadku półkuli lewej. Przyjmowano, zwykle z lekką pogardą, że prawa półkula  jest za t”prymitywna” niż lew. Ta ostatnia uważana jest a jedyny w swoim rodzaju, niezrównany efekt ewolucji człowieka. I w pewnym sensie, to prawda. Lewa półkula, ta bardzo świeża narośl na mózgu człekokształtnych, jest bardziej skomplikowana i wyspecjalizowana. Jak komputer przyklejony do podstawowego zwierzęcego mózgu zajmuje się schematami i programami. Z drugiej strony prawa półkula kontroluje niezwykle ważną zdolność rozpoznawania rzeczywistości, zdolność niezbędną każdej żywej istocie do przetrwania. Klasyczna neurologia była bardziej zainteresowana schematami niż rzeczywistością, kiedy więc pojawiły się syndromy – zespoły objawów – związane z uszkodzeniami prawej półkuli, uznano je za dziwaczne.

– Olivier Sacks, Mężczyzna który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Poznań 1996, s. 22.

Ten fragment książki z lat 80 może mi tłumaczyć, jakim cudem jestem takim cudzikiem medycyny.

I dlaczego nieustannie czuję się zagubiona w świecie.

 

jak to jest mieć dwie mamy?

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła... z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

zakryłam Radziorkowi buzię, bo byłby na mnie wściekły gdybym ją wrzuciła… z resztą za notkę też pewnie będzie:) sorry Mały, kupię nam dziś obiad

chciałam Wam powiedzieć o najwspanialszym, najbardziej kochanym i odpowiedzialnym chłopcu na świecie. Jeśli śledzicie bloga, widzieliście peany na temat mamulki i taty, teraz przyszła kolej na następnego faceta – mojego brata, psychologa, kumpla, gabinet kosmetyczny, dostawcę żarcia, pocieszyciela, wsparcie.

Ja zawiodłam – zjechał z zagranicy na święta, a tu małe wykopyrtnięcie i wigilię spędził na udarówce. Był na tyle kochany, żeby powiedzieć, że święta były super, bo z rodziną. Ale największym wyrzutem sumienia jest dla mnie to, że kiedy on był w szpitalu, ja nie rzuciłam wszystkiego, żeby być koło niego. Teraz widzę, że wymówki były słabe, bo sesja-sresja.

Chłopca, który po moim udarze, natychmiast załatwił sobie przeniesienie do polskiego oddziału swojej firmy i dzień w dzień zajmował się mną po robocie.

Dobra, koniec tego słodzenia – Radzio jest nadopiekuńczy i wpędza mnie w poczucie winy, ale muszę z tym żyć, bo to on mi mył stopy w szpitalu. Przynosił mi sushi, prał majty, przytulał, kiedy trzeba było. Kiedy mi robił manicure, bo sama nie umiałam, panie w szpitalu pytały, skąd taki mobilny gabinet kosmetyczny i ile bierze (nie wziął niczego). Był dla mnie głosem rozsądku, kiedy mi go brakowało.

Mój (młodszy!) brat jest jednak trochę bardziej mamowy od mamy. Dzwoni co jakiś czas, żeby sprawdzić, co tam u mnie. Nie pozwala samodzielnie jeździć rowerem (bo ruch lewostronny, sami wiecie). Liczy każdy łyk alkoholu (a było ich kilka) i komentuje tak, żebym nigdy więcej nie chciała po alkohol  sięgnąć (co zazwyczaj ma skutek odwrotny od zamierzonego). Ale nie to jest najbardziej mamine – nie pozwala mi pić coli, muszę się kryć jak nastolatka z fajkami. I Radek chce, żebym wstawała wcześniej, żeby mi dzień nie uciekał. Nie żeby mama mówiła, że mam wcześnie wstawać – ona mówi raczej  ‚oooo, śpij kochanie śpij’.

I tak się wczasujemy tu u niego, ja sprzątam, on pracuje, ja się bawię z nim, on się za bardzo martwi. Niesamowite jest to, że ten chłopiec jest ode mnie młodszy, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny, bardziej samodzielny.

Prawda jest taka, że  bez niego byłoby bardzo ciężko na tym świecie. Nasz tato mawia, że wystarczy na nas spojrzeć, żeby się przekonać, że nie ma większej miłości na świecie niż u rodzeństwa.

PS.

POZDRAWIAM MARIUSZA. właśnie znalazłam w telefonie sms, że miałam o nim dobrze napisać na blogu. Mariusz jest kolegą Radka i miłym gościem, więc źle o nim nie mogę napisać ( ;

O cofaniu się

DSC_1366Jestem na wczasach, dlatego trochę zaniedbałam ćwiczenia. To niedobrze, bo z moich doświadczeń wynika, że po udarze szybko można stracić część wypracowanych efektów. Na szczęście nie do końca.

Jednak zasada jest dla mnie widoczna – na każde 3 kroki na przód 1 przypada do tyłu, jeśli coś się zaniedba. Na początku więcej, potem mniej, te kroki w tył są coraz mniejsze, ale są. Teraz trochę obawiam się powrotu do regularnych ćwiczeń, tj. do zwykłego reżimu.

Wróciłam na rower, jest ładnie, chociaż chybotliwość większa. Dużo większa. Na trickboardzie nie ustoję 10 minut na pewno.

Pani Madzia powiedziała mi jakiś czas temu, że chyba nie ćwiczę buzi, bo jest gorzej. I wiecie co? Może nikt tego nie zauważy, ale wy będziecie czuć. Trzeba pracować. Rehabilitujący się to najbardziej zapracowani ludzie na świecie, bo w przekraczaniu kolejnych barier nie ma nic za darmo.

To wszystko nic, w końcu przesunę się o ten krok do przodu.

W rehabilitacji wszystko jest ważne. Umiar, rozwaga, ale i konsekwencja. Ja widzę, że kilka dni przerwy to za dużo. Mam swoje usprawiedliwienia, gulę pod sercem stworzoną ze stresu przed podróżą, wciąż jednak to za dużo. Wracam do pracy nad sobą i do pisania dla Was.

kocham mój Nootropil (leki prokognitywne po udarze)

zagadki logiczneKiedy usłyszałam od lekarza termin ‚lek prokognitywny’ myślałam że zwariuję ze szczęścia – istnieją prochy, które mogą poprawić moją koncentrację i ogólnie myślenie, ja je chcę! Potem pogadałam z różnymi ludźmi, lekarzami i lekarzami in spe, jednym badaczem leków i większość mi odradzała to lekarstwo – tylko neurolog powiedziała że to świetny pomysł i zapisała mi Nootropil, moją nową miłość.

Mówili o nim ‚placebo dla starych bab’, ‚ duże kłopoty z łączeniem z innymi lekami’, ‚dla studentów w czasie sesji’, ‚w Czechach bez recepty’…

Ale ja mam wrażenie, że świetnie na mnie działa, nie widzę żadnych skutków niepożądanych, może oprócz tego, że muszę pamiętać o kolejnej tabletce rano. Jest o tyle lepiej, że czuję się dużo lepiej za kierownicą (choć oczywiście nie szaleję dalej) i nie mam wrażenia,  że zaraz rozjadę dziecko. Rozwiązuję zagadki po dwumiesięcznej przerwie ot tak sobie (wciąż nie są łatwe, ale niektóre rozwiązywalne!), lepiej się koncentruję, czasem udaje mi się wyrazić kwestie, o których wcześniej ciężko mi się nawet myślało. Jest lepiej.

Jeśli to placebo, to kocham moje placebo. 

Kolega badający lekarstwa kazał mi zapytać moją neurolog o inną substancję, której świetne efekty  działania widział na własne oczy, ale ona odpowiedziała, że tego nie stosuje się przy udarach i nie widzi tego u mnie. Dostałam więc Nootropil. I sobie go przyjmuję i jestem zadowolona. Mam oczywiście kilka obaw, ale poziom ich racjonalności jest na poziomie chorego na depresję, który nie chce przyjmować antydepresantów, bo są takie i owakie i od psychiatry. Czyli żaden:)

 

A ta Swinia nie ma mozgu!

W związku z kolejnym pobytem w szpitalu, muszę napisać o dwojgu moich ważnych towarzyszy :)

IMG_20150918_081008Po pierwsze przedstawiam wam Świnię. Świnia opuściła tylko jeden, krótki pobyt w szpitalu. I to z mojej winy – zostawiłam ją u cioci w Toruniu, spadła od łóżko i opuściła czerwcową kardiologię.

Świnia jest moją pocieszycielką, w szpitalach zajmuje miejsce psa. Właśnie wtulam w nią głowę i trochę jest mi lżej.  Jest trochę brudna – jak to Świnia – na boku ma resztki dlugopisowego napisu ‚kocham cię Kasiu’, który napisała przyjaciółka, jej poprzednia właścicielka.

Żebyście jednak nie pomyśleli, że ja ją wykorzystuję i Świnia nie ma żadnych korzyści ze związku ze mną!  Przede wszystkim, ma się do kogo przytulić w nocy i w ciągu dnia (; poza tym, zwiedziliła kawał Polski,  i to nie w drodze do rzeźni, co jest dodatkowym plusem. Poza tym,  jest pewnie jedyną Świnią na świecie, której zrobiono rezonans magnetyczny :) Jeszcze na oddziale neurologicznym,  kiedy byłam brana na rezonans,  pani pielęgniarka zapytała ‚a świnia jedzie z nami?’ a może?  To jasne!  To był pewnie mój piąty rezonans, ale pierwszy poudarowo świadomy. Nikt nie kazał mi jej zostawić przed badaniem.  Więc już obie jesteśmy pewne, że jesteśmy do siebie podobne. Świnia nie ma mózgu, ja nie mam części mózgu…

Sułtan qaboosDrugim moim pocieszycielem jest Qaboos, sułtan Omanu.  To przypinka, którą przyniósł mi na udarówkę przyjaciel i wzbudził tym oczywiście moje pół uśmiechu.  Od tamtej pory staram się mieć Qaboosa zawsze przypiętego. W szpitalu zawsze, na co dzień zazwyczaj.  Noszę go na szczęście, bo bez niego czuje się nieszczęśliwa.

Sułtan Qaboos jest aktualnym władcą Omanu, mojego ulubionego (obok Gruzji) państwa na świecie. Jest tam szczerze uwielbiany przez ludzi, którzy dzwonią do radia, go pochwalić, mówią o tym, jak przed nim nie było nic,  a teraz mają drogi i chodzą do szkoły :) i mówią to szczerze. Trochę pranie mózgu może, ale proste Omańczyki wyglądają na szczęśliwych i naprawdę kochają swojego władcę, niech mu Allah błogosławi.  Jak miał orędzie do narodu, powtarzali je w radio tyle razy, że myślałam, że się go nauczę ma pamięć (mimo że nie znam arabskiego).

Qaboos wygrzebał się z rakolca, którego leczył w Niemczech.   Jak siebie uratował, może i mnie pomoże? Na pewno jak go widzę, to się uśmiecham, a to chyba ważne? (;

A tak serio, to uważam, że jeśli jest się dużo w szpitalach, to warto mieć takich przyjaciół. Może w funkcji talizmanu, może w funkcji przyjaciół. Nie trzeba wierzyć w ich moc naprawczą. Nie wiem ile trzebaby przelezec w szpitalach, żeby nie czuć się wobec nich bezradnie.  Szpital to system nieprzenikniony dla zwykłego człowieka. Dzieje się w nim tyle rzeczy, które nie są dla zwykłych śmiertelników i zrozumiałe, i dostępne. Rządzi w nim hierarchia, w której pacjent wcale nie ma wysokiej pozycji…

Ja się czuję wobec tego wszystkiego jak czteroletni brzdac. A Qaboos i Świnia mają w sobie tyle dobrej energii, co ulubiony pluszowy miś z dzieciństwa. Dlaczego daje się dzieciom pluszaki? o odpowiedź proszę znajomych kulturoznawców: p

 

Wielkie postępy u mnie

IMG_20150530_123457Znajomi chwała się na Facebooku swoimi sukcesami: nowymi książkami swojego autorstwa, konferencjami, przebiegniętymi maratonami,  podróżami, awansami.

Jeszcze długo  pewnie nie będę w stanie z nimi rywalizować, ale ja też mam ogromne sukcesy, w powracaniu do zdrowia i normalności.

Najprostsze ściegi druciane robię może nie szybko, ale płynnie. Mama już po mnie nie poprawia.

Dziś całkiem ładnie przyjechałam kawał drogi samochodem.

Nauczyłam się masy nowych rzeczy, których bez udaru pewnie bym nie spróbowała. Są to na przykład pływanie na wakeboardzie i stanie na trickboardzie. Trickboard rozwija mi bardzo równowagę.  Teraz stoję na nim nawet kilka minut i uczę się robienia przysiadów.

Jest szybciej, dalej, lepiej chyba – przebieglam 7 km truchtem bez zatrzymania!  Jestem bardziej wytrzymała:)

Wczoraj przeprowadziłam swoją pierwszą rozmowę po hiszpańsku :))) była kulawą,ale była!

Notki dla was piszę znacznie szybciej, choć wciąż niesprawnie.

I koncentracja się trochę poprawia, nawet ja to zauważam. Niekoniecznie  jest dobrze, ale na pewno robi się lepiej – zawdzięczam to i ćwiczeniom, i na pewno tabletkom, które biorę. Bo tu poprawę zauważyłam ostatnio, akurat tak, jak kuracja mogła zacząć działać.

Udaje mu się zaśpiewać fragmenty piosenek :) wcześniej to było niemożliwe.

Sukcesy nie są tak spektakularne jak nauczenie się chwytania czy chodzenia, których mam mnóstwo (; ale dopiero ostatnio widzę, że udało mi się  zrobić ogromny postęp w któtkim czasie. Mogę czuć dumę, bo włożyłam w to bardzo dużo pracy. I choć dalej mam mnóstwo problemów i zmagam się z rzeczywistością, kroczę ku normalności.

To się pochwaliłam. Dziękuję że jesteście że mną i mi trochę kibucujecie (: to mi daje siłę, kiedy baaardzo mi się nie chce.

 

 

 

A może klamerki?

Mało skomplikowanym, ale wymagającym zadaniem dla mojej łapy, było operowanie klamerkami do rozwieszania prania.  klamerki były szeroko stosowane przez moich terapeutów zajęciowych, wieszalismy je w porządku przez nich określonym.

Dobre ćwiczenie, choć żmudne i po czasie nużące. Ćwiczy jednak dobrze to, czego mi do tej pory brak – ruch precyzyjny przy użyciu siły, bo wiecie, klamerkę trzeba odpowiednio nacisnąć z odpowiednio duża siłą. Wariacji klamerkowych jest mnóstwo,  ale najprostsza to po prostu zabawa klamerkami różnej wielkości.  Byle nie za długo i z przerwami,  bo dłoń strasznie dretwieje od klamerek w nadmiarze.

Ponieważ najlepszą rehabilitacja po udarze mózgu jest codzienna praca, myślę, że rozwieszenie jednego prania dziennie będzie akurat dobrą ilością ćwiczeń klamerkowych, a jeszcze żona będzie wdzięczna (;

 

 

 

Kiedy dba się tylko o połowę rzeczywistości… Zespół zaniedbywania połowicznego

moon-1178205-640x480Kolejna rzecz, która szczęśliwie mnie ominęła to zespół zaniedbywania jednostronnego (one side neglect). Naazwa pięknie opisuje o co chodzi – osoba z tym syndromem nie zauważa bodźców z jednej strony świata (częściej lewej). Nie chodzi o to, że straciła wzrok na jedno oko, nie słyszy na jedno oko, receptory czuciowe zostały wyłączone. Po prostu chory nie reaguje na bodźce z jednej strony przestrzeni. Nie robi tego złośliwie i świadomie, nie chodzi o to, że jest nieuważny – on po prostu nie ma świadomości istnienia jednej strony świata – do tego stopnia, że pół posiłku zostaje na talerzu, obijają się o meble stojące po zaniedbanej stronie, albo czytają tekst z jednej strony kartki.

Opowiem wam o pani Joasi, która uparcie nie chciała zbierać pomarańczowych, drewnianych grzybków z lewej strony tablicy, na której były ustawione. Obok niej stała terapeutka i mówiła spokojnym głosem „Pani Asiu, pomarańczowe grzybki są nie po tej stronie. Kiedy pani Asia długo nie robiła ćwiczenia prawidłowo, delikatnie brała jej dłoń i przekładała ją na grzybki. Wówczas po wielu próbach się udawało przełożyć grzybek do koszyka.

Początkowo myślałam, że (niemówiąca zbyt dobrze) pani Asia, nie rozróżnia po prostu stron, że jej się myli – kto wie co się czai w poudarowym mózgu. Ale zobaczyłam jak ignoruje swojego syna, który do niej podchodził i zrozumiałam, o co chodziło. Doczytałam, zapytałam, doszłam.

Wyobraźcie sobie jakie to zaburzenie poznawcze jest uciążliwe! Można nad nim pracować z psychologiem, ale i w domu – tu chyba przede wszystkim. Czasem (niestety często) uważa się, że skoro zaburzenie wystąpiło, trzeba choremu ułatwiać życie. Podejść z tej strony, z której on widzi, położyć szklankę przy „widzianej” ręce. A to robi choremu krzywdę, utrwala jego chorobę, zamiast z nią walczyć – bo chory zazwyczaj może zwrócić uwagę na stronę, która „nie istnieje” przy odpowiednio silnych bodźcach.

Niestety walczenie z tym zespołem wymaga cierpliwości i spokoju – głównie ze strony najbliższych. Krzyk i ignorowanie nic nie da, dlatego zebrałam z internetów najlepsze rady, które  tu przedstawię

  • zwracanie uwagi chorego na zaniedbaną stronę – np. podczas rozmowy stawać po lewej stronie, a nawet kierować głowę chorego w tę stronę. Podobno działa.
  • Posługiwanie się jaskrawymi kolorami znaczącymi ignorowaną stronę. Można nakleić karteczki na lustrze, na talerzu, na krawędzi monitora. Istnieje szansa, że będą przyciągać uwagę chorego, zwiększając jego świadomość.
  • stolik nocny czy szafka powinny być po zaniedbywanej stronie. Tam leżą rzeczy niezbędne – telefon, pilot do telewizora, czy woda. To zachęca chorych do szukania i sięgania po stronie zaniedbywanej. Istnieje jednak wyjątek od tej reguły – przycisk czy pilot do wzywania pielęgniarki bezwzględnie powinien leżeć po mocnej, zdrowej stronie.
  • angażowanie strony nieświadomości w codzienne czynności zawsze pomaga. Jeśli słowne (delikatne) zwrócenie uwagi nie pomaga, można ująć rękę chorego i nią sięgnąć po widelec czy szczoteczkę do zębów. Pomaga również robienie czynności razem z udarowcem – można ująć jego dłoń i jeść z nim, albo umyć z nim zęby.
  • Potem może gry? Na stole puzzle duże, albo zabawa w „którą część ciała dotykam”?

W jednym z artykułów przeczytałam zdanie: korzystaj z każdej, małej i dużej, okazji, żeby poprawić świadomość.

UWAGA 

Dobrze wiem, co to frustracja po udarze. Jest szczególnie duża, kiedy ktoś zwraca uwagę na nasze deficyty. A jeszcze większa, jeśli ktoś zdrowy się irytuje, albo niecierpliwi, kiedy uważa, że coś trzeba robić inaczej/lepiej/szybciej. Na przykład – obecnie jedyną rzeczą, którą robię szybko, jest jedzenie lodów z polewą z McDonald’s. Jeśli ktoś (oprócz mojej terapeutki) każe mi się pospieszyć, zrobić szybciej, skończyć, najpierw trafia mnie szlag, a potem wstyd połączony z frustracją. I mam ochotę zniknąć z powierzchni świata, walnąwszy wcześniej pięścią w ścianę. Staram się, nie da rady.

Dlatego z chorym trzeba ostrożnie, delikatnie, trzeba znać granice. „znowu nie widzisz widelca?!” nie pomoże.

Tę przypadłość da się zmniejszyć, albo nawet pokonać. Każdy progres w tym przypadku zwiększa samodzielność udarowca i zmniejsza prawdopodobieństwo wypadków/urazów, także jest o co walczyć:)

PS
korzystałam np. z:

http://www.strokesmart.org/one-sided-neglect

http://www.udarwrodzinie.pl/2011/10/zespo-zaniedbywania-jednostronnego.html

http://czasopisma.viamedica.pl/pp/article/view/23345

O fizjoterapeutach na Światowy Dzień Rehabilitacji

physical-therapy-1431535 (1)Wiecie, że dziś – 8.09 – obchodzimy Światowy Dzień Fizjoterapii? I dobrze, bo jest okazja, żeby powiedzieć jak ważna jest fizjoterapia w życiu niesprawnych ludzi.

Ok – jest bardzo ważna. Bardzo bardzo ważna.  W przypadku udaru mózgu od momentu uratowania życia, jest moim zdaniem dobry fizjoterapeuta jest ważniejszy od dobrego lekarza. I mniej od niego dostępny. I to jest chyba tragedia niesprawnych pacjentów – bo jak nie będą się usprawniać, sprawni nigdy nie będą. Publiczne oddziały rehabilitacyjne są oklejkowane, platne bardzo drogie, a na fizjoterapeute przychodzącego dwa razy w tygodniu wydasz 4/5 swojej renty. (; a bez tego jest trudno, nawet jak się naogląda na jutubcu godzin filmików.

Wczoraj świadkiem mojej rehabilitacji była koleżanka, która później powiedziała tak: niby te ćwiczenia wydawały się proste (nie były proste!), ale w życiu bym nie zwróciła uwagi na to, że krzywisz te stopy. (;

Te niuanse są ważne, utrwalanie złych nawyków może być wręcz szkodliwe,  więc jest cieżko. Ja cały czas słyszę LU-ZNO-RE-KA, PANI KASIU,NOOOGI, JAK ZOBACZĘ TE STOPĘ, TO URWĘ, OD-DY-CHAĆ, JEŚLI SIĘ PANI NIE NAUCZY, TO NIE BĘDZIE PANI UMIAŁA – czasem wystarczy że spojrzę na panią Madzię i wiem, co źle robię.

Po wyjściu ze szpitalnej rehabilitacji ćwiczyłam sama i było bardzo ok. Ale w końcu zauważyłam, że potrzebuję bata, wykonywałam ćwiczenia (te ze szpitala) coraz mniej starannie, nie poprawiały mojego stanu tak, jakbym chciała i wiedziałam, że czas już na telefon do profesjonalisty. I teraz dwa razy w tygodniu ćwiczę tak, jak sama bym nie potrafiła i wiem, że sobie nie zrobię krzywdy. Trochę jęczę, ale to wszystko są żarty i przekomarzanie się, bo moja terapeutka jest cudna, tak jak pierwsza fizjoterapeutka z którą miałam do czynienia na gruncie ‚zawodowym’ – przeszkoliła mi rodziców, którzy machali mi łapami, doradzała im (nie mnie, ja nie ogarniałam rzeczywistości) co ze mną robić, co może kupić, jak sobie radzić… ze szpitala wyszłam o swoich siłach, mój mózg nie ‚zapomniał’ do końca jak się stawia kroki. Trochę się potykałam, ale wtedy łapał mnie chłopak i wszyscy żyli ( ;

Jednej fizjoterapeutki nie lubiłam (tzn. jako osoba była fajna, ale zupełnie mi nie odpowiadała jako profesjonalista), bo czułam, że mnie olewa. Byłam za zdrowa, żeby być rehabilitowaną? Ze wszystkich zajęć w tym ośrodku najgorzej wspominam swoją terapię indywidualną – a i tak nie poprosiłam o zmianę terapeuty, wierzyłam, że jednak pani mnie nie olewa, tylko wie co robi i jej mimo wszystko ufałam – bo zaufanie do specjalistów jest bardzo ważne. No cóż, wyszłam z jej zajęć trochę wzmocniona. Nie narzekam, bo podobno pacjenci lepiej oceniają sympatycznych niż niesympatycznych lekarzy, nawet jeśli ci mniej uśmiechnięci są lepszymi specjalistami.

Ale dobre porozumienie między pacjentem i jego fizjo jest superważne. A jeśli fizjo potrafi zmobilizować do pracy i pokazać, że warto, jest genialny. Moja pani Madzia jest genialna (może się rumienić, nie dbam o to;p).

Z tego co widziałam, to strasznie ciężki zawód, trochę wdzięczny, a trochę niewdzięczny. W pewnym czasie myślałam, że może pójdę na fizjoterapię jeszcze – bo to takie piękne jest. Stawiać ludzi na nogi, usprawniać, to naprawdę wydaje mi się piękne. Kiedy obserwowałam pierwsze poudarowe kroki kilku osób, aż chciało mi się uronić łezkę ze wzruszenia.  Byłby ze mnie dziennikarz-kulturoznawca-fizjoterapeuta, miks super, może się wydarzy jeszcze, bo łajnot. Póki co, życzę wszystkim fizjoterapeutom satysfakcji z pracy, dobrych warunków pracy, morza cierpliwości, mocnych kręgosłupów i uśmiechniętych, pracowitych pacjentów. A chorym czy niesprawnym życzę znalezienia ‚tego’ terapeuty, z którym będzie się chciało się rehabilitować:)

PS/

Wczoraj z panią Magdą miałyśmy małą sprzeczkę, ale chyba po prostu się nie zrozumiałyśmy nawzajem, ale i tak robiłam grzecznie to, co chciała. Prawda?; P