Zapytali, czy potrzebuję pomocy u lekarza, czy w urzędach

Takie pytanie z formularza dla niepełnosprawnych.  Zapytali, czy potrzebuję pomocy u lekarza, czy w urzędach. No potrzebuję. Mówię to szczerze.

Ale głupio wciąż próbuję ogarniać sama. Bo przecież jest coraz lepiej.

Znane trasy,  dom-dietetyk-deptak-sklep na rogu-nawet lekarz rodzinna… nie ma problemu.

Aż tu nagle:szpital. Niby tylko odbiór wyników, niby mam karteczkę, jak to ogarnąć,  droga, wejście c, wszystko pięknie.  Plus lekka presja czasu. I wszystko zamienia się w koszmar. Głowa momentalnie zaczyna boleć,  karteczka nie ma sensu (chyba nigdy nie miała), serce wali, przechodzę setny raz ten sam korytarz,  warczę na tatę, gubię się dalej,  odsyłam tatę do pracy,  bo przecież się spieszy a ja płaczę w windzie.  Jakiś miły pan pyta, którego laboratorium szukam i prowadzi do właściwej windy. Sama nie byłam w stanie zapytać. W końcu trafiam przed odpowiednie drzwi. Czekając przed wejsciem popijam wodę.  Pierwszą butelkę, drugą butelkę, w końcu mogę oddychać.  Dostaję wyniki, po które przyszłam.  Wyjście ze szpitala jest łatwiejsze.

Myślę sobie ze trzeba się ogarniać.  Bo z takimi problemami nie mam co marzyć o studiach w Berlinie. O wyprowadzce. O czymkolwiek.  To zagubienie w świecie, który powinien być prosty do ogarnięcia,  jest jednym z moich największych koszmarów.  Szpital jest przytłaczajacy, ale Biedronka potrafi zadziałać podobnie.  Nie umiem wyobrazić sobie siebie, kiedy próbuję ogarniać sprawy z nowym lekarzem albo jak załatwiam coś w dziekanacie.  Po prostu nie umiem.  Taki kiepski humor dziś mam i marudzę.  Zmęczenie kołaczącym sercem. Jutro odpoczywam.